Wnuczka przychodzi do mnie coraz chudsza, w za małych butach, i zasypia przy stole o piątej. Powiedziałam ostrożnie synowej, że może dziecko jest przemęczone. Odparła, nie podnosząc wzroku znad telefonu: „To pani nie musi się już nią zajmować, poradzimy sobie sami."

To zdanie zawisło w mojej kuchni jak zapach spalonego mleka - nie do wygnania. Stałam z talerzem rosołu w ręku, a Maja spała z policzkiem na stole, z głową na złożonych rękach. Sześć lat, kościste łopatki widoczne przez bluzeczkę w kwiatki. Buty, które przynosiła, miały spłaszczone palce - przynajmniej o numer za małe. Nie odezwałam się więcej. Odstawiłam talerz na blat i patrzyłam, jak synowa zabiera śpiące dziecko, przerzuca przez ramię jak worek kartofli i wychodzi, nawet nie zamykając za sobą drzwi.

Nazywam się Halina, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat jestem wdową. Mój syn Tomek ożenił się z Justyną osiem lat temu, w lipcu, w kościele na Bielanach. Pamiętam, że było upalne lato, goście rozkładali się na ławkach jak koty, a ja myślałam: dobry znak, słońce na ślub. Tomek miał wtedy trzydzieści lat, pracował jako elektryk, a Justyna skończyła jakieś kursy fryzjerskie, ale nigdy w zawodzie nie pracowała. Wydawała się cicha, skromna. Uśmiechała się rzadko, za to kiedy już - świeciła cała twarz. Mój mąż Zbigniew mówił: „Cicha woda brzegi rwie, Halina." Nie posłuchałam.

Maja przyszła na świat dwa lata po ślubie. Tomek dzwonił do mnie ze szpitala o trzeciej w nocy i płakał. Nie pytałam dlaczego - wiedziałam, że ze szczęścia. Potem pierwsze miesiące, pieluszki, kolki, bezsenność - pomagałam codziennie, dojeżdżałam autobusem z Woli na Targówek. Justyna przyjmowała pomoc bez protestu, ale też bez wdzięczności. To mnie nie raziło. Nie każdy umie dziękować.

Problemy zaczęły się po śmierci Zbyszka. Zawał, nagły, na działce ROD - jeszcze trzymał w ręku konewkę, kiedy go znaleźli. Trzy lata temu, w sierpniu. Pogrzeb, stypa, papiery w ZUS-ie, pustka. Tomek pomagał mi w sprawach urzędowych, ale widziałam, że sam jest rozkojarzony, jakby myślami był gdzie indziej. Justyna na pogrzebie stała z boku, z telefonem w ręku. Nie podeszła nawet do trumny.

Po pogrzebie zaczęłam częściej zapraszać Maję do siebie. Potrzebowałam tego dziecka równie mocno, jak ono potrzebowało mnie. Maja przychodziła dwa, trzy razy w tygodniu - Tomek podwoził ją rano, zanim jechał na budowę. Robiłyśmy pierogi, rysowałyśmy, chodziłyśmy do parku na Woli. Normalne babcine rzeczy. Maja jadła u mnie jak wilk - dwa talerze zupy, naleśniki, jabłko, jeszcze drugie jabłko. Myślałam, że po prostu rośnie.

Potem zaczęłam zauważać. Nie od razu - stopniowo, jak wtedy, gdy przyzwyczaisz się do plamy wilgoci na ścianie i pewnego dnia widzisz, że już jest na pół pokoju. Maja zaczęła przychodzić coraz chudsza. Spodnie wisiały, bluzeczki się pobrudziły, a buty - te buty. Kiedyś zdjęłam jej pantofelki, żeby włożyć kapcie. Palce miała zaczerwienione, odciśnięte. „Babciu, trochę mnie cisną" - powiedziała spokojnie, jakby mówiła o pogodzie. Serce mi pękło.

Próbowałam z Tomkiem. Zadzwoniłam wieczorem, wybrałam moment ostrożnie.

- Synku, Maja chyba potrzebuje nowych butów. Te różowe są za małe.

- Mamo, ja wiem. Powiem Justynie.

- I może jedz z nią kolację, bo u mnie to zjada, jakby w domu nie jadła…

Cisza. Taka cisza, w której słyszysz czyjeś oddychanie i wiesz, że ta osoba ważyć słowa.

- Mamo, nie przesadzaj. Maja je normalnie. Justyna gotuje.

Nie gotowała. Wiedziałam to, bo Maja mi powiedziała, niewinnie, przy kolorowance: „Mama robi nam kanapki na obiad. Takie z serem." Kanapki z serem na obiad, codziennie, dla sześcioletniej dziewczynki. Nie chciałam być tą teściową, co się wtrąca. Przez całe życie unikałam tego jak ognia. Pamiętałam własną teściową, panią Janinę, która potrafiła komentować każdy garnek, każdą firankę, każdy wybór. Przyrzekłam sobie, że nigdy nie będę Janiną.

Ale Maja zasypiała u mnie przy stole o piątej po południu. Głowa opadała jak u szmacianej lalki, oczy zamykały się w pół słowa. Nie z nudy. Z wyczerpania. Pytałam: „Kochanie, o której zasypiasz w domu?" Wzruszenie ramion. „Mama ogląda filmy, a ja leżę w łóżku i czekam."

Czekam. Na co? Na sen, który nie przychodził, bo w mieszkaniu na Targówku telewizor grał do północy.

Wtedy powiedziałam Justynie. Ostrożnie, delikatnie - jak chirurg, który próbuje nie uszkodzić zdrowej tkanki. „Może Maja jest trochę przemęczona, może wcześniej spać?" I dostałam to zdanie. Że nie muszę się już nią zajmować. Że poradzą sobie sami.

Przez tydzień Maja nie przychodziła. Dzwoniłam do Tomka - nie odbierał. Pisałam SMS-y. „Synku, jak Maja?" Odpowiedź po dwóch dniach, krótka: „Wszystko OK mamo." Bez kropki, bez emocji, jakby pisał automat. Chodziłam po mieszkaniu w kółko, przesuwałam Majowe kredki na biurku, wąchałam jej poduszkę, która jeszcze pachniała jabłkowym szamponem.

Drugiego tygodnia nie wytrzymałam. Pojechałam na Targówek. Zadzwoniłam domofonem. Otworzyła Justyna w dresie, z telefonem przy uchu. Za nią, w przedpokoju, Maja w piżamie o czwartej po południu. Bosa na zimnych kafelkach. Chuda. Z oczami jak dwa ciemne guziki w zbyt jasnej twarzy.

- Babciu! - krzyknęła i rzuciła mi się na szyję.

Justyna odłożyła telefon. Popatrzyła na mnie, i po raz pierwszy zobaczyłam w jej oczach nie obojętność - strach. Czysta, surowa panika. Jak u zwierzęcia, które wie, że zaraz ktoś zobaczy to, czego nie powinien.

- Pani Halino, ja naprawdę... - zaczęła.

- Nie skończyłam - przerwałam jej cicho. - Nie przyszłam się kłócić. Przyszłam zabrać Maję na noc. Jutro ją odwiozę.

Justyna nie zaprotestowała. Stała w tych drzwiach, z rękami wzdłuż ciała, i wyglądała nagle na bardzo młodą. Miała trzydzieści jeden lat, a wyglądała jak przestraszona dziewczyna. Zauważyłam, że ona też schudła. Że pod oczami ma sińce grube jak palce. Że w przedpokoju piętrzą się nierozpakowane torby z Biedronki, jakby ktoś je przyniósł i nie miał siły rozłożyć.

Maja spała u mnie tej nocy jak kamień. Dwanaście godzin. Rano zjadła dwa jajka, trzy kromki chleba z masłem i wypiła kakao. Patrzyłam, jak je, i myślałam o tym, co powinnam zrobić. Mogę zadzwonić do opieki społecznej - ale to moja synowa, matka mojej wnuczki, żona mojego syna. Mogę porozmawiać z Tomkiem - ale Tomek patrzy i nie widzi, albo widzi i udaje, że nie. Mogę zabrać Maję do siebie na stałe - ale jakim prawem?

Kiedy odwoziłam ją po południu, Justyna otworzyła drzwi w czystej bluzce, z zaplecionymi włosami. W mieszkaniu pachniało środkiem do podłóg. Na blacie w kuchni stał garnek - prawdziwy garnek, z czymś, co wyglądało na zupę. Justyna nie powiedziała „dziękuję", ale powiedziała:

- Może Maja mogłaby przychodzić do pani… jak kiedyś. W poniedziałki i środy.

Skinęłam głową. Maja wbiegła do pokoju, a ja zostałam z Justyną w przedpokoju. Chciałam zapytać: co się dzieje? Dlaczego nie gotujesz? Dlaczego dziecko chodzi w za małych butach? Czy ty dajesz radę? Potrzebujesz pomocy? Ale nie zapytałam. Bo wiedziałam, że jedno złe słowo - i te drzwi zamkną się znowu. Może na zawsze.

Wracałam autobusem na Wolę i myślałam, że Zbyszek miał rację - cicha woda brzegi rwie. Tyle że nie wiedziałam już, kto tu jest cichą wodą. Justyna, która tonęła po cichu? Tomek, który milczał? A może ja - bo zamiast działać, znowu czekałam, żeby nie być Janiną?

W torebce miałam numer do ośrodka pomocy rodzinie. Zapisałam go tydzień temu, na kartce wyrwanej z notesu, drobnym pismem, jakby mniejsze litery były mniejszym zdaniem. Kartka leżała między dowodem osobistym a zdjęciem Zbyszka.

Jeszcze jej nie wyrzuciłam. Ale jeszcze nie zadzwoniłam.