Do biblioteki zaczęłam chodzić, żeby nie siedzieć w czterech ścianach. Pani bibliotekarka wciągnęła mnie do klubu książki - jest nas osiem kobiet i jeden pan. W czwartek pierwszy raz od lat ktoś zapytał, co myślę, i czekał na całą odpowiedź.
Siedzieliśmy wtedy w kółku przy tym dużym stole pod oknem, za którym kwitł kasztanowiec, i rozmawialiśmy o powieści Tokarczuk. Pan Tadeusz - ten jedyny mężczyzna w naszym klubie - odłożył książkę na stół, popatrzył na mnie i powiedział: „A pani, Bożeno? Co pani o tym myśli?". I zamilkł. Nie przerywał. Nie kiwał głową, żeby przyspieszyć. Po prostu czekał.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś tak na mnie patrzył. Z uwagą. Jakby to, co powiem, naprawdę miało znaczenie.
Mój mąż Ryszard zmarł cztery lata temu. Rak trzustki, szybko poszło - od diagnozy do pogrzebu minęły cztery miesiące. Trzydzieści osiem lat małżeństwa i nagle cisza. Nie taka cisza, o której marzysz, kiedy dzieci się kłócą albo telewizor gra za głośno. Cisza absolutna, od której puchną ściany.
Córki - Agnieszka i Marta - dzwonią regularnie, tego im nie odbieram. Agnieszka z Poznania w niedzielę po obiedzie, Marta z Wrocławia we wtorki wieczorem. Rozmowy trwają po piętnaście minut. „Mamo, jak się czujesz? Jadłaś? Brałaś leki? No to dobrze. U nas wszystko okej, Kuba ma angielski, Zosia zaczęła basen. Całujemy, pa!" I znowu cisza. I znowu ściany.
Krawcowa na emeryturze, sześćdziesiąt dwa lata, Kraków, osiedle Podwawelskie, drugie piętro w bloku z wielkiej płyty. To mój paszport, gdyby ktoś pytał. Choć nikt nie pyta. Na osiedlu jestem „ta od Ryszarda", w przychodni - numer PESEL, na poczcie - „proszę pani, następna".
Do biblioteki na Różanej trafiłam w lutym, bo w mieszkaniu już nie mogłam wytrzymać. Stałam przed regałem z kryminałami i udawałam, że wybieram, a tak naprawdę po prostu chciałam być blisko ludzi. Wtedy podeszła do mnie pani Lucyna - bibliotekarka, może pięć lat młodsza ode mnie, zawsze w kolorowych okularach i z takim uśmiechem, jakby naprawdę cieszyła się, że ktoś przyszedł.
„Lubi pani czytać, czy szuka pani czegoś konkretnego?" - zapytała.
„Szukam czegoś... na długie wieczory" - odpowiedziałam i natychmiast poczułam, że powiedziałam za dużo.
Lucyna nie skomentowała. Podała mi dwie książki i kartkę z datą: „Czwartki, siedemnasta trzydzieści, klub książki. Przyjdzie pani?"
Przyszłam. Na pierwsze spotkanie włożyłam bluzkę, którą szyłam sobie na imieniny Ryszarda dwa lata przed jego śmiercią. Nigdy jej nie nosiłam - Ryszard powiedział wtedy, że kolor jest „dziwny". Bluzka była w kolorze bordo, ładna, z delikatnym kołnierzykiem. Tamtego czwartku w bibliotece Halina - emerytowana nauczycielka z siwym kokiem - powiedziała: „Ale pani ma piękną bluzkę". I coś się we mnie przesunęło. Mały kamyk, który trzymał lawinę.
Bo widzicie, z Ryszardem było tak: on mówił, ja słuchałam. On decydował, ja przytakiwałam. Nie był złym człowiekiem - broń Boże, żeby ktoś tak pomyślał. Nie pił, nie podnosił ręki, zarabiał uczciwie w swoim warsztacie samochodowym. Ale przez trzydzieści osiem lat ani razu nie zapytał mnie, co myślę o książce, o filmie, o polityce, o czymkolwiek. A jeśli zaczynałam mówić, przerywał po trzecim zdaniu: „Bożena, nie komplikuj".
Córki odziedziczyły po nim ten sam odruch. Kiedy dzwonią, pytania brzmią jak punkty z listy kontrolnej. Nie czekają na rozwiniętą odpowiedź. „Dobrze" im wystarczy. „Dobrze, mamo" - i lecą dalej.
A w klubie książki jest inaczej. Halina opowiada, jak czytała Schulza na głos umierającemu mężowi i że dzięki temu inaczej rozumie każde zdanie. Celina - ta najmłodsza z nas, pięćdziesiąt trzy lata, prowadzi kwiaciarnię - mówi, że przez książki nauczyła się nazywać to, co czuje, bo w domu nikt nigdy nie mówił o emocjach. Iwona, fryzjerka z Nowej Huty, śmieje się, że jej mąż myśli, że ona chodzi na „babskie plotki", i niech sobie myśli, bo przynajmniej ma spokój.
I jest pan Tadeusz. Emerytowany kolejarz, siedemdziesiąt lat, zawsze w czystej koszuli zapinanej pod samą szyję. Mówi niewiele, ale kiedy mówi, wszyscy milkną. Ma taki głos - spokojny, niski - i sposób patrzenia, jakby naprawdę widział osobę przed sobą.
To on tamtego czwartku zapytał, co myślę.
Mówiłam chyba dziesięć minut. O Tokarczuk, o „Biegunach", o tym, że ta książka jest o ludziach, którzy uciekają, bo boją się, że jak się zatrzymają, to się rozpadną. Mówiłam i słyszałam swój własny głos jakby po raz pierwszy. Nikt nie przerywał. Nikt nie powiedział „nie komplikuj".
Po spotkaniu Tadeusz podszedł do mnie przy wieszaku. „Ładnie pani to ujęła" - powiedział, podając mi płaszcz. „Też uciekam. Od trzech lat, odkąd żona odeszła. Ale chyba powoli się zatrzymuję."
Szliśmy potem kawałek razem, bo okazało się, że mieszka dwie ulice dalej. Rozmawialiśmy o biegunkach - tych Tokarczuk i tych prawdziwych. Śmiałam się tak, że musiałam przystanąć. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak się śmiałam.
W niedzielę zadzwoniła Agnieszka. Standardowe piętnaście minut. Pod koniec powiedziałam: „Córciu, chodzę teraz do klubu książki w bibliotece". Cisza. „Mamo, a po co ci to? Masz telewizor, masz radio. Nie przemęczaj się". Odłożyłam słuchawkę i poczułam, jak te ściany znowu zaczynają puchnąć.
We wtorek zadzwoniła Marta. Opowiedziałam jej o klubie, o Lucynie, o Halinie, o Tokarczuk. „Fajnie, mamo" - powiedziała Marta takim tonem, jakim mówi się „fajnie" do dziecka, które narysowało kwiatek. A potem dodała: „Tylko uważaj na tych nowych znajomych, dobrze? Wiesz, ludzie różni bywają".
Różni bywają. Jakbym miała sześćdziesiąt dwa lata i nie wiedziała, że ludzie różni bywają.
W następny czwartek po spotkaniu Tadeusz zaproponował, że pójdziemy na kawę do tej małej cukierni na rogu Starowiślnej. Powiedziałam, że chętnie. Zamówił szarlotkę, ja sernik. Rozmawialiśmy półtorej godziny. O dzieciach, o emeryturze, o tym, jak to jest budzić się rano i nie mieć nikogo, komu powiedzieć „dzień dobry".
Wracając do domu, zobaczyłam w telefonie trzy nieodebrane połączenia od Marty. Oddzwoniłam. „Mamo, gdzie byłaś? Dzwonię, dzwonię i nic! Martwiłam się!".
Martwiła się. Po raz pierwszy od miesięcy dzwoniła poza wtorkiem - i akurat wtedy, gdy mnie nie było. Powiedziałam prawdę: byłam na kawie ze znajomym z klubu książki. Cisza. Długa. „Z jakim znajomym? Z tym panem?"
Nie wiem, skąd wiedziała o „tym panu". Może wspomniałam. A może Agnieszka powiedziała Marcie, a Marta sobie dopowiedziała. Nieważne. Ważne jest to, co usłyszałam potem.
„Mamo, tata nie żyje cztery lata, a ty już się po kawiarniach z obcymi mężczyznami umawiasz? Co ludzie powiedzą?"
Co ludzie powiedzą. Trzydzieści osiem lat z człowiekiem, który nie pytał, co myślę. Cztery lata z ciszą, która puchnie w ścianach. I teraz własna córka każe mi się zastanowić, co ludzie powiedzą.
Nie odpowiedziałam jej wtedy. Powiedziałam „dobranoc, córciu" i rozłączyłam się.
W czwartek znowu poszłam do biblioteki. Tadeusz siedział już przy stole, w tej swojej koszuli zapiętej pod szyję, i uśmiechnął się, kiedy weszłam. Lucyna podała mi herbatę w kubku z napisem „Czytam, więc jestem". Halina opowiadała o nowej powieści, Celina się śmiała, Iwona jak zwykle żartowała.
Usiadłam na swoim miejscu i pomyślałam, że mogłabym powiedzieć córkom to, czego Ryszard nigdy nie chciał usłyszeć. Że mam swoje zdanie. Że mam prawo do kawy, do rozmowy, do kogoś, kto czeka na moją odpowiedź. Mogłabym. Ale wiedziałam już, jaka będzie ich reakcja.
Tadeusz odłożył książkę, popatrzył na mnie i zapytał: „Wszystko w porządku?".
Uśmiechnęłam się. „Nie wiem" - powiedziałam szczerze. „Ale chyba zaczynam to lubić".
Nie wiem, co powie Marta w następny wtorek. Nie wiem, czy Agnieszka zadzwoni w niedzielę z pretensją, czy z troską. Nie wiem nawet, kim jest dla mnie Tadeusz - znajomym, przyjacielem, czy kimś, kogo jeszcze nie umiem nazwać. Wiem jedno: w czwartek znowu tam pójdę. I jeśli ktoś zapyta, co myślę - odpowiem.
Cała odpowiedź. Do końca.