Mieszkanie przepisałam wnukowi, bo on jeden do mnie dzwonił i wynosił mi śmieci. W październiku przyszło pismo z banku - lokal jest zabezpieczeniem pożyczki, której nie spłaca od pół roku. Dzwoniłam do niego siedem razy, nie odebrał ani razu.

Koperta leżała między rachunkiem za prąd a ulotką z Biedronki. Biała, z logo banku w rogu. Otworzyłam ją stojąc w przedpokoju, jeszcze w butach, bo wracałam od lekarza. Przeczytałam dwa razy, bo za pierwszym razem litery się rozmyły. Nie od łez - od niedowierzania.

Usiadłam na taborecie przy szafce na buty i zadzwoniłam do Kuby. Sygnał, sygnał, sygnał. Poczta głosowa. Zadzwoniłam jeszcze raz. I jeszcze raz. Za każdym razem ten sam spokojny głos: „Cześć, tu Kuba, zostaw wiadomość". Zostawiłam trzy. Przy ostatniej już nie panowałam nad głosem.

Mam na imię Halina, w marcu skończyłam siedemdziesiąt pięć lat. Mieszkam na Grochowie, w bloku z lat osiemdziesiątych, trzecie piętro bez windy. Czterdzieści metrów kwadratowych - kuchnia, pokój, łazienka. Tu wychowałam syna Dariusza, tu odprowadzałam męża Tadeusza na ostatnią drogę dwanaście lat temu. Tu miałam w spokoju doczekać końca, bo wiedziałam, że to mieszkanie jest jedyną wartościową rzeczą, jaką zostawię po sobie.

Dariusz mieszka z żoną Renatą na obrzeżach Warszawy, w domu, który budowali piętnaście lat. Mają dwóch synów - Kubę, dwudziestoośmioletniego, i Patryka, który skończył trzydzieści dwa. Patryk wyjechał do Irlandii sześć lat temu i dzwoni raz na dwa miesiące, zwykle w niedzielę, zwykle krótko. Kuba został. Kuba dzwonił w każdy wtorek i piątek, pytał, czy czegoś nie potrzebuję, wpadał z siatką z zakupami. Wynosił śmieci, wymieniał żarówkę, podwoził mnie na kontrolę do okulisty. Kiedy zepsuł mi się telewizor, pojawił się tego samego dnia z nowym - używanym, ale działającym.

„Babciu, nie przesadzaj, to normalne" - mówił, kiedy mu dziękowałam. A ja wiedziałam, że to wcale nie jest normalne. Bo Dariusz przyjeżdżał raz na miesiąc, zostawał godzinę, pił herbatę i patrzył na zegarek. Renata przyjeżdżała z nim, uśmiechała się uprzejmie i mówiła „Pani Halino, pani świetnie wygląda", jakbym była jej dalszą znajomą, a nie matką jej męża.

Dwa lata temu, wiosną, poszłam do notariusza. Sama. Nie powiedziałam nikomu, bo wiedziałam, co usłyszę. Przepisałam mieszkanie na Kubę aktem darowizny, z dożywotnim prawem do zamieszkania. Notariusz, pan Wojciech, zapytał mnie, czy jestem pewna. „Jak nigdy w życiu" - odpowiedziałam.

Kiedy Dariusz się dowiedział, milczał przez trzy dni. Potem zadzwonił. Nie krzyczał - mówił tym cichym, uważnym głosem, który zawsze był gorszy od krzyku. „Mamo, dlaczego? Dlaczego nie ze mną porozmawiałaś? Patryk ma pretensje. Ja nie mam pretensji, ale to niesprawiedliwe." Tłumaczyłam mu, że to moje mieszkanie i moja decyzja. Że Kuba jest jedyną osobą, która się mną opiekuje na co dzień. Że Patryk ma życie w Irlandii, a Dariusz ma dom.

„To nie o pieniądze chodzi, mamo" - powiedział Dariusz. A ja pomyślałam: właśnie że o pieniądze. Zawsze chodzi o pieniądze, tylko nikt nie chce tego powiedzieć na głos.

Po tej rozmowie Kuba dalej przyjeżdżał we wtorki i piątki. Dalej wynosił śmieci, dalej pytał o zdrowie. Przez rok nic się nie zmieniło. A potem - powoli, niezauważalnie - zaczęło się zmieniać.

Najpierw zniknęły piątki. „Babciu, w pracy mam teraz drugą zmianę, dam radę tylko we wtorki." Dobrze, rozumiałam. Potem wtorki zaczęły się przesuwać - na środę, na czwartek, czasem na „może w weekend". Od wiosny tego roku Kuba przyjeżdżał raz na dwa tygodnie. Dzwonił rzadziej. Rozmowy były krótsze. „Wszystko okej, babciu, lecę, pogadamy."

Nie chciałam być tą babcią, co to marudzi. Tą, co liczy telefony i porównuje z wcześniej. Więc milczałam. Robiłam zakupy sama, schodziłam po schodach z torbami, odpoczywałam na każdym piętrze. Na trzecie piętro wnosiłam się dwadzieścia minut.

A potem przyszło to pismo.

Trzydzieści pięć tysięcy złotych pożyczki zaciągniętej pod zastaw lokalu. Mojego lokalu. Tego, w którym siedzę, piję herbatę, oglądam wieczorem teleturniej. Tego, w którym umarł mój mąż.

Kuba nie odebrał za pierwszym razem. Ani za drugim. Ani za siódmym. Ósmego dnia pojechałam do niego. Tramwajem i autobusem, przez pół Warszawy, ze ściskającym gardłem i z kopią tego pisma w torebce. Otworzyła mi jakaś dziewczyna, której nie znałam. Młoda, może dwudziestodwuletnia. „Kuby nie ma" - powiedziała i chciała zamknąć drzwi. „Jestem jego babcią" - odpowiedziałam. Wpuściła mnie.

Mieszkanie wyglądało jak po przejściu tornada. Na stole laptop, dwa telefony, kubki po kawie. Na parapecie suszył się prany ręcznik. Dziewczyna - miała na imię Natalia - zaparzyła mi herbatę i powiedziała, że Kuba „ma problemy z interesem". Że otworzył z kolegą jakiś sklep internetowy, włożył w to pieniądze, nie wyszło. Że się stresuje i nie chce z nikim rozmawiać.

Patrzyłam na nią i widziałam w jej oczach coś, co znałam - zakłopotanie osoby, która tłumaczy kogoś, kogo sama nie do końca rozumie.

„Powiedz mu, że babcia tu była" - poprosiłam. „I powiedz mu, że dostałam pismo z banku."

Kuba zadzwonił następnego dnia wieczorem. Mówił szybko, chaotycznie, jakby recytował wyuczoną formułkę. Że to pomyłka, że bank przesadza, że on to ogarnie, że się nie muszę martwić. „Babciu, ja to załatwię, przysięgam."

„Kuba" - powiedziałam cicho. „To jest moje mieszkanie. Tam ja żyję."

Cisza. Słyszałam jego oddech. Potem: „Wiem, babciu. Przepraszam. Naprawdę przepraszam."

Odłożyłam słuchawkę i przez długi czas siedziałam w kuchni. Herbata wystygła. Za oknem jechał tramwaj. Myślałam o tym, jak dwa lata temu stałam u notariusza i byłam taka pewna. Jak mówiłam Dariuszowi, że Kuba jest inny niż reszta. Że on jeden naprawdę przychodzi, bo chce, a nie dlatego, że musi.

Teraz nie wiedziałam już, co było prawdą. Może przychodził, bo chciał. A może przychodził, bo czekał. Może jedno i drugie naraz, i to jest najgorsze - bo wtedy nie wiadomo, za co go winić.

Dariusz dowiedział się o pożyczce od Renaty, bo Renata dowiedziała się od Natalii. Zadzwonił do mnie następnego dnia rano. Spodziewałam się wyrzutów. Spodziewałam się „a nie mówiłem". Zamiast tego usłyszałam: „Mamo, przyjadę po południu, pogadamy."

Przyjechał. Usiadł w kuchni, na krześle Tadeusza. Nie powiedział ani słowa o tym, że go pominęłam. Powiedział za to: „Możemy spróbować to odkręcić prawnie. Jest adwokat, kolega Renaty z pracy." Patrzył na mnie i widziałam, że jest zmęczony. Nie za mnie - swoim życiem, swoimi sprawami, swoim Kubą, którego pewnie też nie do końca zna.

„Nie wiem, czy chcę to odkręcać" - powiedziałam. I sama nie wiedziałam, co mam na myśli. Czy chodzi o pożyczkę, o darowiznę, czy o coś większego.

Dariusz pokiwał głową. Dopił herbatę. „Pomyśl, mamo. Nic na siłę."

Pomyślę. Ale od tamtego dnia minęły trzy tygodnie i Kuba zadzwonił jeszcze raz, na dwie minuty. Powiedział, że sprawa się „toczy". Nie wpadł, nie przywiózł zakupów, nie wyniósł śmieci. Śmieci wynoszę sama. Schodzę z nimi na parter i za każdym razem, na półpiętrze między drugim a pierwszym, przystanę i myślę o tym, że człowiek przez całe życie zbiera dowody na to, kto go kocha. A potem okazuje się, że te dowody nie są dowodem na nic.