Koleżanka pokazała mi w internecie ogłoszenie z moim zdjęciem: „miła wdowa, sześćdziesiąt osiem lat, szuka towarzystwa". Konto założyła córka - „żebyś miała z kim gadać i nie dzwoniła do mnie codziennie". Zdjęcie wzięła z komunii wnuczki, przycięte.
Herbata Lucyny stygła na stole w kawiarni przy Marszałkowskiej, a ja nie mogłam oderwać wzroku od ekranu jej telefonu. To było moje zdjęcie. Ja, w tej granatowej sukience z koronkowym kołnierzem, którą kupiłam specjalnie na komunię Zosi. Uśmiechnięta, z bukiecikiem białych róż w ręku. Tylko że na oryginalnym zdjęciu obok mnie stała wnuczka w białej albie, a tu - przycięte. Jakby mnie wycięto z własnego życia i wklejono w jakiś katalog samotnych serc.
- Bożena, to chyba ty? - zapytała Lucyna ostrożnie, jakby sama nie była pewna, czy powinna mi to pokazywać. - Bo ja patrzę i patrzę, i to chyba ta sukienka, co ją w maju miałaś.
Przeczytałam opis. „Miła wdowa, sześćdziesiąt osiem lat, emerytka, uwielbia spacery i gotowanie. Szuka towarzystwa na jesień życia." Na jesień życia. Ktoś napisał o mnie „jesień życia", jakby mnie chował żywcem pod liście.
Wróciłam do domu na osiedle na Bielanach piechotą, chociaż normalnie jeżdżę tramwajem. Potrzebowałam tego chodzenia, tego tupania butami o chodnik, żeby jakoś przetrawić to, co zobaczyłam. Bo od razu wiedziałam, kto to zrobił. Kto miał to zdjęcie na telefonie, kto zna mój rok urodzenia, kto wie, że lubię gotować i że od trzech lat jestem wdową. Moja córka, Agnieszka.
Zadzwoniłam do niej jeszcze na klatce schodowej, zanim zdążyłam włożyć klucz do zamka.
- Aga, powiedz mi jedno - zaczęłam, starając się mówić spokojnie. - Założyłaś mi konto na portalu randkowym?
Cisza. Taka cisza, w której słyszysz, jak ktoś oddycha i szuka słów.
- Mamo, to nie jest portal randkowy. To portal towarzyski. Dla osób dojrzałych - powiedziała wreszcie, głosem nauczycielki, która tłumaczy coś po raz trzeci. Agnieszka jest zresztą nauczycielką, w liceum na Ursynowie uczy matematyki. Przyzwyczajona, że zawsze wie lepiej. - Posłuchaj, ja się o ciebie martwię. Dzwonisz do mnie codziennie, czasem dwa razy dziennie. Siedzisz sama w tym mieszkaniu i gadujesz do telewizora.
- Nie gaduję do telewizora.
- Mamo, ostatnio powiedziałaś mi, że prowadzący prognozę pogody „znowu się pomylił, jakby go to nic nie kosztowało". To jest gadanie do telewizora.
Usiadłam na taborecie w przedpokoju, nie zdejmując butów. Patrzyłam na wieszak, na którym wisiała jeszcze kurtka Henryka. Trzy lata po pogrzebie, a ja nie mogłam jej zdjąć. Nie dlatego, że czekałam na jego powrót. Po prostu ten wieszak bez jego kurtki wyglądał nago.
- Aga, ale ty mnie zapytałaś? Uzgodniłaś ze mną? Wstawiłaś moje zdjęcie do internetu, napisałaś o mnie jakieś bzdury o jesieni życia, a ja dowiaduję się od koleżanki w kawiarni.
- Jakie bzdury? Napisałam prawdę. Jesteś miła, jesteś wdową, masz sześćdziesiąt osiem lat.
- I szukam towarzystwa? Kto ci powiedział, że szukam towarzystwa?
Agnieszka westchnęła. Znałam to westchnienie. To było jej westchnienie „mamo, utrudniasz", które stosowała, gdy próbowałam odmówić wizyty u lekarza albo nie chciałam zmienić pieca na nowy.
- Mamo, ja mam dwójkę dzieci, męża, szkołę i etat. Nie jestem w stanie rozmawiać z tobą godzinę dziennie. To nie znaczy, że cię nie kocham. To znaczy, że mam trzydzieści dwie godziny życia do zmieszczenia w dwudziestu czterech. Pomyślałam, że jak poznasz kogoś fajnego, to będzie ci lżej. I mnie też.
I mnie też. Te dwa słowa uderzyły mnie bardziej niż cała reszta.
Wieczorem siedziałam przy kuchennym stole i jadłam zupę pomidorową z makaronem, bo to jedyna zupa, której nie robię „na zapas dla dwóch osób" z przyzwyczajenia. Myślałam o Agnieszce. O tym, jak przez trzy lata po śmierci Henryka stopniowo stawałam się - no, nie ciężarem. Raczej ciężarkiem. Takim, który każdego dnia dokładasz na szalę, a niby nic nie waży, a jednak kumuluje się.
Bo ja przecież nie dzwoniłam z pretensjami. Dzwoniłam, żeby powiedzieć, że w Biedronce avokado po dwa pięćdziesiąt, albo że sąsiadka z czwartego piętra znowu trzasnęła drzwiami, albo że widziałam ładny zachód słońca z balkonu. Drobnostki. Ale te drobnostki były moim sposobem na powiedzenie: jestem tu, pamiętaj o mnie, nie znikłam.
A Agnieszka, zamiast powiedzieć mi wprost - mamo, potrzebuję trochę przestrzeni - zrobiła to po swojemu. Metodycznie. Jak zadanie z matematyki. Problem: mama jest samotna. Rozwiązanie: portal towarzyski. Konto. Zdjęcie. Opis. Gotowe, następny punkt z listy.
Następnego dnia zadzwoniła Lucyna.
- I co? Kazałaś jej skasować?
- Jeszcze nie.
- Jak to jeszcze nie?
Nie umiałam jej wytłumaczyć, dlaczego „jeszcze nie". Sama nie do końca wiedziałam. Może dlatego, że w nocy, zanim zasnęłam, otworzyłam ten portal na swoim starym laptopie. Znalazłam swój profil. I zobaczyłam, że ktoś już napisał. Cztery wiadomości. Jedna od jakiegoś Ryszarda, lat siedemdziesiąt dwa, emerytowany kolejarz z Pruszkowa, który napisał: „Szanowna Pani, też lubię gotować, szczególnie grochówkę. Pozdrawiam serdecznie." I tyle. Żadnych serduszek, żadnych dwuznaczności. Grochówka.
Uśmiechnęłam się. I natychmiast się za ten uśmiech zezłościłam.
Bo Agnieszka nie miała prawa. Nie miała prawa decydować za mnie, wystawiać mnie na widok publiczny, traktować jak problem do rozwiązania. Nawet jeśli chciała dobrze. Nawet jeśli faktycznie dzwoniłam za często. Nawet jeśli ta grochówka Ryszarda sprawiła, że przez sekundę poczułam coś ciepłego w tym miejscu pod żebrami, które od trzech lat było zimne.
W piątek pojechałam do Agnieszki na Ursynów. Zawiozłam sernik, bo zawsze wożę sernik. Zosia otworzyła mi drzwi, już w piżamie, choć była dopiero szósta.
- Babciu! Tata mówi, że mama jest w kiepskim nastroju, więc mów cicho - szepnęła konspiracyjnie.
Agnieszka siedziała w kuchni nad stosem klasówek. Wyglądała na zmęczoną. Pod oczami sińce, włosy ściągnięte w niedbały kucyk. Na blacie resztki kolacji, talerz Zosi, kubek po kawie, zeszyt w kratkę z naklejoną na okładce tabelką dyżurów.
- Mamo, wiem, po co przyjechałaś - powiedziała, nie podnosząc wzroku. - I przepraszam. Powinnam zapytać. Wiem.
Postawiłam sernik na stole. Usiadłam naprzeciwko.
- Powinnaś - powiedziałam. - Ale masz rację, że za dużo dzwonię.
Podniosła głowę. W jej oczach było coś, czego dawno nie widziałam. Ulga? Wdzięczność? A może po prostu zmęczenie, które wreszcie mogło się pokazać.
- Nie skasowałam tego konta - dodałam.
- Wiem, mamo. Widzę logi.
- Widzisz logi? Szpiegujesz mnie?
- Mamo, to ja je założyłam, mam hasło. Widziałam, że Ryszard napisał o grochówce.
Patrzyłyśmy na siebie. Dwie kobiety, które nie umiały powiedzieć sobie tego, co powinny, więc mówiły o grochówce, logach i serniku.
- Odpisałaś mu? - zapytała Agnieszka.
Pokroiłam sernik na osiem kawałków. Nałożyłam jej na talerz. Taki, z jaśminami, jeszcze po Henryku. Przez chwilę milczałam.
- Jeszcze nie - powiedziałam. - Ale hasło mi zmień. I daj swoje własne.
Agnieszka uśmiechnęła się. Nie wiem, czy ten uśmiech oznaczał, że coś między nami się naprawiło. Może tylko tyle, że obie przyznałyśmy, że jest co naprawiać. Zjadła sernik. Ja nie zjadłam. Wracałam autobusem na Bielany i myślałam o Ryszardu z Pruszkowa, o grochówce, o tym zdjęciu z komunii Zosi. O tym, że moja córka wystawiła mnie na sprzedaż z miłości. I że nie wiem, co jest gorsze - że to zrobiła, czy że może miała rację.