Przesuwałam komodę po mamie, żeby odkurzyć. Pod spodem była naklejka z imieniem synowej. Sprawdziłam resztę mebli - każdy miał już swoją. Naklejek naliczyłam jedenaście. Wszystko podzielone, a ja jeszcze żyję.

Klęczałam na podłodze z tą naklejką w ręku - białą, taką samą, jaką kupuje się w papierniczym po złotówce za arkusz - i nie mogłam złapać oddechu. Na naklejce było napisane starannym, drobnym pismem: „Agnieszka". Agnieszka to żona mojego młodszego syna, Darka. Komoda stoi u mnie w salonie od czterdziestu lat.

Odkurzacz jeszcze buczał, kiedy zaczęłam sprawdzać. Kredens w jadalni - pod spodem „Jolanta", moja starsza córka. Regał z książkami - „Darek". Mały stolik przy oknie, ten z wysuwanym blatem - „Beata", średnia córka. Szafka nocna po prawej stronie łóżka - „Agnieszka". Szafka po lewej - „Jolanta". Witryna z kryształami, które kiedyś zbierałam z taką pasją - „Beata". Jedenaście naklejek, jedenaście mebli, troje dzieci i jedna synowa, którzy podzielili między siebie mój dom. Moje meble. Moje życie.

Wyłączyłam odkurzacz i usiadłam na kanapie. Kanapie, która - sprawdziłam - miała pod spodem naklejkę „Jolanta". Mój własny mebel nie był już mój. Siedziałam na czymś, co ktoś sobie zarezerwował.

Mam na imię Krystyna. Za trzy miesiące skończę sześćdziesiąt cztery lata. Mieszkam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Gocławiu, w bloku, który pamięta czasy, kiedy Wisła wylewała i ludzie ze strachu nosili dywany na strychy. Mąż, Tadeusz, odszedł siedem lat temu - zawał w warsztacie, na miejscu. Meble w tym mieszkaniu to w połowie jeszcze posag od mojej mamy, a w połowie to, co z Tadeuszem kupowaliśmy przez lata na wyprzedażach i z ogłoszeń. Żaden nie jest wart fortuny. Ale każdy ma swoją historię.

Kredens w jadalni pamiętam z dzieciństwa. Mama przechowywała w nim obrusy na specjalne okazje i butelkę wiśniówki, którą otwierała tylko na imieniny taty. Regał z książkami Tadeusz kupił, kiedy Darek poszedł do pierwszej klasy - mówił, że syn musi mieć gdzie trzymać podręczniki, ale tak naprawdę sam potrzebował półki na swoje kryminały. Witrynę z kryształami dostałam od teściowej, kiedy ta przeprowadzała się do domu opieki. Powiedziała mi wtedy: „Krysiu, pilnuj tych kieliszków. One przetrwały wojnę, więc powinny przetrwać i twoją rodzinę".

Nie przetrwały.

To znaczy - kieliszki stoją na swoim miejscu. Ale ktoś już zdecydował, że będą należeć do Beaty.

Pierwsza zadzwoniłam do Jolanty. Najstarsza, pięćdziesiąt osiem lat, nauczycielka na emeryturze, mieszka z mężem na Pradze. Zawsze była ta rozsądna, ta odpowiedzialna.

- Joluś, byłaś u mnie ostatnio, jak wracałaś z przychodni, prawda?

- No byłam, mamo. A co?

- Nic. Przesuwałam meble i znalazłam coś ciekawego.

Cisza. Taka cisza, w której słychać, że ktoś po drugiej stronie wstrzymuje oddech.

- Mamo, o czym ty mówisz?

- O naklejkach, Joluś. O białych naklejkach z imionami pod moimi meblami.

Kolejna cisza. Dłuższa. Potem głęboki wdech.

- To Agnieszka zaproponowała - powiedziała w końcu Jolanta głosem, który znałam z jej dzieciństwa. Takim, jakim mówiła „to nie ja zjadłam czekoladę". - Mamo, nie chciałyśmy, żebyś się dowiedziała. Miało być po to, żeby potem nie było kłótni. Żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony.

- Potem - powtórzyłam. - Potem, czyli po mojej śmierci.

- Mamo, nie mów tak.

- A jak mam mówić, Jolanta? Podzieliłyście moje rzeczy, kiedy jeszcze na nich siedzę. Kiedy jeszcze piję herbatę przy stoliku, który ktoś sobie zarezerwował.

Jolanta zaczęła płakać. Powiedziała, że to było na Wigilii, w grudniu. Że Agnieszka przyniosła te naklejki, bo „lepiej ustalić teraz, w spokoju, niż potem się szarpać po pogrzebie". Że Beata się zgodziła od razu. Że Darek milczał, ale nie zaprotestował. Że naklejki Agnieszka przyklejaała kolejnego dnia, kiedy ja byłam na kontroli u kardiologa.

- To dlatego Agnieszka nalegała, żebym pojechała na tę kontrolę taksówką? - zapytałam.

- Mamo...

- Odwiozła mnie i wróciła okleić mi mieszkanie.

Jolanta nie zaprzeczyła.

Odłożyłam słuchawkę i zrobiłam sobie herbatę. Z cytryną, w szklance w koszyczku - takiej, jakie Tadeusz uwielbiał. Usiadłam przy stoliku Beaty, na kanapie Jolanty, i piłam herbatę ze szklanki, która pewnie też miała gdzieś swoją naklejkę.

Przez następne dwa dni nie odbierałam telefonów. Ani od Jolanty, ani od Beaty, która pewnie już wiedziała. Darek nie dzwonił - Darek nigdy nie dzwoni pierwszy, chyba że potrzebuje pieniędzy. Agnieszka napisała SMS-a: „Mamo, porozmawiajmy, to nieporozumienie".

Nieporozumienie. Jedenaście naklejek to nieporozumienie.

Trzeciego dnia poszłam do papierniczego na rogu. Kupiłam arkusz białych naklejek - takich samych, za złotówkę. Wróciłam do domu i usiadłam przy stole w kuchni z długopisem.

Na pierwszej naklejce napisałam: „Krystyna". Na drugiej też. I na trzeciej. Objeszłam całe mieszkanie i na każdy mebel - na wierzchu, nie pod spodem, żeby było widać - przykleiłam swoją. Na komodzie mamie, na kredensie, na regale, na witrynie. Na kanapie. Na szafkach nocnych. Nawet na lodówce, choć lodówki nikt nie chciał.

Potem zadzwoniłam do wszystkich trojga naraz - Jolanta nauczyła mnie kiedyś, jak się robi taką rozmowę grupową na telefonie.

- Przyszłam wam powiedzieć jedno - powiedziałam. - Te meble są moje. Dopóki oddycham, są moje. Jak umrę, możecie się o nie bić, możecie losować, możecie wyrzucić na śmietnik. Ale teraz każdy mebel w tym mieszkaniu ma na sobie moje imię. I tak zostanie.

Jolanta płakała. Beata mówiła, że przeprasza. Darek milczał. Agnieszka - nie była na tej rozmowie. Ale wiedziałam, że słucha, bo w tle słyszałam, jak odkręca kran w kuchni, a potem zakręca. Tak robi, kiedy się denerwuje.

- I jeszcze jedno - dodałam. - Na święta przyjeżdżacie jak zwykle. Rosół będzie o drugiej. Ale jak ktoś z was odwróci choćby jeden mebel, żeby sprawdzić, co jest pod spodem, to będzie ostatnia Wigilia w tym mieszkaniu.

Rozłączyłam się.

Potem długo siedziałam w ciszy. Na mojej kanapie, przy moim stoliku, w moim mieszkaniu. Za oknem kwitły kasztany na Gocławiu. Herbata stygła w szklance Tadeusza.

I myślałam o jednym: czy gdybym to ja była na ich miejscu - młodsza, z trójką rodzeństwa, z matką po sześćdziesiątce, z mężem, który podrzuca pomysły przy wigilijnym stole - czy na pewno bym odmówiła? Czy na pewno powiedziałabym: „Nie, mamo jeszcze żyje, to niestosowne"?

Nie byłam pewna. I to bolało najbardziej.