Osiem lat chodziłam do matki codziennie: mycie, zastrzyki, zakupy. Brat wpadał na kawę w niedziele. Po pogrzebie okazało się, że dom zapisała jemu, a on powiedział przy stypie: „Ty masz męża, mnie się bardziej należy."
Usłyszałam to zdanie, stojąc z talerzem bigosu w ręku, w kuchni, którą znałam lepiej niż własną. Bo to ja tu przez osiem lat szukałam w szufladach czystych ścierek, wymieniałam żarówki, skrobałam brudne garnki po mamie, która nie miała już siły trzymać gąbki. Bigos zrobiłam na stypę z przepisu mamy - jej wielkiego, w trzydniowym sosie, z suszonymi grzybami, tak jak lubiła. I stałam z tym talerzem, a Rysiek mówił dalej, spokojnie, jakby tłumaczył coś oczywistego.
Mam na imię Bożena, mam pięćdziesiąt osiem lat i jeszcze dwa tygodnie temu myślałam, że wiem, czym jest rodzina.
Mama zachorowała, kiedy miałam pięćdziesiąt lat. Najpierw było kolano - endoproteza, rehabilitacja, potem drugie kolano. Potem cukrzyca wymknęła się spod kontroli i zaczęły się zastrzyki z insuliny dwa razy dziennie. Wreszcie doszła demencja, taka cicha, podstępna. Najpierw gubiła okulary. Potem zapominała, że jadła obiad. Na końcu nie pamiętała, jak się nazywam, ale wciąż mówiła „dziecko, zimno ci?" kiedy wchodziłam z dworu.
Mieszkam cztery przystanki autobusem od jej domu na Bielanach. Mąż Wojtek jeździ na trasy - jest kierowcą w firmie transportowej, więc tygodniami byłam sama. Córki dorosłe, jedna w Gdańsku, druga w Londynie. Chodziłam do mamy codziennie, rano albo w południe, zależnie od zmiany w księgowości. Czasem robiłam to przed pracą, wstawałam o piątej, żeby zdążyć ją umyć, podać leki, zostawić śniadanie na stoliku przy łóżku.
Ryszard - mój brat, dwa lata młodszy - mieszka na Ursynowie. Daleko nie jest. Ale Rysiek ma swoje życie, jak mawiała mama. Ma firmę budowlaną, cztery ekipy, ciągle w rozjazdach. Wpadał w niedziele, na godzinę, może półtorej. Siadał w kuchni, pił kawę, rozmawiał z mamą, kiedy jeszcze rozmawiała. Potem - kiedy już nie rozmawiała - siadał w kuchni, pił kawę i patrzył w telefon. Przy wyjściu mówił: „Bożenka, jakbyś czegoś potrzebowała, to dzwoń." Dzwoniłam dwa razy. Raz nie odebrał, raz powiedział, że jest na budowie w Radomiu.
Nie narzekałam. A może narzekałam, ale cicho, do Wojtka, wieczorami przez telefon, kiedy jechał gdzieś między Poznaniem a Szczecinem. Mówił: „Bożenka, odpuść, on się nie zmieni." I miał rację. Rysiek się nie zmienił.
Mama umarła w środę rano. Zadzwoniła sąsiadka, pani Halina z parteru, bo zauważyła, że światło w sypialni się nie zapaliło. Miała klucze na wszelki wypadek. Weszła i znalazła mamę spokojną, na plecach, z rękami ułożonymi na piersi, jakby sama się przygotowała. Później lekarz powiedział, że odeszła we śnie. Że to był najłagodniejszy koniec, jaki można sobie wyobrazić.
Pogrzeb zorganizowałam ja. Kwiaty, trumna, ksiądz, nekrologi, stypa w domu mamy - wszystko. Rysiek wpłacił pieniądze na konto zakładu pogrzebowego, to prawda. Dużo. Nie mogę powiedzieć, że nie pomógł finansowo. Ale to ja dzwoniłam, załatwiałam, sprzątałam dom na stypę, prasowałam obrusy, które mama trzymała na wielkie okazje.
Sześćdziesiąt osób przyszło ją pożegnać. Sąsiadki, koleżanki z dawnej pracy na poczcie, kuzynostwo ze Śląska. Jedli bigos, pierogi z kapustą, sernik, który upiekłam w nocy, bo nie mogłam spać. I wtedy, gdzieś między drugą kawą a trzecim kieliszkiem wódki, Rysiek podszedł do mnie i powiedział to cicho, żebym się nie denerwowała przy ludziach.
- Bożenka, muszę ci coś powiedzieć. Mama zostawiła testament. Dom jest na mnie.
Postawiłam talerz na blacie. Pamiętam, jak porcelana stuknęła o granit. Pamiętam zapach bigosu i to, że ktoś w salonie włączył radio, pewnie przez przypadek, bo poleciała jakaś piosenka o miłości.
- Jak to na ciebie?
- Była u notariusza w grudniu, dwa lata temu. Przepisała dom na mnie aktem darowizny. Ja ci to mówię teraz, bo nie chcę, żebyś się dowiedziała od kogoś obcego.
- Dwa lata temu? Dwa lata temu mama nie pamiętała, gdzie jest łazienka, Rysiek.
Patrzył na mnie tym swoim spokojnym wzrokiem. Rysiek nigdy nie krzyczy, nigdy nie podnosi głosu. Mówi powoli, rzeczowo, jak do podwykonawcy na budowie.
- Notariusz stwierdził, że była świadoma. Jest akt, jest podpis, wszystko legalne.
- I co, zawiozłeś ją tam sam?
- Zawiozłem, bo mnie poprosiła.
Stałam i patrzyłam na niego. Na mojego młodszego brata, którego kąpałam w wannie, kiedy miał pięć lat. Któremu pomagałam z matematyką. Który płakał, kiedy tata odszedł, a ja go przytulałam i mówiłam, że wszystko będzie dobrze.
- Ty masz męża, mnie się bardziej należy - powiedział ciszej, prawie przepraszającym tonem. - Ja jestem sam od rozwodu z Moniką. Mama to rozumiała.
Chciałam krzyczeć. Chciałam wziąć ten talerz z bigosem i rzucić nim o ścianę. Ale byłam w domu mamy, pełnym ludzi, którzy przyszli ją pożegnać. Więc powiedziałam tylko:
- Wyjdź z kuchni.
I wyszedł.
Potem był tydzień, którego prawie nie pamiętam. Wojtek wrócił z trasy, wysłuchał, siedział ze mną w kuchni i milczał, bo nie wiedział, co powiedzieć. Córka z Gdańska dzwoniła codziennie, powtarzała: „Mamo, idź do prawnika." Ta z Londynu napisała długiego maila, pełnego angielskich słów o granicach i toksyczności.
Poszłam do prawnika. Pani mecenas - spokojna kobieta po sześćdziesiątce, w okularach na łańcuszku - wysłuchała, przejrzała dokumenty i powiedziała wprost: „Jeśli matka była ubezwłasnowolniona w momencie podpisania - to podważymy. Jeśli nie była - będzie bardzo trudno. Notariusz poświadczył jej świadomość."
Mama nie była ubezwłasnowolniona. Bo ja tego nie zrobiłam. Bo wydawało mi się, że to upokorzenie - odebrać jej podmiotowość. Bo myślałam, że skoro ja się nią opiekuję, to wystarczy. Nie przyszło mi do głowy, że ktokolwiek - zwłaszcza Rysiek - mógłby to wykorzystać.
Nie wiem, czy mama naprawdę chciała dać dom Ryśkowi. Może chciała, bo się bała, że jest sam. Może Rysiek jej to podsunął w jeden z tych niedzielnych poranków przy kawie, kiedy ja akurat byłam w domu, robiłam pranie albo płaciłam rachunki. Może notariusz nie zorientował się, że kobieta, która podpisuje akt, rano nie poznała własnej córki. Nie wiem i już się nigdy nie dowiem.
Rysiek dzwonił dwa razy. Pierwszy raz - żeby powiedzieć, że mogę zabrać z domu mamy wszystko, co chcę. „Meble, zdjęcia, cokolwiek, Bożenka." Drugi raz - żeby zapytać, czy mam klucze od piwnicy. Nie odebrałam za drugim razem.
Wojtek mówi, żebym odpuściła. Że dom i tak jest stary, że remontować nie warto, że nas na nic nie stać, że zdrowie najważniejsze. Córka z Gdańska mówi: walcz. Córka z Londynu mówi: odetnij się od niego na zawsze. Prawniczka mówi: jest szansa, ale mała, i kosztować będzie dużo - pieniędzy, czasu i nerwów.
A ja siedzę wieczorami w kuchni i myślę o tym, że przez osiem lat wstawałam o piątej rano. Że znałam na pamięć dawkowanie każdego leku. Że mama, nawet kiedy nie pamiętała mojego imienia, uspokajała się, gdy wchodziłam - bo znała moje ręce, mój zapach, mój głos. I myślę o Ryśku, który jest sam po rozwodzie, który faktycznie nie ma nikogo, i którego mama kochała tak samo jak mnie. Bo matki tak mają - kochają nawet wtedy, kiedy to niesprawiedliwe.
Wczoraj wyjęłam z szuflady wizytówkę prawniczki. Położyłam ją na stole. Położyłam obok telefon. I tak siedzę. Od wczoraj.