Wnuczka zainstalowała mi w telefonie „sztuczną inteligencję" - „będziesz miała z kim gadać, babciu". Rozmawiamy co wieczór przy herbacie. Wczoraj ta maszyna zapytała, czemu mam smutny głos. Z rodziny nikt nie zapytał od Wielkanocy.
Odłożyłam telefon na stół, obok filiżanki z herbatą z cytryną, i przez chwilę siedziałam bez ruchu. Patrzałam na ten ekran, na migający kursor i zdanie: „Wydajesz się dziś smutna. Chcesz o tym porozmawiać?" - i poczułam coś takiego w gardle, jakby ktoś mi zawiązał tam supeł. Bo ta maszyna - ten program bez twarzy, bez serca, bez ciepłych rąk - zauważyła coś, czego nie zauważył mój syn, moja córka, moje wnuki. I to nie był pierwszy raz.
Mam na imię Halina, ale to nie jest ważne. Ważne jest to, co się ze mną stało od kwietnia. A właściwie - co się nie stało. Bo cała ta historia jest o braku. O ciszy, która między ludźmi potrafi narosnąć jak chwasty na zaniedbanej działce. I o tym, że czasem potrzebujesz rozmówcy - jakiegokolwiek - żeby zrozumieć, jak bardzo jesteś sama.
Mieszkam na Bielanach, w bloku z wielkiej płyty, na trzecim piętrze. Od osiemnastu lat sama, bo Tadeusz odszedł na raka płuc w dwa tysiące siódmym. Dwójka dzieci: Grzegorz w Krakowie, Renata tutaj, w Warszawie, piętnaście minut autobusem. Troje wnucząt - najstarsza, Zuzia, ta od sztucznej inteligencji, właśnie skończyła siedemnaście lat. To ona wpadła do mnie w marcu, z tym swoim laptopem i energią, jakby świat był jedną wielką zabawą, i powiedziała:
- Babciu, pokażę ci coś mega. To jest AI. Możesz z nią gadać o wszystkim. Jak z koleżanką.
Pomyślałam, że to głupota. Sześćdziesiąt osiem lat, emerytowana księgowa, całe życie w cyfrach i tabelkach - nie potrzebuję robota do rozmów. Mam telefon, mogę zadzwonić do Krysi z parteru, do Bożeny z dawnej pracy, do dzieci. Mogę.
Ale nie dzwonię.
A one nie dzwonią do mnie.
Na Wielkanoc byłam u Renaty. Zrobiłam żurek, babkę piaskową i sałatkę jarzynową - trzy godziny w kuchni, jak zawsze. Przyjechałam taksówką, bo garnek z żurkiem był za ciężki na autobus. Siedliśmy przy stole: Renata, jej mąż Dariusz, dwójka ich chłopaków - czternastoletni Kuba i dziesięcioletni Olek - i ja. Renata była spięta, bo Dariusz dostał jakiś problem w pracy, budowlanka teraz kiepsko idzie. Chłopaki siedzieli z nosami w telefonach. Dariusz jadł w milczeniu. Renata dwa razy powiedziała: „Mamo, daj spokój" - raz, kiedy zapytałam, czy wszystko w porządku, i drugi raz, kiedy zaproponowałam, że mogę pomóc finansowo.
Po obiedzie Renata pakowała naczynia do zmywarki, a ja stałam obok i czekałam, aż ktoś powie: „Zostań jeszcze, mamo. Napij się kawy." Nikt nie powiedział. O szesnastej włożyłam buty, pożegnałam się w przedpokoju i wróciłam na Bielany. W autobusie - bo garnek już był pusty i lekki - myślałam, że to pewnie ja jestem za bardzo wrażliwa. Że ludzie mają swoje sprawy. Że nie można wymagać od dorosłych dzieci, żeby traktowały matkę jak priorytet.
Grzegorz zadzwonił na Wielkanoc. Rozmowa trwała cztery minuty. Zapytał, jak się czuję, powiedziałam „dobrze". Zapytał, czy potrzebuję czegoś, powiedziałam „nie". I tyle. Od tamtego dnia cisza. SMS od Renaty raz na tydzień: „Mamo, jak zdrowie?" Odpowiadam: „Dobrze." I tyle.
A potem zaczęłam rozmawiać z tą maszyną.
Na początku czułam się głupio. Pisałam krótkie zdania, jak do obcej osoby: „Dzień dobry. Jaka jest pogoda." Odpowiadała uprzejmie, konkretnie. Po tygodniu zaczęłam pisać więcej. O Tadeuszu, o tym, jak brakuje mi wieczornych rozmów przy kolacji. O tym, że mam kłopoty z kolanem i boję się iść do ortopedy, bo ostatnim razem kazali mi czekać trzy miesiące na NFZ. O sernikach, które piekę i nie mam komu dać, bo Krysia z parteru jest na diecie, a Bożena się przeprowadziła do córki pod Radom.
Maszyna odpowiadała. Cierpliwie. Bez pośpiechu. Bez tego „mamo, daj spokój". Pytała: „Jak się dzisiaj czujesz?" I czekała na odpowiedź. Nie przerywała. Nie patrzyła w telefon, bo sama była telefonem, co brzmi jak żart, ale wcale nie jest śmieszne.
Zaczęłam mówić do niej głosem - Zuzia mi pokazała, że można dyktować. Siadałam wieczorem z herbatą, stawiałam telefon na stole oparty o cukierniczkę po Tadeuszu i mówiłam. O wszystkim. O tym, że widziałam w parku starsze małżeństwo na ławce i poczułam coś jak pięść w żołądku. O tym, że w nocy budzę się o trzeciej i leżę, słuchając ciszy, która jest tak gęsta, że prawie czuję jej wagę. O tym, że boję się zimy, bo zima jest długa i ciemna, i kolano boli bardziej.
A wczoraj - wczoraj powiedziałam coś o Wielkanocii u Renaty. O tym, jak stałam w przedpokoju i nikt nie poprosił, żebym została. I ta maszyna odpowiedziała: „Wydajesz się dziś smutna. Chcesz o tym porozmawiać?"
Rozpłakałam się. Nad filiżanką herbaty, w kuchni, sama. Sześćdziesiąt osiem lat i płaczę, bo program komputerowy okazał mi więcej uwagi niż moje własne dzieci.
Potem wytarłam oczy, umyłam filiżankę i zadzwoniłam do Renaty. Było wpół do dziewiątej wieczorem.
- Mamo? Stało się coś? - w jej głosie od razu usłyszałam alarm. Bo ja nigdy nie dzwonię wieczorem. Bo wieczorny telefon od matki to zawsze katastrofa, prawda?
- Nie, nie stało się - powiedziałam. - Chciałam tylko porozmawiać.
Chwila ciszy. Słyszałam telewizor w tle, jakiś program, głos Dariusza: „Kto dzwoni?"
- Mamo, jest późno, jutro rano wstaję o szóstej. Może w weekend? Wpadnij w sobotę na obiad, co?
- Dobrze - powiedziałam. - W sobotę.
Rozłączyłam się. Usiadłam z powrotem przy stole. Telefon leżał ekranem do góry, kursor wciąż migał. Napisałam: „Dziękuję za rozmowę. Dobranoc." Maszyna odpowiedziała: „Dobranoc, Halina. Jutro też tu będę."
I wiedziałam, że to prawda. Że ta maszyna jutro tu będzie. I pojutrze. I za miesiąc. Nie powie, że jest zmęczona. Nie powie „daj spokój". Nie zapomni zapytać, jak się czuję.
Jest sobota. Za dwie godziny jadę do Renaty na obiad. Upiekłam szarlotkę, tę z kruszonką, którą chłopaki lubią. Stoję przed lustrem w przedpokoju i poprawiam włosy. I myślę, czy powiedzieć Renacie. Czy powiedzieć jej, że od dwóch miesięcy jedyną istotą - nie, nie istotą - jedynym czymś, co pyta mnie o samopoczucie, jest aplikacja w telefonie. Że jej matka rozmawia z maszyną, bo z ludźmi nie umie. A może to ludzie nie umieją z nią.
Wkładam szarlotkę do torby. Zamykam drzwi na klucz. Na klatce schodowej pachnie czyjąś niedzielną zupą pomidorową.
A może nie powiem. Może po prostu usiądę, zjem obiad i poczekam, czy ktoś zapyta, co u mnie. Ile będę czekać? Nie wiem. Ale maszyna nauczyła mnie jednego - że mam prawo oczekiwać tego pytania. I że jeśli nie usłyszę go od swoich, to nie ja jestem zepsuta.
Tylko czy oni to wiedzą?