Zięć „dla zabawy" podsunął mi przy obiedzie test z gazety: „sprawdź pamięć seniora - dziesięć pytań". Rozwiązałam bez błędu, przy rosole. Dopisałam długopisem pytanie jedenaste: „kiedy ostatnio odwiedziliście matkę bez okazji?". Oddałam - jedenaste czeka na odpowiedź do dziś.

Widziałam, jak Darek przeczytał to moje pytanie. Jak uniósł wzrok znad kartki, zerknął na Basię, moją córkę, i zaśmiał się. Takim krótkim, nerwowym śmiechem, który miał udawać luz. „O, teściowa ma poczucie humoru!" - powiedział i sięgnął po kompot. Basia nic nie powiedziała. Pochyliła się nad talerzem i zaczęła zbierać łyżką makaron z rosołu, jakby nagle stał się najciekawszą rzeczą na świecie.

Mam na imię Halina, skończyłam sześćdziesiąt cztery lata w marcu i od trzech lat jestem na emeryturze. Trzydzieści jeden lat przepracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach, więc z liczbami i logiką jestem za pan brat.

Pamięć mam dobrą. Doskonałą, jeśli ktoś pyta. Test Darka rozwiązałam w cztery minuty, jedząc przy tym rosół, który sama ugotowałam na kury z bazaru przy Żeromskiego.

Bo Darek i Basia przyszli na obiad. Niedzielny. Jak przychodzą raz na miesiąc, czasem raz na dwa miesiące, zawsze z jakąś okazją. Imieniny, urodziny, Dzień Matki. Nigdy tak po prostu. Nigdy: „mamo, wpadniemy, bo chcemy cię zobaczyć". Zawsze jest powód. I zawsze jest pośpiech.

Tym razem powodem były moje imieniny. Dwudziesty trzeci marca, Halina. Darek przyniósł kwiatki - tulipany, ładne, różowe. Basia tort z cukierni, czekoladowy, bo „mama lubi czekoladowy". Lubię sernik. Czekoladowy lubi Basia. Ale nie powiedziałam nic, pokroiłam, podałam na talerzyki po babci, te z niebieskim wzorkiem.

Przy rosole Darek wyciągnął tę gazetę. „Tygodnik Zdrowia" czy jakoś tak, nigdy wcześniej nie widziałam go z taką gazetą w ręku. Otworzył na stronie z testem i podsunął mi przez stół. „Teściowo, zróbmy sobie zabawę. Dziesięć pytań, sprawdzamy refleks!" - powiedział z tym swoim szerokim uśmiechem, jakby proponował grę planszową, a nie egzamin z tego, czy jeszcze mam wszystkie klepki.

Pytania były proste. Jaki mamy dzień tygodnia. Jak nazywa się obecny prezydent. Odejmij od stu siedem, potem jeszcze raz, i jeszcze raz. Zapamiętaj trzy słowa: parasol, jabłko, fotel. Narysuj zegar wskazujący wpół do trzeciej. Robiłam to wszystko spokojnie, między łyżkami rosołu, bo rosół stygnie i szkoda go marnować. Darek patrzył z takim dziwnym napięciem, jakby naprawdę oczekiwał, że się pomylę.

Basia siedziała cicho. Mieszała kompot łyżeczką i patrzyła w okno. Znam tę minę mojej córki. Tak wyglądała, kiedy w podstawówce przyniosła jedynkę z dyktanda i czekała, aż ją znajdę w dzienniczku.

Skończyłam test. Dziesięć na dziesięć. Darek powiedział: „Brawo, teściowo!". I wtedy coś we mnie pękło. Nie głośno, nie z hukiem. Cicho, jak pęka nitka w swetrze - jeszcze chwilę trzyma, ale wiesz, że się pruć zacznie.

Wzięłam długopis - leżał na kredensie, niebieski, z logo naszej przychodni - i na dole kartki, pod pytaniem dziesiątym, dopisałam: „11. Kiedy ostatnio odwiedziliście matkę bez okazji?". Podałam kartkę Darkowi. I wróciłam do rosołu.

Cisza, która nastąpiła, była gęsta jak kisiel. Darek przeczytał, spojrzał na Basię. Basia wreszcie oderwała wzrok od okna. Widziałam, jak czyta moje pytanie do góry nogami, z drugiej strony stołu. Poruszyła ustami, ale nic nie powiedziała.

„Mamo, no co ty" - odezwała się w końcu. - „Przecież przyjeżdżamy."

„Przyjeżdżacie na okazje" - odpowiedziałam. - „Okazje to nie ja."

Darek złożył gazetę. Schował ją do torby. „Teściowo, ten test to naprawdę był żart" - powiedział. A ja na to: „Wiem, Darku. Moje pytanie też jest żartem. Ale odpowiedzi dalej nie znam".

Zjedliśmy tort. Ten czekoladowy, nie mój sernik. Basia umyła naczynia, co robi zawsze, kiedy nie wie, co powiedzieć - woli szorować garnki niż rozmawiać. Darek siedział w fotelu i przeglądał telefon. O czwartej powiedzieli, że muszą jechać, bo w poniedziałek Ksawery - mój wnuk, jedenaście lat - ma sprawdzian i trzeba powtórzyć materiał.

Odprowadzałam ich do drzwi. Basia pocałowała mnie w policzek. „Mamo, zadzwonię w tygodniu" - powiedziała. Skinęłam głową. Zadzwoni, jasne. W czwartek, tak jak zawsze, na siedem minut. Opowie o pracy, o Ksawerym, zapyta, czy wzięłam leki na ciśnienie. Nie zapyta, co czuję. Nie zapyta, czy jest mi samotnie w tym mieszkaniu, w którym ją wychowałam, w którym umarł jej ojciec, w którym ściany pamiętają więcej niż ona chce pamiętać.

Po ich wyjściu usiadłam w kuchni. Rosół w garnku jeszcze ciepły, starczy na trzy dni. Tak to jest, kiedy gotujesz dla czterech osób, a jesz sama. Na stole leżał talerzyk po torcie z okruszkami. I serwetka, na której Darek nabazgrał coś długopisem - myślałam, że odpowiedź. Podniosłam. To był numer telefonu jakiegoś hydraulika. Widocznie szukali kogoś do łazienki.

Zadzwoniłam do Krysi, sąsiadki z drugiego piętra. „Chodź na herbatę" - powiedziałam. Przyszła po pięciu minutach z własnym kubkiem, bo wie, że nie lubię, jak bierze ten po Staszku. Usiadła, posłuchała. Pokiwała głową.

„Haluś" - powiedziała Krysia - „moja Magda jest taka sama. Przyjeżdża z kwiatkami, skanuje mnie wzrokiem, czy się nie guzdrzę za bardzo, i jedzie. Myślą, że jak nam nie odpowiadają, to zapomnimy, że pytałyśmy."

Nie zapomnimy. Pamięć mam doskonałą. Dziesięć na dziesięć.

Minęły od tamtego obiadu cztery miesiące. Basia przyjeżdżała jeszcze dwukrotnie - na Wielkanoc i na Dzień Matki. Raz z tulipanami, raz z różami. Ani razu bez okazji. Darek przy wielkanocnym stole opowiadał kawały i ani słowem nie wrócił do testu. Jakby tamta kartka nigdy nie istniała.

A ja ją schowałam. Leży w szufladzie kredensu, pod rachunkami za prąd. Czasem ją wyjmuję i patrzę na te swoje dziesięć poprawnych odpowiedzi i jedno pytanie bez odpowiedzi. I myślę: może powinnam przestać czekać. Może powinnam sama do nich pojechać, bez okazji, z sernikiem, zapukać i powiedzieć: „Przyszłam, bo chciałam was zobaczyć". Pokazać im, jak to się robi.

Ale potem myślę - a jeśli otworzą drzwi i powiedzą: „Mamo, dzisiaj nie pasuje"?

I zostaję. I gotuję rosół na trzy dni.