Wnuk trzeci rok „studiuje" w Krakowie - co miesiąc wysyłam mu czterysta złotych. W maju, wracając od siostry, weszłam tam do sklepu po wodę. Przy kasie siedział mój wnuk, w firmowej koszulce. „Babciu, mama prosiła, żeby ci nie mówić. Rzuciłem rok temu."
Butelka wody wyślizgnęła mi się z ręki i potoczyła po podłodze, aż uderzyła w regał z chipsami. Bartek wstał zza kasy, podniósł ją, otarł o spodnie i podał mi z takim gestem, jakby to był najzwyklejszy dzień na świecie. A ja stałam i nie mogłam złapać powietrza, bo nagle wszystko - te przelewy, te telefony w niedzielę wieczorem, te zdawkowe „babciu, zaliczenia idą okej" - ułożyło się w jedno wielkie kłamstwo.
- Usiądź, babciu - powiedział cicho i przysunął mi plastikowe krzesełko. - Zaraz kończę zmianę. Pogadamy.
Nie usiadłam. Stałam jak wrośnięta i patrzyłam na tę koszulkę z logo sieci, na identyfikator z napisem „Bartosz K., kasjer", na jego ręce, które kiedyś prowadziłam do pierwszej komunii - a teraz skanowały kody kreskowe.
Mam na imię Halina, skończyłam sześćdziesiąt siedem lat i całe życie byłam przekonana, że jedno wiem na pewno: w mojej rodzinie nie kłamie się babci. Tak mnie wychowano w Tarnowie, tak wychowałam córkę Renatę, tak miało być z Bartkiem. A jednak.
Czterdzieści lat przepracowałam na poczcie - najpierw przy okienku, potem w sortowni, na koniec jako zastępczyni naczelniczki. Wiem, ile kosztuje każda złotówka. Z emerytury dostaję dwa tysiące trzysta. Te czterysta dla Bartka to nie był grosz - to było wyrzeczenie. Rezygnowałam z sanatorium, z lepszych leków na kolano, z wymiany okien, które zimą puszczają na stykach. Bo wnuk studiuje informatykę, bo to inwestycja w przyszłość, bo „babciu, jak skończę, to ci wszystko oddam".
Bartek był moim oczkiem w głowie od zawsze. Renata urodziła go, kiedy miała dwadzieścia trzy lata, z Dariuszem, który się potem okazał lepszym kolegą od piwa niż ojcem. Rozwód, alimenty płacone przez kwartał, potem cisza. Renata dźwigała to sama - uczyła w podstawówce polskiego, dorabiała korepetycjami. A ja pomagałam, jak mogłam. Bartek od małego przychodził do mnie na obiad po szkole, odrabiał lekcje przy moim stole w kuchni, zjadał drugie danie i kompot. Był zdolny. Naprawdę zdolny. Matura na osiemdziesiąt procent z matmy, przyjęty na informatykę na AGH. Renata płakała ze szczęścia, ja też.
Pierwszy rok szedł normalnie - dzwonił co tydzień, przyjeżdżał na Wigilię, opowiadał o wykładach, o akademiku na Miasteczku Studenckim. Nawet zdjęcia mi pokazywał. Drugi rok - telefony rzadsze, ale przecież dorosły chłopak, myślałam. Zajęty. Ma swoje życie. Renata mówiła: „Mamo, daj mu spokój, nie dzwoń codziennie". No to dawałam spokój.
A potem stałam w tym sklepie przy Dietla i patrzyłam na wnuka w firmowej koszulce, i cały ten spokój szlag trafił.
Bartek skończył zmianę o szesnastej. Czekałam na zewnątrz na ławce, trzymając tę nieszczęsną wodę, której nawet nie otworzyłam. Usiadł obok. Pachniał inaczej niż zwykle - nie akademikiem, nie młodością, tylko sklepem, plastikiem, klimatyzacją.
- Opowiadaj - powiedziałam. - Wszystko.
I opowiedział. Że po pierwszym roku oblał trzy egzaminy. Że powtarzał semestr, ale nie dał rady. Że programowanie okazało się czymś zupełnie innym, niż sobie wyobrażał. Że wstydził się tak strasznie, że nie potrafił mi powiedzieć. Że poszedł do Renaty, a Renata powiedziała: „Bartku, babcia tego nie przeżyje, nie mów jej na razie".
- Na razie - powtórzyłam. - Rok temu rzuciłeś. Na razie to jest rok.
Milczał. Patrzył na chodnik, na gołębie przy śmietniku, na tramwaj skręcający na Starowiślną. Gdziekolwiek, byle nie na mnie.
- A pieniądze? - zapytałam, chociaż nie chciałam znać odpowiedzi.
- Odkładam - powiedział szybko. - Prawie wszystko. Mam na koncie... babciu, mogę ci oddać.
- Odkładasz - powtórzyłam. - Moje czterysta złotych, które wysyłam ci na książki i jedzenie, ty odkładasz.
Nie podniósł głosu. Nie tłumaczył się. Powiedział tylko: „Przepraszam, babciu". I to „przepraszam" było takie ciche, takie dziecinne, jakby znowu miał osiem lat i rozbił mi wazon z kredensu.
Wróciłam do Tarnowa ostatnim pociągiem. Całą drogę nie płakałam - byłam za bardzo zła, żeby płakać. Ale kiedy otworzyłam drzwi mieszkania i zobaczyłam na lodówce zdjęcie Bartka w birecie z rozdania indeksów, coś we mnie pękło. Zdjęłam to zdjęcie i schowałam do szuflady. Pod rachunkami za prąd.
Do Renaty zadzwoniłam następnego dnia rano. Podniosła po trzecim sygnale, jak zawsze, tym swoim pogodnym głosem nauczycielki: „Cześć, mamo, jak u cioci Krysi?".
- Byłam w Krakowie - powiedziałam. - Widziałam Bartka. W sklepie.
Cisza. Długa. Słyszałam, jak Renata oddycha, jak odkłada coś na blat, jak siada.
- Mamo, ja chciałam ci powiedzieć, ale...
- Ale co, Renata? Bałaś się, że umrę ze zgryzoty? To miałam umrzeć z głupoty? Wysyłać pieniądze, których nie mam, na studia, których nie ma?
- Bartek prosił, żebym dała mu czas. Mówił, że sam ci powie, jak się ustabilizuje. Że znajdzie coś lepszego, że może wróci na studia...
- A ty mu uwierzyłaś? Ty, jego matka, uwierzyłaś, że kłamanie babci to jest „danie sobie czasu"?
Renata się rozpłakała. A ja odłożyłam słuchawkę, bo wiedziałam, że jak będę słuchać dalej, to powiem rzeczy, których nie da się cofnąć.
Minął tydzień. Bartek pisał SMS-y - „Babciu, przepraszam", „Babciu, pogadajmy", „Babciu, odbieram telefon o każdej porze". Nie odpowiadałam. Renata też dzwoniła. Nie odbierałam. Siostra Krysia z Krakowa, która najwyraźniej wiedziała jako ostatnia, zadzwoniła z pretensją: „Halina, nie przesadzaj, chłopak jest młody, pogubił się".
Nie chodziło o studia. Niech rzuca, niech pracuje w sklepie, niech będzie kasjerem, hydraulikiem, niech zbiera truskawki - nie mnie oceniać, czym się zajmuje. Chodziło o kłamstwo. O to, że we troje - Bartek, Renata, pewnie i Krysia - zdecydowali, że Halina jest za stara albo za słaba, żeby usłyszeć prawdę. Że trzeba ją trzymać w bańce. Że babcia niech sobie wysyła te swoje czterysta złotych i niech się cieszy, że wnuczek zdobywa dyplom.
Po dwóch tygodniach przyjechała Renata. Bez zapowiedzi. Stała pod drzwiami z siatką, w której był sernik - mój ulubiony, z rodzynkami, pieczony w foremce po mojej mamie. Wiedziała, co robi.
- Wejdź - powiedziałam.
Usiadłyśmy w kuchni. Herbata z cytryną, sernik na talerzykach w kwiatki. Jak tysiąc razy przedtem. Tylko że między nami leżało coś nowego - puste miejsce na lodówce, gdzie kiedyś było zdjęcie Bartka.
Renata patrzyła na to miejsce długo.
- Mamo - zaczęła cicho - ja się bałam. Nie o ciebie. O siebie. Że pomyślisz, że źle go wychowałam. Że zmarnowałam szansę. Że Dariusz miał rację, że jestem za miękka.
Patrzyłam na nią. Na moją pięćdziesięcioletnią córkę, która uczyła polskiego trzydzieści lat, która ciągnęła dom na swoich barkach, która teraz siedziała przede mną ze spuszczoną głową, jakby znowu miała dwanaście lat i dostała dwóję z dyktanda.
Mogłam powiedzieć: „Rozumiem". Mogłam ją przytulić. Mogłam powiedzieć, że każdy popełnia błędy. Ale nie powiedziałam. Bo jeszcze nie byłam na to gotowa i nie chciałam kłamać - dość było kłamstw w tej rodzinie.
Kroiłam sernik w milczeniu. Renata piła herbatę. Na klatce schodowej sąsiadka kłóciła się z listonoszem o awizo.
- Bartek chce przyjechać w niedzielę - powiedziała Renata w końcu.
Odłożyłam nóż. Przelew na czterysta złotych miał wyjść za trzy dni - zlecenie stałe, jak co miesiąc. Mogłam je anulować. Mogłam zostawić. Jeszcze nie wiedziałam, co zrobię z przelewem, z niedzielą, ze zdjęciem w szufladzie.
Wiedziałam tylko, że sernik Renaty smakował tak samo jak zawsze. I że to mnie bolało najbardziej.