Syn pomógł mi złożyć wniosek o rentę wdowią - „należy ci się po tacie, mamo". Od marca dostaję czterysta złotych więcej. I od marca syn co miesiąc wyciąga rękę: „przecież to tatowe pieniądze, a tata by chciał pomagać nam, nie tobie".
Pierwszego kwietnia myślałam, że żartuje. Stał w przedpokoju, jeszcze w kurtce, z kluczami w ręku - bo klucze do mojego mieszkania ma od zawsze - i powiedział to lekko, jakby prosił o szklankę wody. „Mamo, te czterysta złotych z renty, odłożyłaś? Bo nam by się przydało na raty za samochód." Zaśmiałam się. Naprawdę się zaśmiałam. A Darek nawet nie mrugnął.
Mam na imię Halina, skończyłam w styczniu sześćdziesiąt cztery lata. Całe życie przepracowałam jako księgowa - najpierw w spółdzielni mleczarskiej pod Poznaniem, potem w prywatnej firmie budowlanej, aż do emerytury. Mąż Tadeusz, kierowca ciężarówki, zmarł dwa lata temu na raka trzustki. Trzy miesiące od diagnozy do pogrzebu. Zostałam z emeryturą - tysiąc osiemset złotych netto - i mieszkaniem na Piątkowie, spłaconym do ostatniej raty jeszcze za życia Tadka.
To Darek znalazł informację o rencie wdowiej w internecie. Zadzwonił w niedzielę wieczorem, pełen entuzjazmu. „Mamo, słuchaj, jest nowy przepis, możesz dostawać część emerytury taty. Pójdziemy razem do ZUS-u, pomogę ci wypełnić papiery." Byłam wzruszona. Myślałam - jaki dobry syn. Nie każdy by się interesował, nie każdy by pamiętał.
W ZUS-ie staliśmy półtorej godziny w kolejce. Darek trzymał teczkę z dokumentami, które sam skompletował - akt zgonu, nasze akty ślubu, moje odcinki z emerytury. Urzędniczka przejrzała wszystko, kiwnęła głową. „Pani Halino, powinno przejść." Darek objął mnie ramieniem na korytarzu i powiedział: „Zasługujesz na to, mamo."
Decyzja przyszła w lutym, pieniądze w marcu. Czterysta osiemnaście złotych. Dla kogoś grosze, dla mnie - oddech. Mogłam wreszcie nie liczyć każdego jogurtu w Biedronce. Mogłam pójść do dentystki, do której odkładałam wizytę od pół roku. Kupiłam sobie nowe buty na wiosnę, pierwsze od trzech lat. Czułam się tak, jakby Tadek jeszcze o mnie dbał, stamtąd, skądkolwiek teraz jest.
A potem przyszedł kwiecień. I ten pierwszy raz w przedpokoju.
Dałam mu dwieście złotych. Bo syn prosi, bo samochód potrzebny, bo Kasia - synowa - jest na urlopie wychowawczym, bo wnuczka Zosia potrzebuje butów do przedszkola. Znam te raty, znam te rachunki. Sama przez nie przeszłam. Pomyślałam: raz mogę pomóc.
W maju wrócił. „Mamo, nie chcę cię prosić, ale Kasia mówi, że elektryk wziął za robociznę więcej, niż mówił, i nam brakuje." Dałam trzysta. Zostało mi na miesiąc mniej niż przed rentą. Wieczorem jadłam chleb z masłem i piłam herbatę z cytryną, patrząc na zdjęcie Tadka na regale. „Widzisz, co robię?" - powiedziałam do niego głośno, do pustego pokoju.
W czerwcu Darek nie prosił. Darek stwierdził.
Przyszedł z Kasią i Zosią w niedzielę na obiad. Ugotowałam rosół z makaronem, kotlety schabowe, surówkę z marchewki. Zosia biegała po mieszkaniu i rysowała kredkami na starym zeszycie Tadka. Kasia pomagała mi zbierać talerze. I wtedy Darek powiedział - głośno, przy stole, jakby ogłaszał coś oczywistego: „Mamo, te pieniądze z renty po tacie, to w sumie tatowe pieniądze. Tata by chciał, żeby szły na rodzinę. Na Zosię. Nie na jakieś buty."
Na jakieś buty.
Kasia spuściła wzrok. Zosia rysowała. Ja stałam z mokrą ścierką w ręku i nie wiedziałam, co powiedzieć. Bo w głowie miałam dwa głosy jednocześnie - jeden mówił: „on ma trochę racji, Tadek kochał wnuczkę, Tadek by oddał wszystko" - a drugi krzyczał cicho, gdzieś z tyłu, z miejsca, które nie ma nazwy: „ale te pieniądze są moje, ja jestem wdową, ja tu zostaję sama, ja mam prawo".
Nie powiedziałam nic. Podałam im sernik.
W lipcu zadzwonił. „Mamo, odłożyłaś? Bo Zosi trzeba do dentystki, a NFZ nie pokrywa." Powiedziałam, że mam tylko sto pięćdziesiąt. „Daj sto pięćdziesiąt" - powiedział, jakby to i tak było jego.
Przestałam spać. Leżałam nocami i myślałam o Tadku. Czy on naprawdę by tego chciał? Tadek, który przywoził mi kwiaty z każdej trasy? Tadek, który przed śmiercią powiedział mi - dokładnie, słowo w słowo, pamiętam do dziś - „Halinka, nie dawaj się nikomu skrzywdzić"? Czy miał na myśli również naszego syna?
We wrześniu poszłam do sąsiadki Bożeny na herbatę. Bożena ma siedemdziesiąt lat, trzech synów i opinię, której nie ukrywa. Opowiedziałam jej wszystko. Słuchała, nie przerywała, a potem powiedziała jedno zdanie: „Halina, jak będziesz dawać, to będzie brać. Tak mają, nie dlatego że źli, tylko dlatego że ty im pozwalasz."
Wróciwszy do domu, usiadłam przy stole i napisałam do Darka wiadomość. Krótką, bo długich nie umiem. „Synku, od następnego miesiąca nie będę mogła wam dawać pieniędzy z renty. Muszę je przeznaczać na leki i opłaty. Kocham Cię i Zosię. Mama."
Odpowiedź przyszła po dwóch godzinach. „Mamo, nie spodziewałem się tego po Tobie. Tata by się nie zgodził."
Siedziałam z telefonem w dłoni tak długo, aż ekran zgasł. Potem wstałam, włączyłam czajnik, wyjęłam z szuflady kopertę z ostatnim wyciągiem bankowym. Czterysta osiemnaście złotych. Moje. Jego. Nasze. Czyje tak naprawdę?
Minął październik. Darek nie zadzwonił ani razu. Na imieniny - ani słowa. Kasia wysłała zdjęcie Zosi w stroju dyni z przedszkolnego balu. Bez żadnego tekstu, tylko zdjęcie. Nie wiem, czy to gest pojednania, czy przypadek, czy wyrzut sumienia.
Listopad. Poszłam na cmentarz sama. Zapaliłam znicz na grobie Tadka, poprawiłam chryzantemy. Stałam długo, bo dzień był ciepły jak na tę porę roku, i powiedziałam do niego szeptem: „Tadziu, powiedz mi, czy robię dobrze. Bo ja nie wiem."
Wiatr poruszył płomień znicza i nic więcej się nie stało. Żadnej odpowiedzi. Żadnego znaku.
Wracałam tramwajem przez Piątkowo i myślałam, że najgorsze nie jest to, iż syn chce moich pieniędzy. Najgorsze jest to, że pomógł mi je zdobyć. I że nie wiem - naprawdę, szczerze, do dna nie wiem - czy pomógł, bo mnie kocha, czy dlatego że już wtedy liczył.
Klucze do mieszkania mu nie zabrałam. Ale zamek w drzwiach oglądam teraz inaczej niż kiedyś.