Zadzwoniłam do córki, że mam gorączkę i wolałabym dziś nie brać małych. Godzinę później stali w drzwiach: „Mamo, oni już przechorowali, nic im nie będzie". O piątej przyszedł SMS: „Podasz im obiad? Wrócimy głodni".

Termometr pokazywał trzydzieści osiem i cztery. Sprawdziłam dwa razy, bo nie wierzyłam, że to cokolwiek zmieni. Nie zmieniło. Ania przyjechała z dziećmi, postawiła torbę z ubraniami na zmianę w przedpokoju i pocałowała mnie w czoło - tym samym ruchem, którym ja całowałam ją, kiedy jako mała przynosiła mi laurki na Dzień Matki. Tylko że tamte pocałunki nie były po to, żeby sprawdzić, czy faktycznie mam gorączkę.

„Nie wyglądasz aż tak źle" - powiedziała, rozwiązując Olkowi buty. Mała Hania już biegła do salonu, bo wiedziała, że w szufladzie pod telewizorem trzymam kredki. Sześćdziesiąt dwa lata życia, trzydzieści osiem lat w księgowości zakładu mięsnego w Poznaniu, emerytura od roku. I dopiero teraz zaczęłam się zastanawiać, kiedy moje „nie" przestało znaczyć „nie".

Ania ma trzydzieści cztery lata i pracuje z Darkiem w firmie eventowej. Oboje pędzą. Zawsze pędzą. Widzę to, rozumiem, sama przez lata łączyłam etat z domem i Anią, która miała astmę i co drugi miesiąc lądowała u lekarza. Wtedy nie było babci na telefon - moja mama mieszkała pod Krotoszynem i sama ledwo chodziła po udarze. Radziłam sobie. Ale może właśnie dlatego Ania uważa, że radzenie sobie jest czymś, co kobiety w naszej rodzinie mają w genach. Że babcia to taki ZUS - zawsze wypłaca, nigdy nie odmawia.

Ten SMS o piątej - „Podasz im obiad? Wrócimy głodni" - przeczytałam trzy razy. Najpierw pomyślałam: dobrze, ugotuję. Potem zobaczyłam, że ręce mi się trzęsą nie ze złości, ale z gorączki. A potem przyszło to trzecie czytanie, najgorsze, bo przy nim usiadłam na taborecie w kuchni i poczułam coś, czego nie chciałam czuć. Poczułam, że jestem przezroczysta.

Olkowi zrobiłam kanapki z żółtym serem i pokrojoną papryką, Hani podgrzałam wczorajszy rosół. Stałam przy kuchence z głową ciężką jak po dwóch butelkach wina i myślałam o tym, jak rok temu, kiedy przeszłam na emeryturę, Ania powiedziała: „Nareszcie będziesz miała czas dla siebie, mamo". Te słowa wisiały w powietrzu może trzy tygodnie. Potem zaczął się grafik. Poniedziałek - Olek od wpół do ósmej, bo Ania ma spotkanie z klientem. Środa - oboje od dwunastej, bo przedszkole skrócone. Piątek - „mogłabyś odebrać?". Sobota - „tylko na chwilę, wpadniemy po nich przed szóstą".

Kocham te dzieci. Muszę to powiedzieć wyraźnie, bo inaczej ktoś pomyśli, że jestem potworem. Kocham Olka, który ma sześć lat i pyta mnie, dlaczego zegar chodzi, skoro nie ma nóg. Kocham Hanię, która ma cztery lata i przytula się do mnie tak mocno, jakbym była jedynym stałym punktem w jej małym świecie. Może zresztą jestem. Ale miłość i zmęczenie to nie są przeciwieństwa. Mogą mieszkać w jednym człowieku, w jednym pokoju, nad jednym talerzem rosołu.

Darek wrócił po dziewiątej. Ania nie wróciła wcale - napisała, że „wpadła jeszcze do Magdy na chwilę". Darek zabrał dzieci, przy drzwiach powiedział: „Dzięki, teściowa" i mrugnął. Lubię Darka. Jest ciepły, zabawny, naprawdę kocha Anię. Ale kiedy mówi „dzięki, teściowa", to słyszę echo tego samego mechanizmu - babcia ogarnie, babcia jest, babcia nie powie nie.

Następnego dnia gorączka spadła, ale coś innego nie spadło. Coś, co rosło we mnie od miesięcy, może od początku emerytury. Zadzwoniłam do Krystyny, koleżanki z dawnej pracy. Krystyna ma sześćdziesiąt pięć lat, troje wnuków i charakter jak tarka do sera - ostra, ale niezbędna w kuchni.

„Wiesz co, Bożena" - powiedziała, gdy jej opowiedziałam - „ja swoim wystawiłam rachunek. Nie dosłownie, nie wariuj. Ale usiadłam i powiedziałam: kocham was i kocham małych, ale nie jestem drugim przedszkolem. Mam swoje zdrowie, swoje sprawy, swój czas. I wiesz, co usłyszałam?"

„Co?"

„Że jestem egoistka. Przez dwa tygodnie syn nie dzwonił. A potem przyszedł z kwiatami i powiedział, że ma mi dużo do powiedzenia. I od tamtej pory dzwoni, zanim przyjedzie. Pyta, czy mogę. Jak nie mogę, to mówi: dobrze, mamo, poradzimy sobie. I radzą sobie."

Słuchałam tego i czułam, jak mnie ściska w gardle. Bo ja nie umiałam tego powiedzieć. Przez trzydzieści osiem lat w księgowości rozliczałam każdy grosz, każdą fakturę, każdy druk ZUS do grosza. A we własnym domu nie umiałam rozliczyć swoich potrzeb. Nie umiałam powiedzieć: dzisiaj nie mogę, i nie dodawać do tego „przepraszam".

W czwartek Ania zadzwoniła jak zwykle - lekko, szybko, jakby umawiała się na kawę, nie oddawała dzieci.

„Mamo, jutro piątek, weźmiesz małych od dwunastej?"

I wtedy powiedziałam to. Spokojnie, ale mocno, jak wtedy gdy zamykałam roczne bilanse i wiedziałam, że cyfry się zgadzają.

„Aniu, muszę z tobą porozmawiać. Nie przez telefon. Przyjdź do mnie w sobotę, sama. Bez dzieci."

Cisza. Trzy sekundy, może cztery, ale w tej ciszy zmieściło się wszystko - zdziwienie, może irytacja, może strach. Nie wiem, co Ania pomyślała. Wiem, co powiedziała.

„Coś się stało?"

„Tak. Chyba tak."

„Mamo, straszysz mnie."

„Nie straszę. Po prostu chcę porozmawiać."

Zgodziła się. Rozłączyłam się i usiadłam w kuchni, w tym samym miejscu co wtedy, z gorączką. Herbaciany kubek stał na stole - ten z napisem „Najlepsza Babcia", który Olek wybrał mi na Dzień Babci. Obróciłam go napisem do ściany. Nie dlatego, że nie chcę być babcią. Ale dlatego, że chcę być też kimś więcej.

Sobota jeszcze nie nadeszła. Nie wiem, co powiem Ani. Nie wiem, czy znajdę właściwe słowa, czy zaczniemy od krzyku, czy od ciszy. Nie wiem, czy Ania usłyszy matkę, która ją kocha, czy egoistczyny rachunek wystawiony za opiekę nad wnukami. Wiem jedno - ten kubek będzie stał na stole, kiedy przyjdzie. I chcę, żeby zobaczyła, że odwróciłam go napisem do ściany. I żeby zapytała dlaczego.

Bo może od tego pytania się zacznie coś, na co czekam od roku. Rozmowa, w której nie będę tylko babcią.