Mąż umarł tuż przed świętami. Na wiosnę przyszło pismo z banku - kredyt na czterdzieści tysięcy, o którym nie miałam pojęcia. Raty szły z konta, do którego nigdy nie zaglądałam.

Koperta leżała między rachunkiem za prąd a reklamą jakiegoś supermarketu. Biała, z niebieskim logo banku, zaadresowana na Ryszarda Kępińskiego. Otworzyłam ją odruchowo, tak jak otwierałam wszystkie listy, które przychodziły na jego nazwisko od trzech miesięcy - bo ktoś musiał. Ktoś musiał otwierać, czytać, dzwonić, tłumaczyć, że adresat nie żyje. Że umarł siódmego grudnia, w poniedziałek, na zawał, w szatni na basenie, dokąd chodził co wtorek i czwartek od pięciu lat. W poniedziałek poszedł wyjątkowo, bo we wtorek miał wizytę u dentysty.

Usiadłam przy kuchennym stole i przeczytałam pismo dwa razy. Potem trzeci raz, wolniej, palcem śledząc linijki. Kredyt gotówkowy, kwota czterdzieści tysięcy złotych, data zawarcia umowy - marzec poprzedniego roku. Trzynaście miesięcy temu. Trzynaście miesięcy, podczas których jadłam z Ryszardem śniadania, kładłam się obok niego do łóżka, narzekałam na cenę masła i pytałam, czy starcza na ogrzewanie. A on mówił, że starcza.

Przez trzydzieści osiem lat małżeństwa nigdy nie zaglądałam na jego konto. Nie dlatego, że nie mogłam. Dlatego, że mi nie przyszło do głowy. Ryszard zajmował się pieniędzmi. Ja zajmowałam się domem, dziećmi, potem wnukami. Tak to u nas działało. Tak działało u większości par, które znałam. Mąż przynosi, żona rozdziela na potrzeby - ale przynosi on, i to on wie, ile zostaje. Mnie wystarczała wiedza, że na koncie, które widziałam, wpływa jego emerytura i moja. Resztą nie zawracałam sobie głowy.

Ryszard był elektrykiem. Całe życie przepracował w zakładach energetycznych pod Poznaniem, ostatnie lata na pół etatu, bo kolano nie dawało spokoju. Na emeryturę przeszedł w sześćdziesiątym piątym roku życia, dokładnie w terminie, bo „ani dnia dłużej, Bożena, ani dnia". Miał swoją działkę ROD na Strzeszynku, swój basen, swoich kolegów z piwa po sobotnim spacerze. Nie był gadułą, ale kiedy mówił, to konkretnie. Nie był czuły, ale kiedy któreś z wnuków się przewróciło, to on pierwszy biegł z plastrem. Dobry człowiek. Tak myślałam.

I nadal tak myślę. Tylko że teraz to myślenie jest inne - jak dom, w którym ktoś wyciągnął jedną cegłę z fundamentu i nie wiadomo, czy się utrzyma.

Zadzwoniłam do banku następnego dnia. Konsultantka, młoda pewnie, bo głos miała jak moja wnuczka Zuzia, powiedziała, że kredyt był ubezpieczony na wypadek śmierci, ale ubezpieczenie wygasło, bo Ryszard nie zapłacił ostatniej składki. We wrześniu. Trzy miesiące przed śmiercią. Pani w słuchawce mówiła uprzejmie, ale każde jej zdanie wbijało się jak szpilka. Że zadłużenie wynosi dwadzieścia osiem tysięcy, bo raty szły regularnie przez dziesięć miesięcy. Że teraz, jako spadkobierczyni, jestem zobowiązana. Że mogę przyjść do oddziału z aktem zgonu i aktem poświadczenia dziedziczenia.

- Ale ja nie wiedziałam o tym kredycie - powiedziałam, jakby to cokolwiek zmieniało.

- Rozumiem, proszę pani. Czy może pani przyjść we wtorek?

Nie spałam tej nocy. Leżałam w naszym łóżku, po swojej stronie, choć mogłam się położyć na środku, i patrzyłam w sufit. Czterdzieści tysięcy. Na co? Działkę remontował sam, materiały kupował w markecie za gotówkę, widziałam paragony w kieszeniach kurtki. Samochód mieliśmy stary, ale sprawny. Żadnych nowych mebli, żadnych wycieczek, żadnych zachcianek. Ryszard nie pił, nie grał, nie miał nałogów oprócz papierosów, które rzucił dziesięć lat temu. Na co człowiekowi czterdzieści tysięcy kredytu, którego żona nie powinna zobaczyć?

Rano zadzwoniłam do Doroty, naszej starszej córki. Mieszka w Warszawie, pracuje w korporacji, jest konkretna jak ojciec.

- Mamo, spokojnie - powiedziała tym swoim głosem, który oznaczał, że jest już w trybie rozwiązywania problemów. - Sprawdzę, co można zrobić. Może jest jakieś wyjście. Nie panikuj.

- Nie panikuję. Ja chcę wiedzieć, na co tata wziął te pieniądze.

Cisza. Taka cisza, w której słyszysz, jak ktoś po drugiej stronie telefonu układa w głowie zdanie, które nie chce wyjść.

- Mamo... to ma znaczenie?

- Dla mnie ma.

Przez następne dwa tygodnie przetrząsnęłam dom. Szafki w garażu, pudła na strychu, kieszenie zimowych kurtek, wewnętrzne przegródki portfela, który leżał w szufladzie od grudnia, bo nie byłam w stanie go wyrzucić. Znalazłam paragony ze sklepu budowlanego, starą legitymację zakładową, wizytówkę weterynarza, choć nigdy nie mieliśmy zwierząt, i kopertę ze zdjęciami z wakacji sprzed piętnastu lat. Nic, co tłumaczyłoby czterdzieści tysięcy.

Aż pewnego popołudnia zadzwonił Tadek. Kolega Ryszarda jeszcze z zakładów, ten od sobotniego piwa.

- Bożena, jak się trzymasz?

- Trzymam się, Tadziu. Powiedz mi - Ryszard ci mówił, że brał kredyt?

Długa pauza. Za długa.

- Tadek?

- Słuchaj, Bożena... Rysiek mi mówił, żebym ci nie mówił. Ale Ryśka już nie ma, a ja nie umiem kłamać tak dobrze jak on.

Okazało się, że pieniądze poszły dla Marcina, naszego syna. Jedynego syna, trzydzieści cztery lata, po rozwodzie, po zwolnieniu z pracy, po wypadku samochodowym, który skończył się mandatem i koniecznością naprawy cudzego auta. Marcin, który dzwonił do ojca, gdy nie było mnie w domu. Marcin, który zawsze twierdził, że „jakoś sobie radzi". Marcin, który na pogrzebie ojca stał z kamienną twarzą i nie uronił łzy, a ja myślałam, że to szok.

To nie był szok. To było poczucie winy.

Zadzwoniłam do Marcina tego samego wieczoru. Odebrał po piątym sygnale.

- Wiem o kredycie - powiedziałam. Nie wiem, czego się spodziewałam. Przeprosin? Wyjaśnień? Płaczu?

- Mamo, tata sam zaproponował. Ja nie chciałem, ale on powiedział, że to nic, że spłaci, że ty nie musisz wiedzieć, bo będziesz się zamartwiać.

- I nie przyszło ci do głowy, że kiedyś się dowiem?

- Miał to spłacić. Miał czas. Nikt nie wiedział, że...

Nie dokończył. Usłyszałam, jak łamie mu się głos, a potem szybkie „przepraszam, mamo" i sygnał rozłączenia.

Siedzę teraz przy tym samym kuchennym stole, przy tej samej herbacie, którą parzę za mocno, bo Ryszard lubił mocną i nie potrafię przestać. Dwadzieścia osiem tysięcy. Mogę spłacać z dwóch emerytur, będzie ciasno, ale dam radę. Mogę poprosić Dorotę, ale Dorota ma swój kredyt hipoteczny. Mogę powiedzieć Marcinowi, żeby wziął to na siebie - ale Marcin nie ma z czego.

Mogę też zrobić to, co przez trzydzieści osiem lat robiłam najlepiej: udać, że wszystko jest w porządku, zapłacić, zamilknąć i nie wywoływać awantury. Bo przecież Ryszard chciał dobrze. Bo przecież to dla dziecka. Bo przecież nie można złościć się na zmarłego.

A może właśnie można?

Patrzę na jego zdjęcie na kredensie. Uśmiechnięty, w koszuli w kratę, na działce, z konewką. Dobry człowiek. Kochający ojciec. Mąż, który przez trzynaście miesięcy patrzył mi w oczy i milczał.

Jutro idę do banku. Sama. Pierwszy raz w życiu sama podejmę decyzję o pieniądzach, które zostawił mi człowiek, któremu ufałam bez pytania. Nie wiem jeszcze, co powiem Marcinowi. Nie wiem, czy umiem zacząć tę rozmowę, po której nic między nami nie będzie takie samo. Wiem tylko, że herbata stygnie, że za oknem kwitnie kasztanowiec i że Ryszard nie żyje, a ja wciąż otwieram jego listy.