W salonie meblowym usiadłam w fotelu z wysokim oparciem i nie wstałam od razu. „Dla męża?" - spytał sprzedawca. „Dla mnie." Czterdzieści lat siedziałam na brzegach krzeseł, bo wygodne fotele były „dla gości" i „dla taty". Fotel przyjechał w czwartek. Barnaba próbował go zająć. Przegrał. Tron jest jeden.

Ale zacznę od początku. Bo to nie jest historia o fotelu. To jest historia o czterdziestu latach siedzenia na brzegu.

Barnabę poznałam na zabawie u Kowalczyków w osiemdziesiątym trzecim roku. Miał szerokie ramiona, głębokie poczucie humoru i ten sposób mówienia, jakby każde zdanie było ostatecznym werdyktem.

„Grażyna, ty to masz ładne oczy, ale jeszcze ładniejsze ręce do pierogów" - powiedział na trzecim spotkaniu i ja, dwudziestotrzyletnia krawcowa z Poznania, wzięłam to za komplement. Może nawet był. W tamtych czasach trudno było odróżnić.

Wzięliśmy ślub rok później. Zamieszkaliśmy na Ratajach, w bloku z wielkiej płyty, na czwartym piętrze bez windy. Barnaba pracował jako elektryk w zakładach HCP, ja szyłam w domu - najpierw sukienki dla sąsiadek, potem kurtki na bazary, a w końcu zasłony, obrusy i przeróbki dla pań z całego osiedla. Maszyna Singer stała w kącie sypialni, bo salon był „reprezentacyjny".

W salonie stał komplet wypoczynkowy - trzyosobowa kanapa, dwa fotele, ława z ciemnego drewna. Na ławie serwetka szydełkowa od teściowej, na serwetkach wazon kryształowy. Fotele były wyłącznie dla Barnaby i dla gości. Ja siadałam na taborecie przy stole, na brzegu kanapy albo na krześle, które wnosiłam z kuchni. Nikt mi tego nie kazał wprost. To się jakoś samo ustaliło - jak pogoda, jak pory roku.

„Grażynka, nie siadaj w tym fotelu, bo się sprężyny wyrobią" - powiedział Barnaba któregoś wieczoru, kiedy byłam w szóstym miesiącu z Olą. A ja wstałam. Z brzuchem, z bólem krzyża, z kubkiem herbaty w ręku - wstałam i przeniosłam się na krzesło. I nawet nie pomyślałam, że to dziwne. Bo w tamtym świecie to nie było dziwne. Tata w domu miał swój fotel. Dziadek miał swoje miejsce przy stole. A kobiety miały swoje krzesła - twarde, proste, praktyczne.

Urodziłam dwie córki. Olę w osiemdziesiątym piątym i Kingę w dziewięćdziesiątym. Barnaba chciał syna, ale tego głośno nie mówił - tylko czasem milczał w taki sposób, że cisza miała kształt wyrzutu. Dziewczynki rosły, ja szyłam, on naprawiał instalacje po całym mieście, a wieczorami siadał w swoim fotelu przed telewizorem i mówił: „Grażyna, herbatę." Nie pytał. Informował.

Ja nosiłam tę herbatę. Czterdzieści lat herbaty. Gdybym policzyła kubki, pewnie wyszłoby ich więcej niż słów, które do siebie powiedzieliśmy w ciągu ostatniej dekady.

Nie myślcie, że Barnaba to zły człowiek. To by było za proste. Barnaba nigdy mnie nie uderzył, nie pił, nie grał w karty, nie miał kochanki - przynajmniej o żadnej nie wiem. Barnaba po prostu żył w świecie, w którym mężczyzna siada w fotelu, a kobieta stoi. W którym jego potrzeby są naturalne, a moje - zachcianki. Kiedy chciałam pojechać na wycieczkę z koleżankami do Zakopanego, powiedział: „A kto ugotuje?" Nie ze złości. Z autentycznego zdziwienia.

Ola wyjechała do Wrocławia po studiach, Kinga do Warszawy. Zostaliśmy sami. Dwa fotele, kanapa, ława, telewizor i cisza tak gęsta, że można ją było kroić nożem od chleba.

Zaczęłam chodzić na spacery. Długie, godzinne, po osiedlu i nad Wartę. Chodziłam i myślałam. O tym, że mam sześćdziesiąt trzy lata. Że kręgosłup mnie boli od trzydziestu lat siedzenia na twardych krzesłach i pochylania się nad maszyną. Że nigdy - przenigdy - nie kupiłam sobie czegoś drogiego tylko dlatego, że chciałam. Buty - najtańsze. Płaszcz - z promocji. Krem do twarzy - Nivea z niebieskiej puszki, bo „po co przepłacać".

A potem poszłam do salonu meblowego. Nie planowałam tego. Szłam tak naprawdę do apteki po leki na ciśnienie dla Barnaby. Apteka była w galerii, a obok apteki - salon. Weszłam.

I usiadłam w tym fotelu.

Miał wysoki zagłówek, szerokie podłokietniki, tapicerkę w kolorze butelkowej zieleni. Usiadłam i poczułam, jak moje plecy - po raz pierwszy od lat - dotknęły oparcia na całej długości. Jak ramiona opadły. Jak coś w klatce piersiowej się rozluźniło. Siedziałam tak może trzy minuty, a może dziesięć.

„Piękny mebel, prawda? Dla męża?" - sprzedawca był młody, uśmiechnięty, pewnie przyzwyczajony, że kobiety w moim wieku kupują rzeczy dla rodziny, nie dla siebie.

„Dla mnie" - powiedziałam. I usłyszałam swój głos jakby z boku. Spokojny. Pewny. Obcy.

Kosztował dwa tysiące sześćset złotych. Tyle co trzy miesiące mojego szycia zasłon. Zapłaciłam kartą, nie gotówką - żeby nie musieć liczyć banknotów i żeby decyzja nie zdążyła się rozmyślić przy kasie.

Barnaba dowiedział się wieczorem. „Kupiłaś co?" - podniósł wzrok znad gazety. „Fotel." „Jaki fotel? Mamy fotele." „Ten jest mój."

Patrzył na mnie tak, jakbym powiedziała, że wyjeżdżam na Madagaskar. „Grażyna, po co ci fotel? Gdzie ty go postawisz?" „W salonie. Zamiast tego starego, po prawej stronie." „Ale tam ja siadam, jak mam gości." „To usiądziesz po lewej."

Nie krzyczał. Barnaba nigdy nie krzyczał. Robił coś gorszego - milczał z wyrazem twarzy, który mówił: straciłaś rozum. Ale ja już byłam po drugiej stronie czegoś. Jakiejś granicy, której nie potrafiłam nazwać, ale którą czułam w kościach.

Fotel przyjechał w czwartek. Dwóch chłopaków wniosło go na czwarte piętro, sapali na każdym zakręcie. Postawiłam go przy oknie, po prawej stronie salonu, dokładnie tam, gdzie powiedziałam. Barnaba stał w drzwiach i patrzył, jak zdejmuję folię.

Wieczorem zszedł z kuchni, wszedł do salonu i ruszył prosto do zielonego fotela. Normalnie, pewnie, jak do swojego. Ja stałam z kubkiem herbaty - swojej herbaty, bo jego mu jeszcze nie zrobiłam - i powiedziałam: „To moje miejsce."

Zatrzymał się. Popatrzył na mnie. Potem na fotel. Potem znowu na mnie.

„Grażyna..."

„Barnaba."

Usiadł w swoim starym fotelu. Nie powiedział ani słowa. Włączył telewizor. Ja usiadłam w swoim zielonym, oparłam głowę o zagłówek i zamknęłam oczy. Herbata stygła na podłokietniku.

Od tamtego czwartku minęły trzy tygodnie. Barnaba nie poruszył tematu ani razu. Ale widzę, jak na niego patrzy - na ten fotel. Jak go omija wzrokiem, ale jednocześnie nie może od niego oderwać oczu. Jakby w naszym salonie wyrósł ktoś obcy - ktoś, kto nie pyta o pozwolenie.

Ola zadzwoniła w niedzielę. Opowiedziałam jej. Zaśmiała się i powiedziała: „Mamo, nareszcie." Kinga napisała SMS-a: „Przyjeżdżam w maju, chcę zobaczyć ten tron." Bo tak go nazwała. Tron.

Nie wiem, czy Barnaba rozumie. Nie wiem, czy można zrozumieć po czterdziestu latach coś, czego nigdy się nie widziało. Nie wiem nawet, czy chcę, żeby rozumiał - czy wystarczy mi, że akceptuje. Czasem wieczorem, kiedy siedzimy naprzeciwko siebie w dwóch fotelach, mam wrażenie, że patrzymy na siebie jak ludzie, którzy dopiero co się poznali. On nie wie, kim jest ta kobieta w zielonym fotelu. A ja nie jestem pewna, czy chcę mu to tłumaczyć.

Wiem tylko jedno - fotel jest mój. I nie wstanę.