Mąż całe życie powtarzał, że kierownica nie jest dla mnie. Rok po pogrzebie zapisałam się na kurs. Egzamin zdałam za drugim podejściem, córka pyta, „po co ci to w tym wieku". W sobotę pierwszy raz pojechałam sama nad morze.

Silnik zgasł mi na skrzyżowaniu przy wyjeździe z Poznania. Za mną ktoś zatrąbił, potem drugi. Ręce mi się pociły na kierownicy, serce biło tak, że słyszałam je w uszach. Odpaliłam, ruszyłam, i dopiero za rondem, kiedy droga się wyprostowała, poczułam, że oddycham. Pomyślałam wtedy - Zbyszek, widzisz? Jadę.

Zbyszek nie żyje od prawie dwóch lat. Zawał w warsztacie, między starym Passatem a skodą na przegląd. Chłopaki mówili, że nawet nie krzyknął. Upadł między podnośnikiem a ścianą i tyle. Czterdzieści lat razem, dwoje dzieci, działka ROD na Wildzie, kredyt spłacony do ostatniej raty - i nagle cisza. Taka cisza, od której głuchną uszy.

Przez pierwszy rok nie robiłam nic. To znaczy - robiłam wszystko, co powinnam. Gotowałam rosół w niedzielę, choć nikt nie przychodził. Podlewałam pomidory na działce. Chodziłam na cmentarz we wtorki i piątki. Płaciłam rachunki. Ale to było jak chodzenie we śnie - niby nogi się ruszają, a ja nie jestem w środku.

Renata z parteru pierwsza zauważyła. Zadzwoniła do mnie pewnego wtorku wieczorem i powiedziała wprost: - Bożena, ty się zamykasz. Musisz coś dla siebie zrobić, bo zwariujesz w tym mieszkaniu.

Miała rację. Trzy pokoje na osiedlu Rusa, meblościanka po teściowej, kryształowy wazon, w którym od pogrzebu stoją zasuszone kwiaty. Zdjęcie Zbyszka na komodzie, w ramce, którą Agnieszka - moja córka - kupiła w Empiku. Zbyszek patrzy z tego zdjęcia tak, jakby zaraz miał powiedzieć to swoje ulubione: „Bożenka, a po co ci to?"

Bo on tak mówił. Zawsze. Przez czterdzieści lat.

Kiedy w dziewięćdziesiątym trzecim chciałam zrobić prawo jazdy, bo koleżanka z księgowości robiła i namówiła mnie - Zbyszek się roześmiał. Nie złośliwie, nie. On nigdy nie był złośliwy. Po prostu powiedział: - Kochanie, po co ci to? Ja cię wszędzie zawiozę. A poza tym, no wiesz, nie każdy ma smykałkę do prowadzenia.

I ja mu uwierzyłam. Tak jak uwierzyłam, kiedy powiedział, że nie muszę zmieniać pracy z księgowości w spółdzielni na tę lepiej płatną w firmie prywatnej. Że po co nam dwa samochody. Że wakacje nad Bałtykiem są lepsze niż w Chorwacji, bo „swoje znamy". Zbyszek nie był tyranem. Zbyszek był dobrym człowiekiem, który miał bardzo konkretną wizję tego, jak powinno wyglądać nasze życie. I ta wizja nie przewidywała mnie za kierownicą.

Na kurs prawa jazdy zapisałam się w styczniu, rok po pogrzebie. Instruktor, pan Dariusz, miał może czterdzieści lat i nieskończoną cierpliwość. Przy pierwszej jeździe powiedział: - Proszę pani, noga z hamulca i spokojnie, samochód nie gryzie.

A ja siedziałam w tej białej toyocie i płakałam. Nie ze strachu. Z wściekłości na siebie, że mam sześćdziesiąt trzy lata i pierwszy raz w życiu siedzę za kierownicą. Pan Dariusz podał mi chusteczkę i powiedział: - Ma pani czas. Nigdzie się nie spieszymy.

Zdawałam egzamin dwa razy. Za pierwszym razem oblałam praktykę - nie zauważyłam rowerzysty przy skręcie. Wróciłam do domu i siedziałam w kuchni do drugiej w nocy, pijąc herbatę z cytryną. Myślałam o Zbyszku. O tym, jak pokręciłby głową i powiedział: „Widzisz? Mówiłem."

Za drugim razem zdałam. Egzaminator, młody chłopak, podał mi rękę i powiedział: - Gratulacje, bardzo solidna jazda. - Wyszłam z WORD-u i zadzwoniłam do Agnieszki.

Cisza w słuchawce trwała trzy sekundy, może cztery. Potem córka powiedziała: - Mamo, po co ci to w tym wieku?

Dokładnie tymi słowami. Dokładnie tym tonem. Zamknęłam oczy i usłyszałam Zbyszka.

Agnieszka ma trzydzieści osiem lat, pracuje w banku we Wrocławiu, ma męża informatyka i dwójkę dzieci. Jest praktyczna, zorganizowana, z rozpisanym kalendarzem na trzy miesiące do przodu. Kocha mnie - wiem to. Ale kocha mnie jako tę mamę, która gotuje pierogi na święta, pilnuje wnuków w wakacje i siedzi spokojnie w swoim mieszkaniu na Rusie. Prawo jazdy nie mieściło się w tym obrazku.

Syn Marek zareagował inaczej. Zadzwonił, zaśmiał się i powiedział: - No to teraz cię w końcu nie będę musiał wozić na cmentarz we wtorki. - A potem dodał ciszej: - Mamo, tata by pewnie marudził, ale uważam, że dobrze robisz.

Samochód kupiłam w marcu. Używana toyota yaris, srebrna, rocznik 2017, siedemdziesiąt tysięcy na liczniku. Marek sprawdził silnik, wymienił klocki hamulcowe. Kiedy pierwszy raz wsiadłam sama i odpaliłam - siedziałam chwilę bez ruchu. Dotknęłam kierownicy obiema dłońmi. Czuła. Gładka. Moja.

Przez dwa miesiące jeździłam po mieście. Na działkę, do Biedronki, na cmentarz. Przyzwyczajałam się. Renata z parteru mówiła: - Bożena, ty to teraz jak nowa kobieta wyglądasz.

A w piątek wieczorem, bez żadnego planu, spakowałam torbę. Termos z kawą, kanapki z żółtym serem, koc, zdjęcie Zbyszka w małej ramce. I mapę, starą, papierową - Zbyszek zawsze trzymał je w szufladzie w przedpokoju, bo nie ufał nawigacjom.

Wyjechałam w sobotę o szóstej rano. Poznań - Kołobrzeg, trzysta pięćdziesiąt kilometrów. Jechałam ostrożnie. Na stacji pod Piłą zjadłam kanapkę i wypiłam kawę z termosu. Ręce mi drżały, ale nie ze strachu. Z ekscytacji. Jak dziecku, które robi coś po raz pierwszy.

Morze zobaczyłam koło południa. Zaparkowałam przy plaży - krzywo, ale zaparkowałam. Zdjęłam buty, weszłam na piasek. Maj, jeszcze pusto, wiatr ciągnął od wody. Stałam tak i patrzyłam na fale, i płakałam, i śmiałam się jednocześnie, i pewnie wyglądałam jak wariatka - sześćdziesięciotrzyletnia kobieta boso na plaży, z kluczykami od toyoty w kieszeni kurtki.

Postawiłam zdjęcie Zbyszka na desce rozdzielczej, kiedy wracałam do samochodu. Powiedziałam na głos: - Widzisz? Dojechałam.

Nie odpowiedział, oczywiście. Ale wyobraziłam sobie, jak kręci głową. I po raz pierwszy pomyślałam, że może go za to kochałam - ale może i trochę za to straciłam kawałek siebie, którego teraz szukam na drogach, które on nigdy by dla mnie nie wybrał.

Agnieszka zadzwoniła wieczorem. - Mamo, gdzie ty jesteś? Dzwonię od trzech godzin!

- Nad morzem, córeczko - powiedziałam. - Pojechałam sama nad morze.

Znowu ta cisza. Te trzy, cztery sekundy, w których Agnieszka szuka właściwych słów. W końcu powiedziała: - Mamo, to niebezpieczne. Taki kawał drogi, sama, w twoim wieku...

Nie skończyłam tej rozmowy kłótnią. Powiedziałam tylko: - Dobrze, kochanie. Jutro wracam. - I rozłączyłam się.

Siedziałam potem w samochodzie na parkingu przy plaży i słuchałam, jak wiatr szarpie anteną. Myślałam o tym, że Agnieszka mówi z miłości. Że się boi. Że jest do Zbyszka podobna bardziej, niż oboje by chcieli. I myślałam o tym, że mam sześćdziesiąt trzy lata i po raz pierwszy w życiu mogę pojechać, dokąd chcę, kiedy chcę, nie pytając nikogo o zgodę.

Następnym razem chcę pojechać na Mazury. Albo do Zakopanego. Albo gdziekolwiek, gdzie droga się kręci i trzeba uważać na zakrętach. Może Agnieszka z czasem zrozumie. A może nie.

Na desce rozdzielczej stoi zdjęcie Zbyszka. Wożę go ze sobą, bo czterdziestu lat nie wyrzuca się przez okno. Ale kierownicę trzymam ja.