Na święta wykupili domek w górach - „cała rodzina, osiem osób!". Mnie przypadła rola dziewiątej: „przypilnujesz mieszkania i psa, i tak nie lubisz gór". Nie lubię? Z Stefanem byłam na Kasprowym trzy razy. Psa wzięłam do siebie, mieszkanie niech się pilnuje samo - sylwestra zrobiliśmy z Barnabą i Teodorą przy oknie. Góry widać na pocztówce. Przysłali.
Pocztówka leży teraz na lodówce, przytrzymana magnesem z Międzyzdrojów, pamiątką sprzed dziesięciu lat. Na zdjęciu Tatry w śniegu, a na odwrocie pismo Agnieszki, mojej synowej: „Pozdrowienia z gór, Mamo! Pies zjadł kolację?". Nie napisała „kochana Mamo". Nie napisała „tęsknimy". Tylko pies i kolacja.
Barnaba - mój beagle, trzynaście lat, artretyczne łapki i mokry nos - leżał wtedy na moich kolanach i chrapał przez sylwestrową noc, a Teodora z drugiego piętra przyniosła pół butelki musującego i szarlotkę, którą sama upiekła z jabłek z działki. Siedziałyśmy przy oknie mojego bloku na Ursynowie, patrzyłyśmy na fajerwerki i Teodora powiedziała coś, co do dzisiaj we mnie siedzi.
- Halina, a ty wiesz, że oni cię nie zapomnieli? Oni cię odstawili.
Teodora ma siedemdziesiąt jeden lat, troje dzieci za granicą i ostry język. Czasem za ostry. Ale tamtej nocy, z kieliszkiem musującego w pomarszczonej dłoni, powiedziała to, czego ja nie umiałam powiedzieć sama sobie od tygodni.
Zaczęło się w listopadzie. Marek, mój syn, zadzwonił w niedzielę po obiedzie - jak zwykle, bo niedzielny telefon to jedyny rytuał, jaki nam został po śmierci Stefana. Mąż zmarł pięć lat temu, na serce, nagle, w warsztacie samochodowym, który prowadził czterdzieści lat na Służewcu. Miał sześćdziesiąt trzy lata i planował na emeryturze wyremontować naszą łazienkę. Łazienka do dziś niewyremontowana, ale to inna historia.
- Mamo, mamy pomysł na święta - powiedział Marek, i już po tonie głosu wiedziałam, że „mamy" nie oznacza „ty i ja". - Agnieszka znalazła domek pod Zakopanem. Piękny, z kominkiem. Zmieścimy się wszyscy: ja, Agnieszka, Kacper z Olą, Zuzia, Mateusz, no i dziewczynki.
Dziewczynki to moje wnuczki, Lena i Maja. Pięć i siedem lat. Światło mojego życia, jak to się mówi. Widuję je co drugą niedzielę, kiedy Marek przywozi je na obiad. Gotuję rosół, lepię pierogi z mięsem, bo Lena nie je ruskich. Maja za to lubi ruskie, więc robię jedne i drugie. Dwa garnki, cały piątek na gotowaniu. I dobrze. Po to jestem.
- Wspaniale - powiedziałam. - A ja przyjadę jak? Pociągiem do Zakopanego?
Cisza. Taka charakterystyczna cisza Marka, kiedy szuka słów, które by nie zabolały, ale i tak bolą.
- Mamo, wiesz, domek jest na osiem osób. Ściśle. Cztery sypialnie. Kacper z Olą jadą osobno, bo Ola jest w ciąży i muszą mieć swój pokój. A ty... Mamo, ktoś musi przypilnować mieszkania. I Barnaby. Barnaba jest stary, nie możemy go zostawić w hotelu dla psów.
- Barnaba jest moim psem - przypomniałam cicho.
- No właśnie. I ty go najlepiej znasz. Poza tym, mamo, ty i tak nie lubisz gór. Zawsze mówiłaś, że wolisz morze.
Wolę morze? Powiedziałam to raz, w dziewięćdziesiątym ósmym roku, kiedy Stefan chciał jechać w Bieszczady, a ja miałam chore kolano. Raz. Dwadzieścia sześć lat temu. A na Kasprowy Wierch wjechałam z mężem kolejką trzy razy - w osiemdziesiątym piątym, dziewięćdziesiątym i dwa tysiące drugim. Za trzecim razem Stefan kupił mi na szczycie drewnianą owcę, która do dziś stoi na półce w salonie.
Nie powiedziałam tego Markowi. Powiedziałam: dobrze. Przypilnuję.
Wigilię spędziłam sama. Nie pierwszy raz - po śmierci Stefana zdarzało się to dwukrotnie, kiedy Marek jeździł do teściów. Ale wtedy dzwonił o osiemnastej, składał życzenia, Lena śpiewała „Wśród nocnej ciszy" do telefonu. Tym razem zadzwonił o dwudziestej drugiej.
- Mamo, sorry, totalny młyn tutaj, dziewczynki dopiero zasnęły, Agnieszka robiła karpia, dym w całym domku - zaśmiał się. - Wszystkiego najlepszego.
W tle słyszałam śmiech, brzęk kieliszków, muzykę. Ktoś - chyba Kacper - krzyknął: „Marek, chodź, losujemy prezenty!". Mój syn powiedział: „Mamo, muszę lecieć, kocham cię, pa!". I rozłączył się.
Siedziałam przy stole nakrytym dla jednej osoby. Talerz z karpiem, kompot z suszu, puste miejsce z opłatkiem, które zostawiłam Stefanowi, bo tak robiłam od pięciu lat i nie zamierzałam przestawać. Barnaba leżał pod stołem i wzdychał. Psy wzdychają, kiedy czują, że człowiekowi jest ciężko. Albo kiedy chcą kawałek karpia. Trudno to odróżnić.
Na Boże Narodzenie przyszedł SMS od Agnieszki. Zdjęcie wnuczek na sankach, roześmiane, w czerwonych czapkach. Podpisane: „Wesołych! Lena mówi, że brakuje babci". Odpisałam: „Babci też brakuje Lenki i Mai". Nie odpisała.
Wtedy zadzwoniła Teodora.
- Halina, a co ty robisz sama jak palec? Chodź na górę, mam barszcz i uszka, Władek narobił za dużo, zanim pojechał do córki do Irlandii.
Władek to mąż Teodory. Pojechał do Katarzyny na święta, a Teodora została, bo nie lubi samolotów. Albo tak mówi. W każdym razie - dwie samotne baby na jednej klatce schodowej, to już jest towarzystwo.
Zjadłyśmy barszcz, potem sernik Teodory - za słodki, jak zawsze - i rozmawiałyśmy o dzieciach. Teodora powiedziała wprost to, co ja owijałam w bawełnę od lat.
- Twój Marek to niezły chłop, ale Agnieszka go prowadzi za nos. I ciebie przy okazji. Osiem osób, cztery pokoje - a ty nie zmieściłaś się? To nie domek decydował, Halina. To synowa.
Chciałam zaprotestować. Powiedzieć, że Agnieszka jest dobrą kobietą, że to skomplikowane, że cztery sypialnie to cztery sypialnie. Ale pomyślałam o jednej rzeczy: Kacper z Olą to przyjaciele Agnieszki, nie rodzina. Mateusz to jej brat. Zuzia to jego żona. Moja synowa zabrała w góry swoich ludzi. I psa zostawiła z teściową.
Sylwestra zrobiliśmy we trójkę - ja, Teodora i Barnaba. Szampan był tani, szarlotka była dobra, a o północy Teodora powiedziała to zdanie o odstawieniu i ja się rozpłakałam. Pierwszy raz od pięciu lat - od pogrzebu Stefana.
Trzeciego stycznia wrócili. Marek wpadł na pół godziny, opalony, zadowolony, z oscypkiem w reklamówce.
- Mamo, super było! Przyszłym razem pojedziemy wszyscy, obiecuję.
Nie spytał, jak spędziłam święta. Nie spytał, czy coś mi potrzeba. Zostawił oscypek, zabrał Barnabę i pojechał.
Wieczorem zadzwoniłam do Marka. Powiedziałam spokojnie, bo ćwiczyłam to zdanie w głowie cały dzień:
- Synku, przyszłe Boże Narodzenie robię u siebie. Zapraszam ciebie i dziewczynki. Agnieszka też może przyjść, jeśli chce. Ale to ja zapraszam. I ja decyduję, kto siada przy moim stole.
Marek milczał przez chwilę. Potem powiedział:
- Mamo, o czym ty mówisz? Przecież wszystko było normalnie.
Normalnie. Może miał rację. Może to właśnie jest normalnie - że sześćdziesięciotrzyletnia kobieta siedzi sama w Wigilię, bo w domku są cztery pokoje i pies potrzebuje opieki. Może normalnie to jest właśnie to.
Pocztówka z Tatr wciąż leży na lodówce. Czasem na nią patrzę, kiedy nastawiam czajnik. Piękne góry. Byłam tam z człowiekiem, który nigdy by mnie w domu nie zostawił. Ale jego już nie ma. A ja jeszcze jestem. I muszę zdecydować, czy w przyszłe święta znowu powiem „dobrze, przypilnuję" - czy postawię na stole dwanaście talerzy i będę czekać, kto przyjdzie.
Teodora mówi, żebym postawiła. Barnaba nic nie mówi, ale merdał ogonem, kiedy wróciłam z zakupów z nowym obrusem. Śnieżnobiałym. Na dwanaście osób.