Syn umówił mnie u notariusza „na dziesięć minut, mamo, sama formalność". Pani notariusz poprosiła go na korytarz i zadała mi trzy pytania. Potem odłożyła długopis: „Nie sporządzę tego aktu. Proszę przyjść z kimś innym niż syn."
Pamiętam, że najpierw poczułam wstyd. Nie złość, nie strach - wstyd. Jakby to ja zrobiła coś niewłaściwego. Jakby to moja wina, że siedzę w tym gabinecie z boazerią na ścianach i nie rozumiem, co właściwie się dzieje. Notariuszka patrzyła na mnie spokojnie, ale czujnie, tak jak się patrzy na kogoś, kto jeszcze nie wie, że jest w niebezpieczeństwie.
Darek wrócił po mnie do poczekalni dopiero po kwadransie. Był blady. Powiedział tylko: „Pojechały jej nerwy, zdarza się, poszukamy kogoś innego". Wsiedliśmy do jego auta, jechaliśmy przez Wrocław w milczeniu, a ja trzymałam na kolanach torebkę i myślałam o tych trzech pytaniach.
Pierwsze: czy wie pani, jaki dokument dzisiaj podpisuje. Drugie: czy ktokolwiek wyjaśnił pani konsekwencje tego aktu. Trzecie: czy ta decyzja jest pani własna, podjęta bez nacisku.
Na pierwsze odpowiedziałam, że chodzi o przepisanie mieszkania. Na drugie - że Darek mówił, że to formalność, żeby nie płacić podatku. Na trzecie nie zdążyłam odpowiedzieć, bo notariuszka już odkładała długopis.
Mam siedemdziesiąt dwa lata. Czterdzieści z nich przepracowałam w bibliotece szkolnej na Krzykach - najpierw jako pomocniczka, potem jako jedyna bibliotekarka, bo nikt inny nie chciał za te pieniądze. Emerytura niewielka, ale mieszkanie mam własne. Dwa pokoje z kuchnią w bloku na Gaju, trzecie piętro bez windy. Henryk, mój mąż, umarł osiem lat temu na raka płuc. Zostawił mi to mieszkanie i dwa dorosłe dzieci - Darka i Renatę.
Darek ma czterdzieści siedem lat, pracuje jako elektryk, ale od jakiegoś czasu powtarza, że „branża pada". Żona Magda jest na urlopie wychowawczym z trzecim dzieckiem. Renata mieszka w Poznaniu, jest farmaceutką, ma jedną córkę. Dzwoni co niedzielę, przyjeżdża na święta i na Wszystkich Świętych.
Z Darkiem zawsze było inaczej niż z Renatą. Renata - spokojna, uporządkowana, nawet w dzieciństwie nie trzeba jej było pilnować przy lekcjach. Darek - ciepły, gadatliwy, ale jakby zawsze trochę nieszczęśliwy. Henryk mawiał: „Darek to taki, co mu ciągle za mało". Nie mówił tego złośliwie. Raczej z troską.
Kiedy pół roku temu Darek zaczął wpadać częściej niż zwykle, ucieszyłam się. Przywoził bułki od Piotra i Pawła, naprawiał mi kontakt w przedpokoju, zabierał wnuki, żeby ze mną posiedziały. Mówił: „Mamo, musisz bardziej o siebie dbać". Pomagał mi też z rachunkami - siadał przy kuchennym stole, wklepywał przelewy w moim telefonie, bo ja ciągle się gubiłam w tej aplikacji.
Potem zaczął mówić o mieszkaniu.
Najpierw delikatnie: „Mamo, te schody cię kiedyś wykończą. Trzecie piętro, bez windy, w twoim wieku". Potem konkretniej: „Magda znalazła ładne mieszkanie na parterze, ale musiałabyś sprzedać swoje, żebyśmy dołożyli do kredytu". A w końcu ten pomysł z notariuszem: „Przepiszesz na mnie, a ja ci zapewnię dożywocie. Sama formalność, na dziesięć minut".
Nie zapytałam Renaty. Darek powiedział, że nie ma po co jej zawracać głowy. „Renata i tak ma swoją aptekę i swoje życie. To między nami, mamo".
I ja się zgodziłam. Bo Darek jest moim synem. Bo miał zmęczoną twarz i troje dzieci. Bo myślałam, że matka powinna pomagać, kiedy może.
Dopiero wieczorem, sama w kuchni przy herbacie z cytryną, zaczęłam rozumieć, co powiedziała notariuszka. Wzięłam telefon i wpisałam w wyszukiwarkę: „dożywocie akt notarialny co to znaczy". Czytałam do północy. Oczy mnie piekły, litery skakały, ale czytałam. I dotarło do mnie, że gdybym podpisała ten akt, mieszkanie przestałoby być moje. Że dożywocie to nie jest gwarancja, że tu zostanę. Że Darek mógłby - teoretycznie - sprzedać to mieszkanie komuś innemu, a ten ktoś mógłby żądać, żebym się wyniosła.
Nie spałam do rana. O szóstej zadzwoniłam do Renaty.
Cisza w słuchawce trwała może pięć sekund, ale wydawała się wiecznością. Potem Renata powiedziała cicho: „Mamo, ja zaraz przyjadę".
Przyjechała tego samego dnia wieczorem. Usiadła przy tym samym kuchennym stole, przy którym Darek wklepywał mi przelewy. Nie krzyczała, nie płakała. Zadawała pytania. Rzeczowe, spokojne, jedno po drugim. Czy Darek mówił o darowiźnie czy o dożywociu. Czy wspominał o zachowku. Czy pokazywał mi jakieś dokumenty. Czy byłam u lekarza w ostatnim czasie.
- Po co pytasz o lekarza? - zdziwiłam się.
- Bo jeśli kiedykolwiek ktoś zakwestionuje twoją zdolność do… Mamo, nieważne. Po prostu powiedz mi, czy Darek mówił ci dokładnie, co podpisujesz.
- Mówił, że formalność.
Renata zamknęła oczy. Zacisnęła usta tak, że zbielały. Widziałam, jak walczy ze sobą, żeby nie powiedzieć tego, co myśli o bracie.
- Mamo - powiedziała w końcu - ja nie wiem, czy Darek chciał cię oszukać. Może naprawdę myślał, że tak będzie lepiej. Ale ta pani notariusz zrobiła to, co powinna. Ochroniła cię.
Darek zadzwonił następnego dnia. Mówił szybko, nerwowo. Że Renata przesadza. Że on chciał dobrze. Że „ta baba u notariusza" go upokorzyła. Że on się o mnie martwi, bo ja tu siedzę sama na trzecim piętrze i kiedyś się na tych schodach zabiję.
I ja mu wierzyłam. To znaczy - chciałam mu wierzyć. Bo to mój syn. Bo pamiętam go jako pięciolatka, który przynosił mi mlecze z trawnika przed blokiem i mówił: „Mamo, to dla ciebie, bo jesteś najpiękniejsza". Ale jednocześnie pamiętam, jak Henryk mówił: „Darek to taki, co mu ciągle za mało".
Minęły trzy tygodnie. Renata chce, żebym pojechała do prawnika, „normalnego, nie od Darka". Darek chce, żebyśmy „pogadali na spokojnie, bez Renaty". A ja siedzę w swojej kuchni na Gaju, piję herbatę, patrzę na blok naprzeciwko i myślę o tej notariuszce, która odłożyła długopis.
Trzy pytania. Wystarczyły trzy pytania, żeby obca kobieta zobaczyła to, czego ja nie chciałam zobaczyć przez pół roku.
A może nie ma czego widzieć. Może Darek naprawdę chciał dobrze. Może jestem starą, podejrzliwą kobietą, która wyobraża sobie rzeczy. Może przez to stracę syna.
Wczoraj Darek przysłał SMS-a: „Mamo, przepraszam jeśli źle to wyglądało. Kocham Cię. Pogadajmy". Czytałam tę wiadomość chyba dziesięć razy. Potem odłożyłam telefon na stół, ekranem w dół.
Nie odpisałam. Jeszcze nie wiem, czy odpiszę.