Dzieci założyły grupę na WhatsAppie „Rodzinka" i dodały mnie, żebym widziała zdjęcia wnuków. Wczoraj zapomniały, że tam jestem. Przewinęłam wyżej: „Musimy w końcu ogarnąć, co zrobić z mamą i tym mieszkaniem, zanim będzie za późno."
Przeczytałam to zdanie trzy razy. Potem jeszcze raz - wolniej, jakby litery mogły zmienić znaczenie, jeśli dam im więcej czasu. Herbata stygła na stole. Za oknem śpiewał kos, tak głośno, że aż denerwująco. Odłożyłam telefon ekranem w dół i wytarłam dłonie w fartuch, chociaż były suche.
Mieszkam na Pradze-Południe, na trzecim piętrze bloku z wielkiej płyty, od trzydziestu ośmiu lat. Wprowadziliśmy się tu z Tadeuszem zaraz po ślubie - młodzi, głupi i szczęśliwi. Tadeusz umarł sześć lat temu, na raka trzustki. Szybko poszło, trzy miesiące od diagnozy. Zostałam sama w trzech pokojach z kuchnią, z balkonem wychodzącym na park i z meblościanką, której nikt oprócz mnie nie potrafi otworzyć bez szarpania.
Mam troje dzieci. Beata, najstarsza, czterdzieści dwa lata, mieszka w Krakowie z mężem i dwójką chłopców. Grzegorz, średni, trzydzieści dziewięć - ten jest w Warszawie, ale na Wilanowie, pół miasta ode mnie. I Kasia, trzydzieści cztery lata, singielka, wynajmuje kawalerkę na Mokotowie i pracuje w jakiejś firmie, której nazwy nigdy nie potrafię zapamiętać. Kochane dzieci. Naprawdę kochane. Dzwonią w niedzielę, przywożą ciasto na imieniny, pilnują, żebym chodziła na kontrole do lekarza.
A teraz okazuje się, że za moimi plecami rozmawiają o tym, „co zrobić z mamą".
Przewinęłam wyżej. Serce mi waliło jak po biegu na autobus, którego i tak bym nie dogoniła.
Grzegorz napisał pierwszy, o dwudziestej trzeciej: „Słuchajcie, musimy w końcu ogarnąć, co zrobić z mamą i tym mieszkaniem, zanim będzie za późno." Beata odpowiedziała po dwóch minutach: „Zgadzam się. Widziałyście, jak ostatnio zapomniała wyłączyć kuchenkę? Ja się martwię." Kasia dorzuciła emotikon z zamyśloną buźką i jedno słowo: „Dokładnie."
Potem Grzegorz: „Może DPS? Albo ta opcja, że ktoś z nas ją weźmie?" Beata: „U mnie ciasno, chłopaki mają po pokoju, Darek pracuje z domu." Kasia: „Ja mam 28 metrów, chyba żartujesz." Grzegorz: „No to zostaje to mieszkanie. Gdyby sprzedać, starczyłoby na dobry dom opieki i jeszcze by zostało." Beata: „Ale trzeba z nią porozmawiać." Grzegorz: „Porozmawiamy, tylko najpierw ustalmy między sobą."
Ustalmy między sobą. Jakbym była problemem do rozwiązania. Paczką do nadania.
Siedziałam nad tym telefonem chyba godzinę. Czytałam i czytałam, jak ktoś, kto nie może oderwać się od wypadku na drodze. Wiadomości były z ostatnich dwóch tygodni. Dwóch tygodni, podczas których Beata przysłała mi na tę samą grupę zdjęcie Kuby z meczu piłki nożnej, a Kasia filmik kota z internetu z podpisem „Mamo, to ty rano". Dwa tygodnie udawania, że wszystko jest jak zawsze, a równocześnie - planowania mojej przyszłości beze mnie.
Ta kuchenka. Tak, raz zostawiłam włączony palnik. Raz. Wróciłam z łazienki i od razu wyłączyłam. Garnka nawet nie było - puste, suche, nic się nie stało. Ale Beata widziała, bo akurat przyjechała po swoje stare książki z pokoju. Powiedziała wtedy: „Mamo, uważaj, dobrze?" i uśmiechnęła się. Uśmiechnęła się, a potem najwyraźniej zadzwoniła do rodzeństwa z alarmem.
Mam sześćdziesiąt cztery lata. Jestem na emeryturze od roku - wcześniej pracowałam jako księgowa w firmie budowlanej przy Grochowskiej. Dwadzieścia sześć lat za tym samym biurkiem. Nogi mam nie najlepsze, kolano prawe nawala, ale chodzę, robię zakupy, gotuję, sprzątam. Raz w tygodniu jeżdżę na cmentarz do Tadeusza. Sama. Autobusem i tramwajem, z przesiadką. Czy to wygląda na kogoś, kogo trzeba „ogarnąć"?
Wieczorem nie mogłam zasnąć. Leżałam w ciemności i myślałam o Tadeuszu. On by wiedział, co powiedzieć. On by usiadł przy stole, podrapał się po głowie i powiedział coś w stylu: „Halina, nie rób afery. Porozmawiaj z nimi normalnie." Albo nie - może by się wściekł. Może by zadzwonił do Grzegorza i powiedział mu, żeby się zajął własnym życiem, zanim zacznie organizować cudze.
Rano zrobiłam sobie jajecznicę na maśle, z pomidorem i szczypiorkiem z doniczki na balkonie. Zjadłam do ostatniego kęsa. Umyłam patelnię, wyłączyłam kuchenkę - sprawdziłam dwa razy, bo teraz już będę sprawdzać, prawda? - i usiadłam z telefonem.
Otworzyłam grupę „Rodzinka". Nowa wiadomość od Grzegorza, sprzed godziny: „To może w sobotę? Przyjedziemy do mamy niby na obiad, a po obiedzie pogadamy." Beata: „OK." Kasia: „Kupię sernik."
Niby na obiad. Niby.
Moje palce zawisły nad klawiaturą. Chciałam napisać: „Widzę wszystko. Czytam od dwóch tygodni. Jak mogliście?" Chciałam dodać, że to moje mieszkanie, że to ja je dostałam z przydziału, że to ja je remontowałam, że to tu Beata postawiła pierwsze kroki, Grzegorz zdał pierwszą maturę, Kasia płakała po pierwszej miłości. Że te ściany są moje. Że ja jeszcze żyję, na litość boską.
Ale nie napisałam. Zamknęłam aplikację. Schowałam telefon do szuflady, pod rachunki za prąd.
Bo zaczęłam myśleć o czymś innym. O sąsiadce z drugiego piętra, pani Zofii, która trzy lata temu upadła w łazience i leżała całą noc, zanim ją znaleźli. O tym, jak moja mama - sześćdziesiąt lat temu na wsi pod Radomiem - nie chciała oddać domu, nie chciała pomocy, nie chciała słuchać, a potem złamała biodro i już z łóżka nie wstała. O tym, że moje dzieci może nie są złe. Może są po prostu przerażone.
Albo może po prostu chcą pieniędzy z mieszkania. I boją się tego przyznać nawet przed sobą.
Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
Jest środa. Do soboty mam trzy dni. Mogę udawać, że nic nie wiem. Ugotować rosół, upiec szarlotkę, nakryć do stołu jak zawsze - cztery talerze, bo Tadeusza już nie ma. Mogę czekać, aż powiedzą to, co mają do powiedzenia, i zobaczyć, jak to zrobią. Czy będą patrzeć mi w oczy.
Mogę też zadzwonić pierwsza. Powiedzieć Grzegorzowi: „Synku, wiem. Przeczytałam. Chodźcie, porozmawiajmy, ale jako dorośli, nie za moimi plecami."
Albo mogę zrobić coś trzeciego. Mogę pójść do notariusza i zapisać to mieszkanie komu chcę. Albo nikomu. Mogę zamknąć drzwi na klucz i nie otwierać w sobotę.
Wyciągnęłam telefon z powrotem. Otworzyłam grupę. Długo patrzyłam na te wiadomości. Na „Kupię sernik." Kasi.
Potem napisałam jedno zdanie. Tylko jedno: „Sernik nie trzeba kupować, upiekę sama. Przyjdźcie o dwunastej."
I czekam. Na to, co będzie, kiedy usiądziemy przy stole i ktoś w końcu powie na głos to, co do tej pory pisali za moimi plecami. Jeszcze nie wiem, co wtedy odpowiem. Wiem tylko, że kuchenkę dzisiaj sprawdziłam trzy razy.