Po remoncie przez mój pokój przechodzi się do nowej łazienki - „tak wyszło z projektu, mamo, to tylko przejście". Wieczorami leżę i liczę: wczoraj siedemnaście razy. Pukać przestali po pierwszym tygodniu.
Siedemnaście razy. To znaczy: siedemnaście razy ktoś otworzył jedne drzwi, przeszedł trzy metry obok mojego łóżka i otworzył drugie drzwi. A potem wrócił. Czyli tak naprawdę trzydzieści cztery razy ktoś zakłócił mój sen, moją ciszę, moje prawo do zamknięcia oczu bez patrzenia, czy jestem przyzwoicie ubrana pod kołdrą. Ale kto by to liczył. Ja liczę.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt trzy lata i od dwunastu miesięcy mieszkam w pokoju, który jest korytarzem. Tylko że nikt w tej rodzinie tego tak nie nazywa. Dla synowej Agnieszki to „pokój przejściowy, ale duży, jasny, z oknem na południe". Dla syna Tomka to „tymczasowe rozwiązanie, mamo, potem coś wymyślimy". Dwanaście miesięcy temu „potem" brzmiało jak obietnica. Teraz brzmi jak wyrok.
Zanim się tu znalazłam, miałam swoje mieszkanie na Gocławiu. Dwa pokoje, kuchnia, balkon z pelargoniami. Czterdzieści dwa metry kwadratowe raju, za który płaciłam czynsz z emerytury po Stanisławie i mojej własnej - nauczycielskiej, więc śmiesznej, ale wystarczającej. Mogłam tam umrzeć w spokoju, gdyby nie ten nieszczęsny upadek na schodach w grudniu dwa lata temu.
Złamanie szyjki kości udowej. Operacja. Rehabilitacja. Trzy miesiące w sanatorium w Inowrocławiu, a potem Tomek powiedział zdanie, które zmieniło wszystko: „Mamo, nie możesz tam sama mieszkać. Przyjedziesz do nas."
Do nich - to znaczy do czteropokojowego mieszkania na Bemowie, gdzie Tomek mieszka z Agnieszką i dwójką dzieci. Kuba ma czternaście lat, Zosia jedenaście. Tomek jest elektrykiem, dobrze zarabia. Agnieszka prowadzi księgowość w firmie transportowej, pracuje z domu. Żyją porządnie, normalnie, nie biedują. Kiedy Tomek powiedział „przyjedziesz do nas", poczułam ulgę. Naprawdę. Bo w sanatorium w nocy bałam się, że nie dam rady sama. Że upadnę znowu i tym razem nikt nie zadzwoni na pogotowie.
Oddałam mieszkanie na Gocławiu. Tomek załatwił sprzedaż w trzy tygodnie - rynek był dobry, kupili młodzi, bez targowania. Pieniądze wpłynęły na konto Tomka. „Trzymam dla ciebie, mamo. Jak będziesz potrzebowała, to jest twoje." Nie wzięłam pokwitowania. Nie zrobiłam przelewu na swoje konto. Bo to mój syn. Komu miałam ufać, jak nie jemu?
Pierwszy miesiąc był dobry. Dostałam pokój Kuby, a Kuba przeniósł się do Zosi. Miałam drzwi, które zamykałam na noc. Półkę na książki. Miejsce na swoje rzeczy. Agnieszka gotowała obiady, ja pomagałam, jak mogłam - obierałam ziemniaki, pilnowałam rosołu. Wieczorami graliśmy w karty. Myślałam: da się.
Potem Agnieszka zaczęła mówić o remoncie. Że łazienka jest za mała na cztery osoby, a teraz na pięć. Że trzeba dobudować drugą. Że jest projekt, jest ekipa, jest budżet - częściowo z pieniędzy za Gocław.
- Mamo, to dobra inwestycja - powiedział Tomek. - Mieszkanie zyska na wartości. A ty będziesz miała łazienkę bliżej siebie.
Bliżej siebie. Tak blisko, że teraz jest za moim łóżkiem.
Remont trwał dwa miesiące. Kiedy ekipa skończyła, okazało się, że jedyne sensowne wejście do nowej łazienki prowadzi przez mój pokój. Przez pokój, który kiedyś był pokojem Kuby, a teraz jest moim - ale już nie do końca. Bo pokój z dwojgiem drzwi, przez które chodzą domownicy o każdej porze, to nie pokój. To korytarz z łóżkiem.
- Tak wyszło z projektu, mamo - powiedziała Agnieszka tonem, jakby tłumaczyła coś oczywistego. - To tylko przejście. Będziemy pukać.
Pukali tydzień. Może dziesięć dni, nie pamiętam dokładnie. Potem Kuba zaczął wchodzić bez pukania, bo „zapomniał". Potem Zosia, bo „bardzo musiała". Potem Agnieszka w szlafroku, o szóstej rano, na palcach, jakby chodzenie na palcach czyniło ją niewidzialną. A ja leżałam z otwartymi oczami i udawałam, że śpię.
Rozmawiałam z Tomkiem. Dwa razy. Za pierwszym razem pokiwał głową i powiedział, że „pogada z dziećmi". Za drugim - że „nie może postawić ściany, bo nie ma gdzie". Za trzecim razem, kiedy zaczęłam mówić, przerwał mi.
- Mamo, to jest moje mieszkanie. Zrobiłem remont za duże pieniądze. Nie będę teraz burzył ścian, bo ci przeszkadza, że ktoś przejdzie do łazienki.
Za duże pieniądze. Moje pieniądze. Za Gocław. Ale tego nie powiedziałam. Zaschło mi w gardle i tylko skinęłam głową.
Od tamtej rozmowy minęły cztery miesiące. Nauczyłam się kilku rzeczy. Nauczyłam się spać w ubraniu - dresie i koszulce - bo nigdy nie wiem, kiedy ktoś przejdzie. Nauczyłam się nie stawiać szklanki z wodą na podłodze przy łóżku, bo Kuba ją kiedyś kopnął w ciemności. Nauczyłam się nie wieszać niczego na klamce od drzwi do łazienki, bo to „utrudnia przejście".
I nauczyłam się jednej rzeczy, której wolałabym się nie uczyć. Że moje ciało jest przeszkodą. Że zajmuję miejsce, przez które inni chcą przejść. Że gdyby mnie tu nie było, ten pokój byłby korytarzem i nikomu by to nie przeszkadzało. Może o to chodzi.
Koleżanka Lucyna z dawnej szkoły, jedyna, z którą jeszcze rozmawiam przez telefon, powiedziała mi wprost: „Halina, weź swoje pieniądze i wynajmij kawalerkę. Masz prawo do godności." Ale jakie pieniądze? Na koncie Tomka jest dwieście osiemdziesiąt tysięcy za Gocław. Na moim koncie jest emerytura - dwa tysiące sto czterdzieści złotych. Za kawalerkę na Bemowie płaci się dwa tysiące. Zostaje mi sto czterdzieści na jedzenie, leki i wszystko inne.
Mogłabym poprosić Tomka o pieniądze. Moje pieniądze. Ale wiem, co usłyszę. „Mamo, one pracują - włożyliśmy je w remont." Albo: „Mamo, to dla ciebie, na później." Później. Znowu później.
Wczoraj wieczorem leżałam w ciemności i czekałam, aż domownicy skończą wieczorną toaletę. Agnieszka przeszła o dwudziestej drugiej piętnaście. Zosia o dwudziestej drugiej trzydzieści. Kuba o dwudziestej trzeciej. Tomek o dwudziestej trzeciej dwadzieścia. A o pierwszej w nocy Kuba wstał jeszcze raz, bo coś zjadł na kolację i bolał go brzuch. Światło z łazienki wpadło w mój pokój jak reflektor. Leżałam nieruchomo. Kuba nawet na mnie nie spojrzał. Jestem meblem. Komodą, którą trzeba ominąć w drodze do ubikacji.
Dziś rano Tomek zaparzył mi herbatę i postawił na stole w kuchni. Uśmiechnął się. „Jak spałaś, mamo?" Powiedziałam, że dobrze. Bo co miałam powiedzieć? Że nie spałam? Że liczę przejścia jak owce, tylko że owce usypiają, a przejścia budzą?
Lucyna mówi, żebym poszła do prawnika. Że pieniądze za Gocław to moje pieniądze i mogę je odzyskać. Może ma rację. Ale jeśli pójdę do prawnika, Tomek się o tym dowie. I wtedy ten pokój, który jest korytarzem, stanie się czymś jeszcze gorszym - polem bitwy. A ja nie mam siły na wojnę z własnym synem.
Więc leżę. I liczę. Wczoraj siedemnaście razy. Dzisiaj na razie pięć, ale jest dopiero popołudnie.
Wiem, że powinnam coś zrobić. Nie wiem, co. Albo wiem, ale się boję. Bo jedyne wyjście z tego pokoju prowadzi albo przez prawnika, albo przez drzwi, za którymi jest łazienka.
A może jest jeszcze jedno. Może jutro rano, kiedy Tomek zapyta „jak spałaś, mamo?", odpowiem mu prawdę. Może powiem: „Nie spałam, synku. Nie śpię od roku. I chcę z powrotem swoje pieniądze i swoje życie." Może to powiem.
A może znowu powiem, że dobrze.