Na siedemdziesiąte urodziny dzieci przyjechały z tortem z Biedronki. W kuchni usłyszałam, jak syn mówi do żony: „Kup cokolwiek, mamie i tak jest wszystko jedno, ona się nigdy nie skarży."

Stałam za ścianą, z ręką na klamce, i nie weszłam. Cofnęłam się o krok, potem o drugi, aż oparłam się plecami o framugę drzwi do łazienki. Tort z Biedronki - nie przeszkadzał mi tort. Lubiłam ich sernik na zimno, ten z białą polewą. Ale te słowa - „mamie i tak jest wszystko jedno" - wbiły się gdzieś między żebra i zostały.

Bo ja się nigdy nie skarżyłam. To prawda. Całe życie nie skarżyłam się i właśnie dlatego moje dzieci uznały, że niczego nie czuję.

Mam na imię Halina, choć od lat nikt tak do mnie nie mówi. Dla syna Grzegorza jestem „mama", dla córki Ewy - „mamo" albo „mamuś", gdy czegoś potrzebuje. Dla sąsiadek z bloku na Gocławiu - „pani Halinka". Siedemdziesiąt lat. Czterdzieści dwa lata w księgowości szkoły podstawowej numer dwadzieścia trzy. Emerytka od ośmiu lat. Wdowa od trzech.

Kiedy Tadeusz żył, wszystko miało swoje miejsce. On jeździł na działkę ROD pod Otwockiem, ja robiłam obiad. On naprawiał kran, ja prasowałam koszule. On decydował, gdzie jedziemy na wakacje - zawsze nad Bałtyk, zawsze Łeba - a ja pakowałam walizki. Nie pytał mnie, czy chcę jechać gdzie indziej. Ja nie pytałam siebie. Tak było wygodniej.

Po jego śmierci zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu z meblościanką, kryształowym wazonem, który nigdy mi się nie podobał, i stosem albumów ze zdjęciami z wakacji, na których zawsze stoję z boku i się uśmiecham. Taki sam uśmiech na każdym zdjęciu. Uprzejmy, łagodny, nijaki.

Dzieci przyjeżdżały na zmianę - Grzegorz z Piaseczna co dwa tygodnie, Ewa z Wrocławia raz na dwa miesiące. Dzwoniły regularnie, to im trzeba oddać. „Mamo, jak się czujesz?" „Dobrze, synku." „Potrzebujesz czegoś?" „Nie, dziękuję, wszystko mam." I to była prawda. Wszystko miałam. Tylko że to wszystko było puste.

W dniu urodzin wstałam o szóstej, jak zawsze. Wypiłam herbatę z cytryną, zjadłam dwie kromki z dżemem. Ubrałam tę granatową bluzkę, którą kupiłam sobie w Łodzi, kiedy jeździłam na wycieczkę z koleżankami z dawnej pracy. Jedyna rzecz, którą kupiłam dla siebie, nie dla domu, nie dla dzieci, nie z konieczności. Pomyślałam, że to moje urodziny i mogę ją założyć.

Grzegorz z żoną Beatą przyjechali przed dwunastą. Ewa zadzwoniła, że nie da rady - Zuzia miała anginkę i nie chciała jej zostawiać. Przykro mi, mamo, ale wpadnę w przyszłym tygodniu, obiecuję. Obiecuję - to słowo, które zawsze działało na mnie jak plaster. Zaklejało na chwilę i odrywało się po kilku dniach, zostawiając ślad.

Beata przyniosła kwiaty - ładne, takie gerbery w pomarańczowych odcieniach - i plastikowe pudełko z tortem. Grzegorz niósł butelkę wina. Usiedliśmy w dużym pokoju. Mój syn rozglądał się po ścianach, jakby sprawdzał, czy czegoś nie trzeba naprawić. Beata nakrywała do stołu - wzięła moje stare talerze z serwisu, ten z niebieskimi kwiatkami.

- Mamo, może w końcu wymienisz te talerze? - powiedział Grzegorz. - Są starsze ode mnie.

- Lubię je - odpowiedziałam.

- No tak, ty wszystko lubisz - zaśmiał się i poszedł do kuchni po nóż do tortu.

Wtedy to usłyszałam. Beata musiała zapytać go o prezent, bo on odpowiedział tym swoim szybkim, pewnym tonem: „Kup cokolwiek, mamie i tak jest wszystko jedno, ona się nigdy nie skarży." Beata powiedziała coś ciszej, nie dosłyszałam. On dodał: „Daj spokój, mama jest prosta, nie ma zachcianek."

Prosta. Nie ma zachcianek.

Zdmuchnęłam świeczki - siedem, bo więcej nie zmieściło się na torcie. Grzegorz nagrywał telefonem. Beata klasnęła w dłonie. Uśmiechnęłam się tym swoim uśmiechem - uprzejmym, łagodnym, nijakim. Zjadłam kawałek sernika. Pochwaliłam, że dobry. Bo był dobry. I bo tak robiłam całe życie.

Dopiero wieczorem, kiedy odjechali, a ja zmywałam te niebieskie talerze, coś we mnie pękło. Nie dramatycznie - nie rzuciłam talerzem o podłogę, nie rozpłakałam się. Po prostu stałam z gąbką w ręce i pomyślałam: on ma rację. Nigdy się nie skarżyłam. I dlatego nikt nigdy nie zapytał mnie naprawdę, czego chcę.

Nie Tadeusz, kiedy przez trzydzieści osiem lat woził mnie do Łeby, choć marzyłam o Włoszech. Nie Ewa, kiedy zdecydowała, że mama poradzi sobie sama po pogrzebie ojca, bo „mama jest silna". Nie Grzegorz, który przyjeżdżał z obowiązku i wyjeżdżał z ulgą.

Ale czy to ich wina? Czy mogę ich winić za to, że uwierzyli w obraz, który sama stworzyłam?

Następnego dnia zrobiłam coś, czego nie robiłam od lat. Poszłam do biura podróży przy Grochowskiej. Taki mały, z plakatami Grecji i Turcji w witrynie. Młoda dziewczyna za biurkiem popatrzyła na mnie z uprzejmym zaskoczeniem - pewnie nie codziennie wchodzi siedemdziesięcioletnia kobieta sama i mówi, że chce polecieć nad Morze Śródziemne. Sama. Pierwszy raz samolotem.

- Pani jest pewna? - zapytała. - Sama pani leci?

- Sama - potwierdziłam.

Wyszłam z katalogiem i karteczką z ceną wycieczki na Kretę. Siedem dni, hotel z widokiem na morze, śniadania. Pieniądze miałam - Tadeusz zostawił oszczędności, a ja wydawałam grosze. Emerytura szła na rachunki i jedzenie. Reszta leżała na koncie i czekała. Na co? Na pogrzeb, żeby dzieci miały z czego mnie pochować?

Zadzwoniłam do Grzegorza wieczorem.

- Synku, chciałam ci powiedzieć, że lecę na Kretę.

Cisza. Dłuższa niż ta między zdmuchnięciem świeczek a brawami.

- Mamo, na jaką Kretę? Sama? Przecież ty nigdy nie latałaś samolotem.

- No właśnie - powiedziałam. - Właśnie dlatego.

Znowu cisza. Słyszałam w tle telewizor i głos Beaty, pytającej o coś z kuchni.

- Mamo, może porozmawiamy o tym na spokojnie? Przyjadę w sobotę.

- Nie musisz przyjeżdżać, Grzesiu. Ja ci nie mówię, żebyś pozwolił. Ja ci mówię, że lecę.

Rozłączył się po kilku minutach. Był uprzejmy, ale słyszałam w jego głosie coś, czego nigdy wcześniej nie słyszałam. Niepokój. Ale nie o mnie - o porządek rzeczy, który nagle się zachwiał. Mama, która nigdy się nie skarży, nagle chce czegoś. To nie pasowało do obrazu.

Ewa zadzwoniła następnego ranka. Pewnie Grzegorz ją uprzedził.

- Mamo, słyszałam o tej Krecie. To wspaniały pomysł! - jej głos był ciepły, ale trochę za wesoły, jak wtedy, gdy przekonywała Zuzię, że zastrzyk nie boli. - Tylko wiesz, może nie sama? Może znajdziesz jakąś koleżankę?

- Ewuniu, ja chcę jechać sama.

Pauza.

- Ale dlaczego sama, mamo?

Mogłam jej powiedzieć. Mogłam wreszcie otworzyć usta i wyrzucić z siebie czterdzieści lat milczenia. Powiedzieć, że mam żal. Że tort z Biedronki to nie jest problem, ale to, co za nim stoi - przekonanie, że mama nie ma potrzeb, bo mama to funkcja, nie człowiek.

Ale nie powiedziałam. Powiedziałam tylko:

- Bo nigdy nie byłam sama, córeczko. I chcę sprawdzić, jak to jest.

Katalog leży teraz na stoliku w dużym pokoju, obok kryształowego wazonu. Jutro idę wpłacić zaliczkę. Albo nie pójdę. Albo pójdę i w ostatniej chwili się wycofam, bo znowu włączy się ta Halina, która się nie skarży, nie chce, nie prosi.

Ale dzisiaj, kiedy patrzę na te niebieskie talerze, myślę o jednym: co by było, gdybym trzydzieści lat temu powiedziała Tadeuszowi, że nie chcę do Łeby? Czy wszystko potoczyłoby się inaczej? Czy moje dzieci widziałyby we mnie kogoś więcej niż kobietę, której jest „wszystko jedno"?

A może to ja powinnam zapytać siebie, czy jeszcze nie jest za późno, żeby się dowiedzieć.