Wnuki zawsze rzucają mi się na szyję, gdy tylko wejdę. Wczoraj usłyszałam, jak synowa szepcze im w przedpokoju: „Przywitajcie się ładnie z babcią, to da wam na lody, jak zawsze." Młodszy dopytywał: „A jak nie damy buziaka, to nie da?"

Stałam za uchylonymi drzwiami z reklamówką pełną truskawek i sernikiem, który piekłam od szóstej rano. Nogi mi zdrętwiały. Nie dlatego, że długo szłam z przystanku - trzy minuty, znam tę drogę na pamięć. Zdrętwiały, bo usłyszałam coś, co powinnam była usłyszeć dużo wcześniej.

Mam na imię Halina, skończyłam sześćdziesiąt dwa lata w styczniu. Trzydzieści osiem lat przepracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Pradze, ostatnie trzy spędzam na emeryturze. Mąż Tadeusz odszedł sześć lat temu - rak trzustki, pięć miesięcy od diagnozy do końca. Syn Marcin to jedyne dziecko, które nam się urodziło, choć próbowaliśmy latami. Może dlatego zawsze był dla mnie centrum świata.

Marcin ożenił się z Patrycją osiem lat temu. Ślub w Łomiankach, wesele na sto dwadzieścia osób, ja w granatowej sukience, którą Tadeusz wybrał mi w Galerii Mokotów. Patrycja wyglądała pięknie, uśmiechała się szeroko, a ja pomyślałam wtedy: będzie dobrze. I było dobrze. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Wnuki - Olek, siedem lat, i Franek, pięć - to moje światełka. Od kiedy przeszłam na emeryturę, jeżdżę do nich co tydzień, zawsze we wtorki. Truskawki albo czereśnie latem, mandarynki zimą, ciasto domowe i pieniądze na lody. Zawsze dwadzieścia złotych dla każdego, schowane w kopercie z naklejką. Olek zbiera na lego, Franek wydaje od razu. Kocham ten rytuał. Kochałam.

Bo teraz, stojąc w tym przedpokoju, zrozumiałam jedną rzecz: może to nigdy nie był rytuał miłości. Może to był handel.

Cofnęłam się cicho o krok. Przycisnęłam plecami ścianę klatki schodowej. Serce łomotało mi tak głośno, że byłam pewna - zaraz usłyszą. Ale nie usłyszeli. Patrycja dalej szeptała coś do chłopców, a ja stałam ze swoim sernikiem jak głupia i myślałam: od jak dawna?

Od jak dawna moje wnuki witają mnie nie dlatego, że za mną tęsknią, tylko dlatego, że ich matka podpowiada im, że warto, bo babcia płaci?

Weszłam. Uśmiechnęłam się. Olek i Franek rzucili mi się na szyję - jak zawsze. Franek powiedział: „Babciu, pachnie truskawkami!" i wtulił buzię w moją szyję. I wiecie co? Przez sekundę poczułam dokładnie to samo ciepło co zawsze. A zaraz potem - zimno. Takie od środka.

Patrycja stała w drzwiach kuchni z kubkiem herbaty i tym swoim spokojnym uśmiechem. - Cześć, mamo. Jak dojazd?

- Normalnie - powiedziałam. - Sernik jeszcze ciepły, wstaw do lodówki.

Nie powiedziałam nic więcej. Usiadłam na kanapie, Olek pokazywał mi rysunek dinozaura, Franek wdrapał się na kolana. Normalny wtorek. Tylko że ja już nie byłam normalna.

Wieczorem, w domu, nie mogłam zasnąć. Leżałam w ciemności i wracałam pamięcią do wszystkich wtorków. Do tego, jak Olek kiedyś powiedział: „Babciu, a następnym razem przynieś więcej, bo lody podrożały." Śmiałam się wtedy. Teraz to zdanie brzmiało inaczej.

A potem przypomniałam sobie coś jeszcze. Urodziny Franka w marcu. Patrycja zadzwoniła dzień wcześniej: „Mamo, może zamiast zabawki daj mu kopertę? Zbieramy na rowerek." Dałam dwieście złotych. Franek nawet nie wiedział, od kogo są - rowerek kupili razem z Marcinem w sobotę. Mój syn nawet nie wspomniał, że połowa kwoty jest ode mnie.

Zadzwoniłam do Krysi, koleżanki z dawnej pracy. Krysia ma czworo wnuków i zawsze mówi, że synowe to odrębny gatunek ludzki. Opowiedziałam jej wszystko.

- Halinka, a może za dużo interpretujesz? - powiedziała ostrożnie. - Może ona po prostu chciała, żeby dzieci były grzeczne?

- Krysia, ona powiedziała: „da wam na lody, jak zawsze". Nie „przywitajcie się, bo babcia za wami tęskni". Nie „babcia was kocha". Lody. Pieniądze.

Krysia zamilkła na chwilę.

- No dobra - westchnęła. - To brzmi nieładnie.

Przez następny tydzień chodziłam z tym jak z kamieniem w bucie. Rozmawiałam z Tadeuszem w myślach, bo tak robię od sześciu lat - pytam go o radę, a potem sama sobie odpowiadam jego głosem. Tym razem Tadeusz powiedział: „Halina, nie rób afery. Pogadaj z synem." Ale Tadeusz zawsze był dyplomatą. Ja nie jestem.

We wtorek pojechałam jak zwykle. Truskawki, szarlotka, koperty z naklejkami. Ale tym razem zostawiłam koperty w torebce.

Olek i Franek wybiegli do przedpokoju. Olek przytulił się mocno. Franek złapał mnie za rękę i ciągnął do pokoju - chciał pokazać nowy zamek z klocków. Normalne, ciepłe, prawdziwe. Chciałam w to wierzyć. Rozpaczliwie chciałam.

Po obiedzie - Patrycja zrobiła schabowe, dobre, chrupiące - Franek podszedł i spytał niewinnie: - Babciu, a masz dla nas koperty?

I wtedy Patrycja powiedziała szybko, za szybko: - Franek, nie wypada pytać.

Popatrzyłam na nią. Nasze oczy się spotkały. Zobaczyłam w jej wzroku coś, czego wcześniej nie zauważałam - albo nie chciałam zauważyć. Kalkulację. Cichą, praktyczną kalkulację kobiety, która zarządza domem i dokładnie wie, ile kosztuje każdy tydzień.

- Nie mam dzisiaj kopert - powiedziałam spokojnie. - Ale mam szarlotkę.

Franek wzruszył ramionami i pobiegł do klocków. Olek nawet nie skomentował. Patrycja uniosła brew, ale nic nie powiedziała. Marcin siedział w pokoju obok, pracował przy laptopie. Jak zwykle we wtorki nie wyszedł, żeby ze mną porozmawiać. To też zobaczyłam dopiero teraz - że mój syn traktuje moje wizyty jak coś, co dzieje się w tle.

Wracałam autobusem 523 i myślałam o tym, co teraz. Mogę powiedzieć Marcinowi. Mogę urządzić scenę. Mogę przestać dawać pieniądze i zobaczyć, czy wnuki nadal będą się rzucać na szyję. Ale czy chcę to wiedzieć? Czy naprawdę chcę się przekonać?

Bo jest jeszcze jeden wariant, który nie daje mi spokoju. Może Patrycja wcale nie jest cynniczna. Może jest zmęczona, zapracowana kobieta, która po prostu wie, że babcia da na lody, i chce, żeby chłopcy byli grzeczni, bo ją to cieszy. Może to ja szukam złych intencji tam, gdzie jest tylko zwykłe, nieidealnie życie.

Ale to „jak nie damy buziaka, to nie da?" - głos pięciolatka, który już rozumie, że czułość ma cenę - to nie wychodziło mi z głowy. Bo tego go ktoś nauczył. I to nie byłam ja.

Następny wtorek za dwa dni. Sernik już stygnie na blacie. Koperty leżą na komodzie, puste. Nie wiem jeszcze, czy je napełnię.

Wiem tylko, że kiedy wejdę, chłopcy rzucą mi się na szyję. I że tym razem będę słuchać uważniej - nie tego, co mówią, ale tego, czego nie mówią.