Oddałam młodym parter i przeniosłam się na górę, do dwóch pokoi. W kuchni wisi teraz kartka z godzinami: dla mnie od jedenastej do dwunastej. Reszta doby należy do nich.
Kiedy pierwszy raz to przeczytałam - tę kartkę, wyrwaną z zeszytu Zuzi, mojej wnuczki, napisaną ręką synowej starannym, okrągłym pismem - pomyślałam, że to żart. Że Patrycja przygotowuje jakąś grę dla dziecka, zabawę w hotel albo restaurację. Ale Tomek stanął w drzwiach mojego dawnego salonu, teraz ich salonu, i powiedział: „Mamo, to po prostu dla porządku, żebyśmy sobie nie wchodzili w drogę". Miał ten sam ton, jakim jako nastolatek informował mnie, że nie jedzie na wakacje z rodzicami, bo ma ważniejsze plany. Spokojny, rzeczowy, niepodlegający dyskusji.
Wzięłam kubek kawy i poszłam na górę. Od tamtego dnia minęły cztery miesiące.
Ten dom postawiłam z Leszkiem w dziewięćdziesiątym trzecim roku. Działkę dostaliśmy od moich rodziców - kawałek pola na obrzeżach Poznania, wtedy prawie wieś, dziś normalne osiedle z Biedronką i przychodnią. Leszek był budowlaniec, więc połowę roboty zrobił sam, z kolegami. Ja chodziłam w ciąży z Tomkiem i nosiłam cegły, bo tak to wtedy wyglądało. Nikt nie pytał, czy możesz - mogłaś, to nosiłaś. Parter: salon z kuchnią, sypialnia, łazienka. Piętro: dwa pokoje i maleńki WC. Leszek zawsze mówił, że górę wykończymy później. Później się nie doczekał - serce go zabrało w dwa tysiące czternastym, w lutym, na chodniku przed domem. Szedł odśnieżać. Miał sześćdziesiąt jeden lat.
Po jego śmierci zostałam sama. Tomek mieszkał już w Poznaniu z Patrycją, mieli wtedy roczną Zuzię. Ja miałam pięćdziesiąt osiem lat, emeryturę z księgowości i dom za duży na jedną osobę. Górę w końcu wykończyłam - z pieniędzy po Leszku, bo on odkładał na konto, o którym nawet nie wiedziałam. Takie miał podejście: nigdy nic nie mówił, ale dbał. Położyłam panele, kupiłam meble, zrobiłam małą łazienkę z prysznicem. Myślałam, że może kiedyś komuś się przyda. Nie sądziłam, że mnie.
Tomek z Patrycją wprowadzili się w październiku. Wynajmowali mieszkanie na Wildzie, ale Patrycja zaszła w drugą ciążę i stwierdzili, że potrzebują więcej miejsca. Tomek zadzwonił w niedzielę wieczorem.
„Mamo, pomyśleliśmy z Patrycją, że moglibyśmy zamieszkać razem. Tobie łatwiej, bo będziemy pomagać, nam łatwiej, bo nie płacimy wynajmu. Ty byś się przeniosła na górę, a my na parter. Parter jest większy, a z dzieckiem i wózkiem wygodniej na dole."
Powiedziałam tak. Oczywiście, że powiedziałam tak. To mój syn. To moja wnuczka. A dom jest za duży na jedną babę, sama tak mówiłam. Poza tym Patrycja w ciąży, zimno, wynajmowanie drenuje portfel - jaki powód miałabym powiedzieć nie? Że to mój salon? Że na kanapie w rogu Leszek lubił drzemać po obiedzie? Że w kuchni stoją jeszcze jego kubki, ten z Zakopanego i ten z logo Lecha?
Kubki spakowałam pierwszego dnia. Patrycja powiedziała, że nie pasują do jej zestawu.
Przez pierwszy miesiąc było w porządku. Trochę ciasno, trochę głośno - Zuzia miała trzy lata i odkryła radość biegania po korytarzu o szóstej rano - ale ja się nie skarżyłam. Gotowałam obiady, odbierałam Zuzię z przedszkola, robiłam pranie. Czułam się potrzebna. Wieczorami siadaliśmy razem przy telewizorze, Patrycja piła herbatę rumiankową, Tomek przeglądał telefon. Prawie jak rodzina z reklamy. Prawie.
Zaczęło się od drobiazgów. Patrycja stwierdziła, że gotuję za tłusto. Że nie tak kroi się marchewkę do zupy - za grubo. Że Zuzia nie powinna dostawać cukierków, bo będzie miała próchnicę. Że piorę w za niskiej temperaturze. Kiwałam głową. Dostosowywałam się. Przecież to młode pokolenie, inaczej podchodzą.
Potem przyszła sprawa z kuchnią. Patrycja zaczęła zostawiać na blacie karteczki: „Bożena, proszę wycierać blat po każdym użyciu", „Nie zostawiać garnków na palniku", „Zmywarka - uruchamiać tylko wieczorem po 22:00". Pisała do mnie karteczki w moim własnym domu. Wytarłam blat i nic nie powiedziałam.
A potem pojawiła się ta kartka z godzinami.
Wieczorem zapukałam do Tomka. Siedział w dawnej mojej sypialni, teraz ich sypialni, przy laptopie.
- Tomek, ta kartka z godzinami - mogłbyś mi wytłumaczyć?
Nawet nie podniósł wzroku.
- Mamo, Patrycja potrzebuje spokoju w kuchni. Gotuje dla Zuzi specjalne posiłki, w ciąży ma dietę, nie może się stresować. Godzina dziennie ci wystarczy, prawda? Co ty tam gotujesz, kanapkę i herbatę.
Kanapkę i herbatę. Sześćdziesiąt dwa lata życia, trzydzieści lat gotowania w tej kuchni - i kanapkę i herbatę.
Położyłam się tego wieczoru w pokoju na górze, tym z widokiem na dach sąsiada, i leżałam w ciemności. Słyszałam przez podłogę, jak Patrycja sprząta kuchnię, jak leci woda, jak Zuzia woła „mamusiu!". Mój dom żył pode mną, beze mnie.
Następnego dnia zadzwoniłam do Krysi, mojej siostry z Gniezna.
- Bożena, zwariowałaś? - krzyknęła tak głośno, że odsunęłam telefon od ucha. - To twój dom! Twoje nazwisko w księgach! Powiedz im, żeby się wynosili, jeśli im nie pasuje!
Łatwo jej mówić. Krysia nie ma dzieci. Krysia nie rozumie, że ja patrzę na Zuzię i widzę w niej Tomka sprzed trzydziestu lat - te same oczy Leszka, ten sam upór, to samo marszczenie nosa. Że jak wyrzucę ich z domu, to wyrzucę siebie z życia wnuczki.
Ale wczoraj wydarzyło się coś, co nie daje mi spokoju. Zuzia wbiegła na górę po południu - sama, bo Patrycja zasnęła na kanapie. Weszła do mojego pokoju, zobaczyła na komodzie kubek Leszka z Zakopanego, ten, który schowałam, bo niby nie pasował do zestawu.
- Babciu, czyj to? - zapytała.
- Dziadka - powiedziałam.
- A czemu dziadek tu nie mieszka?
- Bo dziadek jest w niebie, kochanie.
Zuzia obróciła kubek w rękach, pogładziła góry namalowane na boku i powiedziała bardzo poważnie:
- To dobrze, że ty tu jesteś, babciu. Bo na dole jest ciasno.
Na dole jest ciasno. W moim domu. Na moim parterze. W mojej kuchni, do której mam wstęp godzinę dziennie. Na dole jest ciasno - nawet czterolatka to widzi.
Wieczorem usiadłam przy tym maleńkim biurku na górze i zaczęłam pisać. Nie artykuł, nie skargę - listę. Co jest moje. Co oddałam. Co jeszcze mogę oddać, a czego nie chcę. Lista miała dwie kolumny, a jedna rosła szybciej od drugiej.
Dziś rano zeszłam na dół o dziesiątej, godzinę przed moim wyznaczonym czasem. Patrycja stała przy blacie, kroiła jabłka dla Zuzi. Podniosła głowę i otworzyła usta, pewnie żeby przypomnieć o kartce. Ale ja ją uprzedziłam.
- Patrycja, musimy porozmawiać. Ty, ja i Tomek. Dziś wieczorem.
Widziałam, jak jej ręka z nożem na sekundę znieruchomiała. Potem kiwnęła głową i wróciła do jabłek.
Nie wiem, co powiem wieczorem. Naprawdę nie wiem. Wiem, że dom jest mój. Wiem, że syn jest mój. I wiem, że ta kartka z godzinami wisi w kuchni już czwarty miesiąc, a ja dopiero teraz mam odwagę zdjąć ją ze ściany.
Albo przynajmniej spróbować.