Upiekłam sernik, włożyłam tę ładniejszą bluzkę, nastawiłam wodę - mieli przyjechać o czwartej z wnukami. Za dziesięć czwarta przyszedł SMS: „Mamo, jednak nie damy rady, coś nam wypadło." Siedziałam w tej bluzce do wieczora. Sernik został cały.
To nie był pierwszy raz. I właśnie to bolało najbardziej - nie sam SMS, ale to, że nawet nie byłam zaskoczona. Odłożyłam telefon na stół ekranem w dół i zostałam tak, z rękami na kolanach, w kuchni pachnącej wanilią. Czajnik kliknął, wyłączył się. Nie nalałam herbaty.
Mam na imię Halina, skończyłam sześćdziesiąt trzy lata w lutym, a od czterech lat mieszkam sama w bloku na poznańskim Piątkowie. Dwupokojowe, trzecie piętro, winda, która co drugi tydzień się psuje. Kiedy Staszek żył, te ściany miały sens - były za ciasne na jego książki, na moje doniczki, na nasze wieczorne kłótnie o pilota do telewizora. Po jego odejściu - udar, trzy lata temu - mieszkanie zrobiło się ogromne. Dźwięki są inne, kiedy nie ma komu odpowiedzieć na pytanie „chcesz herbatę?".
Syn Tomek mieszka w Swarzędzu, dwadzieścia minut samochodem. Synowa Agnieszka, dwoje wnucząt - Zosia, lat osiem, i Kacper, lat pięć. Kacper mówi do mnie „babunia" i za każdym razem miękną mi kolana. Zosia jest poważna, wygląda jak Staszek - te same ciemne brwi i sposób, w jaki marszczy nos, kiedy się nad czymś zastanawia. Mogłabym ich oglądać godzinami. Gdybym miała okazję.
Bo okazji jest coraz mniej. Policzyłam kiedyś w kalendarzu - przez ostatnie pół roku widziałam wnuki osiem razy. Osiem. Z czego trzy razy na większych spotkaniach rodzinnych, gdzie i tak nie było czasu usiąść i pogadać. Tomek zawsze mówi to samo: „Mamo, wiesz, jak jest, robota, Zosia ma zajęcia, Kacper był chory." Wiem, jak jest. Sama wychowywałam dziecko i pracowałam na poczcie na dwie zmiany. Ale do mojej matki, Bóg jej świeć, jeździłam co niedzielę. Bez SMS-ów z wymówkami.
Tamtego dnia z sernikiem postanowiłam, że coś zmienię. Nie wiedziałam jeszcze co. Wzięłam nóż, odkroiłam kawałek sernika, zjadłam sama. Był dobry. Twaróg z Biedronki, ale dałam prawdziwe masło i skórkę z cytryny, jak mnie mama uczyła. Zjadłam i pomyślałam: ten sernik zasługuje na to, żeby ktoś go docenił.
Następnego dnia zaniosłam resztę sąsiadce, Bożenie z parteru. Bożena ma siedemdziesiąt dwa lata, chory kręgosłup i kota Filemona. Rozmawiamy na klatce, czasem na ławce przed blokiem. Nigdy u niej nie byłam w mieszkaniu. Ale wtedy zapukałam z tacą owiniętą w folię i powiedziałam: „Bożena, mam za dużo sernika."
Siedziałyśmy w jej kuchni ponad dwie godziny. Bożena parzyła herbatę tak mocną, że łyżeczka stała, i opowiadała o swoim synu, który wyjechał do Norwegii osiem lat temu. „Dzwoni w niedziele" - powiedziała. „Czasem. A ja i tak czekam przy telefonie od soboty." Spojrzała na mnie i dodała cicho: „Ale to nie jest ich wina, Halinka. To jest po prostu życie, które im się przydarzyło."
Nie zgodziłam się wtedy. W środku czułam coś twardego, kanciastego - coś, co kazało mi myśleć: nie, to jest wybór. Mogą przyjechać, a nie przyjeżdżają. Mogą zadzwonić, a wysyłają SMS-a. Siedem słów. „Coś nam wypadło." Co im wypadło? Nigdy się nie dowiem, bo nigdy nie pytam. Bo boję się usłyszeć, że wypadło im coś ważniejszego niż ja.
Zaczęłam częściej wychodzić. Zapisałam się na gimnastykę dla seniorów w domu kultury na osiedlu. Śmiałam się z siebie w szatni, ze swoimi kolanami i tymi dwoma kilogramami za dużo, ale instruktorka - młoda dziewczyna, może trzydzieści lat - powiedziała: „Pani Halino, pani ma świetną postawę." I jakoś mnie to poniosło. Zaczęłam chodzić dwa razy w tygodniu. Poznałam Lucynę, emerytowaną nauczycielkę, i Jadzię, która kiedyś prowadziła zakład krawiecki. Piłyśmy kawę po zajęciach. Śmiałyśmy się. Dawno się tak nie śmiałam.
A Tomek dalej pisał SMS-y. Raz na tydzień, czasem dwa. „Cześć mamo, co słychać?" - i nie czekał na odpowiedź. Wysyłał jak się wysyła powiadomienie o paczce. Odhaczyć, zapomnieć. Zaczęłam odpowiadać krótko: „Dobrze. Całuję." Kiedyś pisałam dłużej, opowiadałam, pytałam o Zosię, o Kacpra. Ale kiedy odpowiedzi przychodziły po dwóch dniach albo wcale, przestałam.
Pewnego wieczoru, po gimnastyce, Lucyna powiedziała coś, co mnie zatrzymało. Mówiłyśmy o dzieciach - bo o czym innym mówią trzy babcie po sześćdziesiątce - i Lucyna powiedziała: „Wiesz, ja kiedyś zadzwoniłam do córki i powiedziałam jej wprost: brakuje mi ciebie i czuję się odstawiona na boczny tor. Córka się rozpłakała. Powiedziała, że nie miała pojęcia. Że myślała, że sobie radzę."
„I co?" - zapytałam.
„I nic wielkiego. Nie zaczęła przyjeżdżać co dzień. Ale zaczęła dzwonić inaczej. Jakby naprawdę chciała rozmawiać."
Wracałam do domu piechotą, bo wieczór był ciepły, majowy, pachniało bzem spod bloku obok. Myślałam o tym, co powiedziała Lucyna. O tym, że Tomek może naprawdę nie wie. Że w jego głowie jestem silną, zorganizowaną matką, która zawsze sobie radziła. Bo taka byłam. Kiedy Staszek pił - a pił przez dziesięć lat, zanim się opamiętał - to ja trzymałam dom. Kiedy brakowało pieniędzy przed pierwszym, to ja szłam na dodatkowe dyżury. Tomek widział matkę, która nigdy nie płakała. Więc skąd ma wiedzieć, że teraz płaczę nad SMS-em?
Usiadłam wieczorem z telefonem. Napisałam i skasowałam wiadomość cztery razy. W końcu wysłałam: „Tomek, chciałabym z Tobą porozmawiać. Nie przez telefon. Przyjedziesz do mnie? Sama. Bez Agnieszki, bez dzieci. Potrzebuję Cię na godzinę."
Odpowiedź przyszła po dwudziestu minutach. Szybciej niż zwykle. „Jasne, mamo. W sobotę ok?"
Sobota. Cztery dni. Znów nastawiłam sernik. Znów włożyłam tę bluzkę. Ale tym razem, stojąc przed lustrem w przedpokoju, zobaczyłam w swoich oczach coś innego niż zwykle. Nie czekanie. Raczej decyzję.
Nie wiem, co mu powiem. Nie wiem, czy znajdę słowa, które nie zabrzmią jak wyrzut. Bo nie chcę wyrzucać - chcę, żeby zrozumiał. A może nie zrozumie. Może powie „mamo, przesadzasz" i wróci do Swarzędza, i znowu będzie SMS raz w tygodniu. Może Agnieszka się obrazi. Może Tomek spojrzy na mnie z tym wzrokiem, który znaczy „znowu zaczynasz".
A może nie.
Sernik stygnie na blacie. Jest sobota, za dziesięć czwarta. Telefon leży na stole ekranem do góry. Cisza. Jeszcze nie napisał, że nie przyjedzie. Jeszcze nie.