Mąż co niedzielę woził kwiaty na grób swoich rodziców - sam, „żeby się przewietrzyć". Teraz sama kupuję znicze w kwiaciarni przy cmentarzu. Wczoraj pani zapytała, czemu nie biorę jak on dwóch wiązanek. „Zawsze dwie, jedna biała."

Stałam z tą jedną wiązanką chryzantem i poczułam, jak mi się nogi uginają. Biała wiązanka. Druga. Pani z kwiaciarni patrzyła na mnie znad okularów, czekając na odpowiedź, a ja nie mogłam wykrztusić ani słowa. Bo nagle wszystko, co przez dwadzieścia osiem lat niedzielnych wyjazdów Andrzeja wydawało się takie proste i oczywiste, rozpadło się na kawałki jak stary znicz na mrozie.

Andrzej odszedł w październiku. Zawał, w warsztacie, przy naprawie czyjegoś opla. Miał sześćdziesiąt jeden lat, ja pięćdziesiąt dziewięć. Trzydzieści dwa lata małżeństwa. Tak to się policzyło na pogrzebie, kiedy ksiądz mówił o wiernym mężu i ojcu. Stałam wtedy między naszymi synami - Kubą i Bartkiem - i myślałam, że wiem o tym człowieku wszystko. Każdy nawyk, każdą zmarszczkę, każdy dziwny przyzwyczajenie. Wiedziałam, że herbatę pije tylko z jedną łyżeczką cukru. Że nienawidzi koperku. Że w nocy zgrzyta zębami. Że co niedzielę jedzie na cmentarz do rodziców.

Jego mama, pani Stefania, umarła w dziewięćdziesiątym szóstym roku. Ojciec, Tadeusz, cztery lata później. Oboje leżeli na Junikowie w Poznaniu, bo tu się urodzili, tu żyli, tu ich pochowaliśmy. Andrzej od tamtej pory co tydzień jechał z kwiatami. „Jadę się przewietrzyć" - mówił, wkładając kurtkę. Czasem wracał po godzinie, czasem po dwóch. Spokojny, jakby faktycznie to powietrze pomagało. Nigdy nie prosiłam, żeby zabrał mnie ze sobą. On chciał być sam ze swoimi rodzicami - szanowałam to. Myślałam, że rozumiem.

Po pogrzebie Andrzeja zaczęłam sama jeździć na cmentarz. Nie co niedzielę - nie miałam samochodu, więc jechałam autobusem, kiedy mogłam. Zapalić znicz, poprawić kwiaty, powiedzieć mu parę słów w myślach. I przy okazji zaglądałam na grób teściów, bo to ten sam rząd, tylko kilkanaście miejsc dalej.

Kwiaciarnię przy bramie głównej prowadzi pani Lucyna. Drobna kobieta, zawsze w fartuchu w kwiaty, z twarzą jak z obrazka - niby surowa, a ciepła. Znała Andrzeja od lat. „Pani mąż to był stały klient" - powiedziała mi przy pierwszej wizycie po jego śmierci. „Zawsze w niedzielę, jak zegarek."

Kiwałam głową. Oczywiście, że wiedziałam.

Ale wczoraj pani Lucyna powiedziała coś, co zmieniło wszystko.

Przyszłam po znicze i jedną wiązankę - standardową, żółte chryzantemy, dla Andrzeja. Pani Lucyna zawinęła ją w papier, a potem się zawahała.

- A drugą? Białą? - zapytała odruchowo, jakby powtarzała wyuczoną formułkę. Potem się zreflektowała. - Ach, przepraszam. Pani mąż zawsze brał dwie. Jedną zwykłą i jedną białą. Myślałam, że pani wie.

- Białą? - powtórzyłam głupio. - Dla kogo białą?

Pani Lucyna zrobiła się czerwona. Odwróciła wzrok, zaczęła przestawiać doniczki na ladzie.

- Nie wiem, proszę pani. Ja tylko kwiaty sprzedaję. Ale białą wiązankę to on brał od... - policzyła w myślach - no, od wielu lat. Na pewno ponad dziesięć. Może piętnaście.

Piętnaście lat. Co niedzielę. Dwie wiązanki.

Wróciłam do domu z jedną wiązanką i rękami, które się trzęsły tak bardzo, że nie mogłam trafić kluczem do zamka. Usiadłam przy kuchennym stole - tym samym, przy którym jedliśmy tysiące posiłków - i próbowałam złożyć to w całość. Andrzej jechał na cmentarz. Kupował dwie wiązanki. Jedną kładł rodzicom. A drugą?

Zadzwoniłam do Kuby, bo Kuba jest tym spokojniejszym synem. Bartek by się od razu nakręcił.

- Mamo, tata jeździł do dziadków, to normalne - powiedział Kuba takim tonem, jakim mówi się do kogoś, kto przesadza. - Może druga wiązanka była dla kogoś z sąsiedniego grobu. Wiesz, jak on był. Pomagał wszystkim.

- Piętnaście lat, Kuba. Co tydzień.

Cisza w słuchawce. Potem westchnienie.

- To sprawdź. Jedź na cmentarz i popatrz, czy jest jakiś grób w pobliżu dziadków, na którym są białe kwiaty.

Pojechałam następnego dnia. Rano, kiedy cmentarz jest pusty i cichy, i słychać tylko ptaki w starych lipach. Przeszłam wzdłuż rzędu. Grób teściów - porządny, granitowy, z więdnącymi kwiatami, które sama przyniosłam dwa tygodnie temu. Popatrzyłam w lewo, w prawo. Nic szczególnego. Stare groby, niektóre zaniedbane, niektóre zadbane.

A potem zobaczyłam. Trzy rzędy dalej, na uboczu, pod rozłożystym klonem. Mały, skromny nagrobek z jasnego kamienia. Świeżych kwiatów nie było - Andrzej nie żył od pięciu miesięcy - ale stał na nim wyblakły biały znicz. I leżały resztki białych płatków, dawno uschnięte, jakby nikt ich nie sprzątnął od jesieni.

Przeczytałam napis. Imię. Nazwisko. Daty.

Kobieta. Zmarła czternaście lat temu. Miała trzydzieści osiem lat.

Nie znałam tego nazwiska. Nigdy go nie słyszałam. Andrzej nigdy go nie wymówił - a przynajmniej nie przy mnie.

Usiadłam na ławce naprzeciwko i siedziałam tam chyba godzinę. Myślałam o wszystkim i o niczym. O tym, jak Andrzej w niedzielne poranki ubierał czystą koszulę - zawsze czystą, nawet jeśli jechał „tylko na cmentarz". O tym, jak wracał cichszy niż zwykle, i jak ja to brałam za zadumę po wizycie u rodziców. O tym, jak raz - jedyny raz - widziałam u niego w oczach łzy i zapytałam co się stało, a on powiedział: „Nic, Bożena, po prostu tęsknię za starymi."

Mogłam zacząć szukać. Dowiedzieć się, kim była ta kobieta. Mogłam przejrzeć stary telefon Andrzeja, który leży w szufladzie pod rachunkami za prąd. Mogłam pytać jego kolegów z warsztatu. Mogłam pojechać do urzędu stanu cywilnego.

Ale co bym znalazła? I czy chciałam znaleźć?

Zadzwoniłam do Kuby wieczorem. Powiedziałam mu o grobie. Znów cisza. Potem:

- Mamo, tata nie żyje. Cokolwiek to było - nie żyje. Może to była koleżanka. Może ktoś, komu pomógł. Nie musisz wiedzieć wszystkiego.

- Piętnaście lat, Kuba - powtórzyłam. - Piętnaście lat białych wiązanek.

Bartek, kiedy się dowiedział, zareagował inaczej. Chciał jechać na cmentarz, spisać dane, szukać w internecie. „Mamy prawo wiedzieć" - mówił z tym swoim kategorycznym tonem. Poprosiłam, żeby tego nie robił. Jeszcze nie teraz.

Dziś jest niedziela. Pierwsza niedziela, odkąd wiem. Stoję przed kwiaciarnią pani Lucyny i patrzę na białe róże w wiadrze przy wejściu. Mam w ręku jedną wiązankę żółtych chryzantem. Dla Andrzeja.

Pani Lucyna patrzy na mnie zza lady i nic nie mówi. Czeka.

Wyciągam rękę po białe róże, a potem cofam dłoń. I znów wyciągam. I nie wiem - naprawdę nie wiem - czy chcę je położyć na tamtym grobie, żeby zrozumieć mojego męża. Czy raczej po to, żeby go jeszcze raz stracić.

Stoję i nie mogę się ruszyć. Bo przez trzydzieści dwa lata myślałam, że znam tego człowieka. A teraz wiem tylko tyle, że co niedzielę kupował dwie wiązanki. I że jedna była biała.