Syn z synową zostawili mi górę domu, „dożywotnio, mamo, przecież to twoje". Od listopada na górze grzeje tylko jeden kaloryfer, bo „ciepło i tak idzie do góry - fizyka". Rano w moim pokoju jest czternaście stopni. Termometr przyniosła mi wnuczka - ona jedna wie, po co mi był.
Czternaście stopni. Sprawdziłam trzy razy, bo nie wierzyłam. Oddychałam parą jak na przystanku autobusowym, tylko że stałam we własnej sypialni, w domu, który z mężem budowaliśmy osiemnaście lat. Henryk jeszcze wtedy żył i powtarzał: „Grażynka, ten dom to nasza polisa na starość". Umarł sześć lat temu. Dom został. Polisa nie.
Ale zacznę od początku, bo inaczej nie zrozumiecie, jak to się stało, że matka siedzi na górze we własnym domu i marznie.
Henryk był kolejarzem, ja pracowałam na poczcie w Poznaniu - czterdzieści lat za okienkiem, z przerwą na wychowanie Tomka. Jedynak. Wychuchany, wycałowany, jak to się mówi. Dom postawiliśmy na Strzeszynie pod koniec lat dziewięćdziesiątych - działka po rodzicach Henryka, kredyt, dobudowa, remont, znowu kredyt. Górę wykończyliśmy ostatnią - dwa pokoje, łazienka, kuchenka z aneksem. „Na wypadek, gdyby Tomek potrzebował" - mówił Henryk. Tomek nie potrzebował, bo wyjechał do Wrocławia na studia, potem wrócił z Patrycją, potem się pobrali. Mieszkali na wynajmie. My na dole.
Po śmierci Henryka dom nagle stał się za duży. Sto dwadzieścia metrów na dole, siedemdziesiąt na górze - a ja jedna. Ogrzewanie gazowe, rachunki rosły z roku na rok. Tomek zadzwonił w marcu, trzy lata temu.
- Mamo, my z Patrycją się zastanawiamy. Na dole jest więcej miejsca, wy... to znaczy, ty jesteś sama, a my z dwójką dzieci w tym wynajmie...
- To przyjeżdżajcie - powiedziałam natychmiast, nawet nie dając mu dokończyć. Bo co miałam powiedzieć? Że wolę siedzieć sama na stu dwudziestu metrach i rozmawiać ze ścianami?
Przeprowadzka odbyła się w maju. Tomek z Patrycją zajęli dół, ja przeniosłam się na górę. „Dożywotnio, mamo, przecież to twoje" - powiedział Tomek, gdy podpisywaliśmy u notariusza darowiznę. Tak, darowiznę. Patrycja zasugerowała, że „dla spokoju, żeby było jasne". Tomek przekonywał, że to formalność. Zostawiłam sobie służebność mieszkania na górze - notariusz nalegał, Patrycja się skrzywiła, ale podpisała.
Przez pierwsze lato było pięknie. Wnuczka Zuzia, osiem lat, wbiegała do mnie co rano na górę: „Babciu, zrobisz mi kakao?". Mały Filipek raczkował po dywanie na dole, a ja schodziłam pomagać. Gotowałam, sprzątałam, pilnowałam dzieci, kiedy Patrycja pracowała zdalnie. Czułam się potrzebna. Tomek mówił: „Mamo, nie wiem, co byśmy bez ciebie zrobili".
Jesienią Patrycja zaczęła zamykać drzwi od kuchni na dole. Nie na klucz - ale zamykać. Wcześniej stały otwarte. „Filipek wszędzie łazi, muszę mieć kontrolę" - wyjaśniła. Logiczne. Potem zaczęła robić zakupy sama. „Bo i tak jadę do Biedronki, po co masz dźwigać, mamo". Uprzejme. Potem obiady na dole zrobiły się rzadsze.
- Tomek, może w niedzielę zjem z wami? - zapytałam kiedyś w październiku.
Spojrzał na Patrycję. Patrycja uśmiechnęła się.
- Jasne, mamo, tylko uprzedzaj dzień wcześniej, bo nie zawsze gotuję na tyle osób.
Na tyle osób. Jedna osoba więcej. Jego matka.
Przełknęłam to. Człowiek w moim wieku - sześćdziesiąt siedem lat wtedy - już wie, że nie o każdą bitwę warto walczyć. Ale potem przyszła zima i zaczęła się sprawa z ogrzewaniem.
Dom ma jeden piec gazowy na dole. Instalacja robi pętlę - dół i góra. Kiedyś, gdy mieszkałam na dole, grzało wszędzie. Teraz Patrycja stwierdziła, że rachunki za gaz są „kosmiczne", i Tomek zakręcił mi trzy z czterech kaloryferów na górze. Zostawił jeden w moim pokoju, ale ustawiony na dwójkę.
- Mamo, ciepło i tak idzie do góry, fizyka - powiedział z takim przekonaniem, jakby cytował podręcznik. Podejrzewam, że cytował Patrycję.
Fizyka. Czternaście stopni rano w sypialni. Dwanaście w łazience - tam kaloryfera nie ma wcale, bo „łazienka jest mała, nagrzejesz grzałką". Grzałki nie kupili. Swoją wzięłam z dołu, tę starą, Henryka - podłączyłam sama, bo wstydziłam się prosić.
Zuzia przyszła do mnie w grudniu z termometrem cyfrowym. Małym, żółtym, takim do pokoju dziecięcego.
- Babciu, to dla ciebie. Powiesz tacie, ile jest stopni, to może odkręci kaloryfer.
Dziewięć lat i mądrzejsza od dorosłych. Przytuliłam ją, ale nic nie powiedziałam Tomkowi. Bo Tomek by powiedział Patrycji, a Patrycja by się obraziła, a wtedy obiady niedzielne skończyłyby się zupełnie.
Kupiłam sobie koc elektryczny za własną emeryturę. Tysiąc osiemset złotych emerytury, trzysta na koc. Śpię pod nim, pod kołdrą i pod tym kocem szydełkowym, który robiła jeszcze moja mama. Trzy warstwy i buty na noc, bo stopy mi marzną.
W styczniu zachorowałam. Zapalenie oskrzeli, antybiotyk, dwa tygodnie w łóżku. Patrycja przyniosła mi zupę dwa razy. Tomek wpadał wieczorami na pięć minut - „mamo, potrzebujesz czegoś?" - ale nigdy nie usiadł, nigdy nie dotknął kaloryfera.
Zuzia przychodziła codziennie po szkole. Siadała na brzegu łóżka, robiła lekcje, czytała mi głośno z jakiejś książki o koniu. Pewnego dnia powiedziała:
- Babciu, u nas na dole jest dwadzieścia trzy stopnie. Tata chodzi w koszulce.
Dwadzieścia trzy na dole. Czternaście na górze. W tym samym domu. I wtedy coś we mnie pękło - nie z hukiem, nie z krzykiem. Po cichu, jak pęka nitka w starym swetrze. Ciągnie się, ciągnie i nagle jej nie ma.
Zadzwoniłam do koleżanki z poczty, Bożeny. Emerytka jak ja, ale ma kawalerkę na Wildzie po matce - stoi pusta, bo Bożena wynajmuje tylko latem studentom.
- Grażyna, przyjedź choć na tydzień, ogrzejesz się - powiedziała.
Spakowałam małą walizkę. Termometr Zuzi schowałam do kieszeni płaszcza. Schodząc na dół, minęłam Patrycję w kuchni - kroiła cebulę, nawet nie podniosła głowy.
- Jadę do Bożeny na parę dni - powiedziałam.
- Dobrze, mamo. Odpocznij sobie.
Tomek zadzwonił wieczorem.
- Mamo, Patrycja mówi, że wyjechałaś? Wszystko okej?
- Wszystko okej, synku. U Bożeny jest ciepło.
Cisza. Długa, gęsta cisza, w której zmieściło się wszystko, czego nigdy mu nie powiedziałam.
- To dobrze - odpowiedział wreszcie. - Jak wrócisz, to odkręcę ci ten kaloryfer w łazience.
Siedzę teraz u Bożeny na Wildzie, piję herbatę z cytryną w kuchni, w której jest dwadzieścia jeden stopni, i myślę, czy wrócić. Dom jest mój i nie mój. Syn jest mój i nie mój. Służebność mam na papierze, ale służebność nie grzeje.
Na stoliku leży ten żółty termometr. Zuzia wczoraj napisała mi SMS-a - pierwszego w życiu, bo dopiero nauczyła się pisać na telefonie: „babciu kiedy wracasz, tata odkręcił kaloryfer". Czytam to trzeci raz i nie wiem, czy to znaczy, że coś się zmieniło, czy tylko, że ktoś zakręci go z powrotem w marcu, gdy rachunki przyjdą.
Czternaście stopni. Tyle trzeba, żeby zrozumieć, ile jesteś warta we własnym domu.