Wnuk przez pomyłkę wysłał mi nagranie głosowe - zamiast koledze. Włączyłam, bo myślałam, że to do mnie. Jego śmiech i słowa: „Stary, nie wyjdę, muszę lecieć do tej swojej babci, znowu te pierogi i te same historie po dwadzieścia razy…

Nagranie trwało czterdzieści trzy sekundy. Odsłuchałam je dwa razy, stojąc przy kuchennym blacie z rękami po łokcie w mące. Za drugim razem usłyszałam jeszcze końcówkę, która za pierwszym nie przeszła mi przez gardło: „...ale no, wiesz, stara się stara, żal mi trochę, bo jak nie przyjdę, to potem wydzwania do matki, że ja ją nie kocham. Dramat, stary. Godzinę posiedzimy i spadam."

Wyłączyłam telefon. Oparłam się o blat. Na kuchence bulgotała woda, bo pierogi były już prawie gotowe do wrzucenia - z kapustą i grzybami, dokładnie takie, jakie Bartek lubił od dziecka. Albo myślałam, że lubił.

Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt osiem lat i mieszkam sama w dwupokojowym mieszkaniu na Ratajach w Poznaniu, trzecie piętro bloku z wielkiej płyty. Mąż Zbigniew odszedł pięć lat temu - nie od nas, tylko z tego świata, cicho, we śnie, na zawał. Zostałam z emeryturą po trzydziestu latach pracy na poczcie, z balkonem pełnym pelargonii i z jedynym wnukiem, który - tak mi się wydawało - przychodził do mnie z własnej, nieprzymuszonej woli.

Bartek miał dwadzieścia dwa lata, studiował informatykę na Politechnice i od pierwszego roku życia był moim całym światem. Kiedy był mały, córka Renata zostawiała go u mnie na całe weekendy. Lepiliśmy pierogi, budowaliśmy zamki z klocków, oglądaliśmy bajki, a on zasypiał na moich kolanach z buzią umazaną dżemem. Wyrósł mi pod nosem na wysokiego, szczupłego chłopaka z brodą i słuchawkami na uszach, ale dalej przychodził. Co tydzień, w sobotę, na obiad.

Przynajmniej tak to wyglądało z mojej strony.

Tego dnia - była środa, kwiecień, za oknem kwitły kasztany - przygotowywałam pierogi dzień wcześniej, bo w sobotę chciałam zrobić jeszcze sernik. Bartek ostatnio wspomniał, że jego dziewczyna nigdy nie jadła domowego sernika. Pomyślałam: niech ją przyprowadzi, upiekę. Już nawet kupiłam dodatkowy twaróg.

A potem przyszło to nagranie.

Usiadłam przy stole, tym samym, przy którym Zbyszek jadał śniadania przez trzydzieści osiem lat. Patrzyłam na rząd pierogów ułożonych na ściereczce. Równiutkie, zaklepane, każdy z tym samym fałdkiem, którego nauczyła mnie moja matka, a ją - jej matka. Te same pierogi. Te same historie po dwadzieścia razy. Tak powiedział Bartek. I się śmiał.

Próbowałam się nie rozpłakać, bo wiedziałam, że jak zacznę, to nie skończę. Zamiast tego zadzwoniłam do Renaty. Nie odebrała. Zadzwoniłam drugi raz. Trzeci. Za czwartym usłyszałam zdyszany głos: „Mamo, jestem na spotkaniu, co się stało, ktoś umarł?"

- Nikt nie umarł - powiedziałam. - Chciałam zapytać, czy Bartek... Czy on chętnie do mnie przychodzi w soboty, czy ty go zmuszasz?

Cisza. Taka cisza, w której słyszysz, jak komuś spadają argumenty na podłogę.

- Mamo, o co ci chodzi? Skąd to pytanie?

- Odpowiedz mi, Renata.

Córka westchnęła. I powiedziała coś, co bolało prawie tak samo jak to nagranie: „Mamo, on jest dorosły. Ja go nie zmuszam od dwóch lat. Ale... czasem mu przypomnę. Powiem, że byłaś smutna albo że pytałaś o niego. Bo wiesz, jak to jest z młodymi. Mają swoje sprawy."

Czyli przypominała. Delikatne słowo na naciskanie. Mój wnuk przychodził do mnie, bo córka robiła mu wyrzuty sumienia. A ja szykowałam pierogi, nakrywałam do stołu obrusem, który prasowałam specjalnie na tę okazję, i opowiadałam mu historie, które - teraz to widziałam - słyszał już po dwadzieścia razy.

Wieczorem siedziałam na balkonie z herbatą i myślałam o swojej babci, Zofii. Jeździłam do niej autobusem do Puszczy pod Koninem, dwie i pół godziny w jedną stronę, a ona podawała mi zsiadłe mleko i opowiadała o wojnie. Zawsze te same historie. Zawsze. I ja nigdy, przenigdy nie pomyślałam, że to nudne. Może dlatego, że byłam inaczej wychowana. A może dlatego, że babcia Zofia umarła, zanim zdążyłam się znudzić.

W czwartek rano podjęłam decyzję. Nie zadzwonię do Bartka. Nie wyślę mu tego nagrania z pytaniem „to tak o mnie mówisz?". Nie powiem nic Renacie. Zamiast tego - po raz pierwszy od pięciu lat, odkąd Zbyszka nie ma - zrobię coś dla siebie w sobotę.

W piątek napisałam do Bartka krótką wiadomość: „Kochanie, w sobotę mnie nie będzie, jadę do koleżanki do Swarzędza. Odezwij się w przyszłym tygodniu." Odpisał po dwóch godzinach: „Ok babciu, to się dogadamy 😊". Jeden emotikon. Żadnego pytania, do jakiej koleżanki, po co, czy wszystko w porządku.

W sobotę rano obudziłam się o szóstej, jak zwykle. Kuchnia była pusta i cicha. Żadnych pierogów, żadnego sernika, żadnego dodatkowego nakrycia. Ubrałam się, wzięłam torebkę i pojechałam tramwajem do centrum. Wypiłam kawę w cukierni na Starym Rynku, samą, przy oknie, patrząc na ludzi. Potem poszłam do księgarni i kupiłam sobie książkę - pierwszy raz od lat nie poradnik zdrowotny, tylko kryminał. Wróciłam do domu po południu, usiadłam na balkonie i czytałam, aż słońce zaszło za blok naprzeciwko.

Bartek nie zadzwonił. Renata też nie.

W niedzielę wieczorem napisał: „Babciu, to kiedy te pierogi? 😄". Trzymałam telefon długo, patrząc na ten uśmieszek. Mój wnuk. Moje dziecko-dziecka. Kochałam go tak bardzo, że przez dwadzieścia dwa lata nie zauważyłam, kiedy z radości zrobiłam mu obowiązek.

Odpisałam: „Zobaczymy, kochanie. Może za dwa tygodnie."

Może za dwa tygodnie. A może nigdy tych samych pierogów, w ten sam sposób, z tymi samymi historiami. Może coś musi się zmienić, żebym nie była dla niego obowiązkiem, z którego się tłumaczy kolegom. Tylko nie wiedziałam jeszcze, co dokładnie. I czy to ja powinnam się zmienić, czy po prostu przyjąć, że miłość wnuka wygląda teraz inaczej, niż sobie wyobrażałam.

Na balkonie przekwitły pierwsze pelargonie. Oberwałam suche kwiatostany, podlałam doniczki. Gdzieś z dołu, z podwórka, dochodził śmiech dzieci.

Pomyślałam o babci Zofii. O jej zsiadłym mleku, które smakowało jak nic innego na świecie. I o tym, że nigdy jej nie zapytałam, czy wiedziała, że te autobusy w dwie strony to pięć godzin. I czy ją to bolało - czy mnie, głupią, to nigdy nie przyszło do głowy.

Pierogi leżały w zamrażarce. Równiutkie, zaklepane, każdy z tym samym fałdkiem. Czekały. Ja jeszcze nie wiedziałam, na co.