Oddałam zegarek męża do naprawy paska. Zegarmistrz obejrzał kopertę od spodu i pokazał mi grawer: „Stefanowi - Renata, 1986". Pobraliśmy się w osiemdziesiątym dziewiątym. Nosił go do ostatniego dnia.
Zegarmistrz musiał zobaczyć coś w mojej twarzy, bo odchrząknął i powiedział cicho: - Ładna robota, ten grawer. Ktoś się postarał. - Położył zegarek na blacie wyłożonym zamskiem i zajął się paskiem, a ja stałam jak wrośnięta w podłogę jego małego zakładu na Mokotowskiej i patrzyłam na te pięć słów wyrytych w stali.
Stefanowi. Renata. Tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt sześć.
Nie mam na imię Renata. Mam na imię Bożena. A w osiemdziesiątym szóstym Stefan miał dwadzieścia cztery lata, pracował na drugiej zmianie w zakładach mechanicznych na Woli i - jak mi zawsze mówił - chodził z nikim. Poznaliśmy się dopiero w osiemdziesiątym ósmym, na zabawie sylwestrowej u mojej kuzynki Jadwigi w Ursusie. Wzięliśmy ślub w czerwcu następnego roku. Trzydzieści trzy lata małżeństwa, dwoje dzieci, czworo wnuków. Stefan odszedł w marcu, po krótkiej, bezlitosnej chorobie. Rak trzustki. Od diagnozy do końca minęło jedenaście tygodni.
Zegarek dostałam razem z resztą rzeczy ze szpitala. Portfel, obrączka, zegarek. Obrączkę noszę na łańcuszku. Portfel schowałam. A zegarek - chciałam naprawić pasek, bo Stefan narzekał na niego od miesięcy, a ja ciągle odkładałam. Głupio mi było, że nie zdążyłam za jego życia. Taki mały, bezsensowny gest żałoby - naprawić pasek w zegarku, który już nie musi działać.
I wtedy ten grawer.
Wróciłam do domu na osiedle na Bielanach i usiadłam w kuchni. Herbata stygła. Przez okno widać było kasztanowiec, który Stefan posadził, gdy Tomek szedł do pierwszej klasy. Teraz Tomek ma trzydzieści dwa lata, mieszka w Krakowie, projektuje mosty i dzwoni w niedziele. Ania, młodsza o trzy lata, jest położną w szpitalu na Madalińskiego. To ona trzymała ojca za rękę, gdy odchodził, bo ja akurat wyszłam po kawę z automatu na korytarzu. Nie zdążyłam. Nie zdążyłam z paskiem. Nie zdążyłam z kawą. Nie zdążyłam zapytać o Renatę.
Bo teraz, siedząc w tej kuchni z firankami, które Stefan powiesił mi na urodziny dwa lata temu, zrozumiałam, że nigdy bym nie zapytała. Nawet gdybym znalazła ten grawer wcześniej. Nawet gdyby żył. Nie zapytałabym, bo bałabym się odpowiedzi. A Stefan - Stefan pewnie czekał, aż zapytam. Albo nie. Albo dawno zapomniał. Albo pamiętał każdego dnia, za każdym razem, gdy zakładał ten zegarek na nadgarstek.
Trzydzieści trzy lata patrzyłam na ten zegarek. Na tę prostą, stalową kopertę z białą tarczą i datownikiem na trzeciej. Myślałam, że dostał go od rodziców na osiemnastkę. Tak mi powiedział. - Od starego dostałem - rzucił kiedyś, gdy pytałam, czemu nie chce nowego na rocznicę. - Sentyment, wiesz. - I uśmiechał się tym swoim uśmiechem, lekko kręcąc głową, jakby temat był zamknięty.
Sentyment. Teraz to słowo brzmiało inaczej.
Nie spałam tej nocy. Leżałam na naszym łóżku - już tylko moim łóżku - i robiłam w głowie rachunek. Osiemdziesiąty szósty. Kto to jest Renata? Koleżanka z pracy? Sąsiadka? Pierwsza miłość? Jedyna miłość? A może tylko znajoma, która kupiła mu prezent na imieniny, bo tak się robiło, bo ludzie kiedyś dawali sobie zegarki, i nic to nie znaczyło?
Ale ludzie nie grawerują zegarków, które nic nie znaczą.
Zadzwoniłam do Jadwigi następnego dnia. Jadwiga to moja kuzynka, ta od sylwestra. Siedemdziesiąt lat, pamięć jak brzytwa, język jeszcze ostrzejszy. Zapytałam ostrożnie, kręcąc wokół tematu jak kot koło gorącego mleka.
- Jadwiga, ty nie pamiętasz może, Stefan przed nami chodził z jakąś Renatą?
Cisza. Dłuższa niż zwykle. Jadwiga nigdy nie milczy dłużej niż sekundę.
- Czemu pytasz? - powiedziała w końcu, i w jej głosie usłyszałam coś, czego nie chciałam usłyszeć. Ostrożność.
- Tak sobie. Znalazłam takie imię w starych papierach Stefana.
- Bożena, Stefan nie żyje. Zostaw to.
- Jadwiga.
Westchnienie. Długie, ciężkie, jak zamykane drzwi.
- Była taka Renata. Pracowała z nim w zakładach. Chodzili ze sobą chyba z rok, może dłużej. Potem się rozeszli. Nic wielkiego. Potem poznał ciebie i tyle. To było przed tobą, dziecko. Każdy ma jakieś „przed".
- Dlaczego mi nigdy nie powiedziałaś?
- Bo nie pytałaś. I bo to nie miało znaczenia. Ożenił się z tobą, nie z nią.
Ale nosił jej zegarek, pomyślałam. Trzydzieści siedem lat. Pod moimi oczami. I pod grawerem, którego nigdy nie obróciłam. Bo kto ogląda zegarek od spodu?
Przez następne dni robiłam to, czego nie powinnam. Szukałam. Przejrzałam szufladę ze starymi zdjęciami, tę w komodzie, której Stefan nie lubił, żebym ruszała. Znalazłam jedno zdjęcie - grupowe, z zakładowej wycieczki nad Bałtyk, lato chyba osiemdziesiątego piątego. Stefan młody, chudy, roześmiany. Obok niego dziewczyna z jasnymi włosami i twarzą, której nie potrafiłam znienawidzić. Na odwrocie ołówkiem: „Łeba, sierpień".
Nic więcej. Żadnych listów. Żadnych ukrytych kopert. Żadnych dowodów na cokolwiek więcej niż to, co powiedziała Jadwiga - młodzieńczy romans, który się skończył, zanim ja weszłam w życie Stefana.
A jednak.
Ania przyszła w sobotę z sernikiem i wnuczką Heleną. Patrzyłam na nią - na córkę, nie na sernik - i myślałam, czy powiedzieć. Ania jest praktyczna, konkretna, łoży emocje na dwie kategorie: do rozwiązania i do przeżycia. Uznałaby pewnie, że przesadzam.
- Mamo, dobrze się czujesz? - zapytała, bo widocznie miałam to wypisane na twarzy.
- Dobrze, córciu. Zmęczona trochę.
Helena bawiła się klockami na dywanie. Ania kroiła sernik. Normalność. Cisza. I ten zegarek w szufladzie w przedpokoju, z nowym paskiem i starym grawerem.
Mogłam wyrzucić zegarek. Mogłam schować go głęboko i zapomnieć. Mogłam poszukać tej Renaty - w końcu mamy internet, mamy Facebooka, nawet ja w swoim wieku potrafię wpisać imię i nazwisko w wyszukiwarkę. Ale po co? Żeby usłyszeć, że kochała mojego męża? Że on kochał ją? Że zegarek był obietnicą, której nie dotrzymał - czy którą dotrzymywał inaczej, nosząc go codziennie przez czterdzieści lat?
Zadzwoniłam do zegarmistrza w poniedziałek.
- Czy mógłby pan zeszlifować grawer? Wyrównać spód koperty? - zapytałam.
Długa pauza.
- Mogę - powiedział. - Ale proszę się zastanowić. To ładna robota. Głębokie litery. Zostanie ślad, nawet po szlifowaniu. Zawsze coś zostanie.
Odłożyłam słuchawkę i spojrzałam na kasztanowiec za oknem. Majowe liście, jasna zieleń, słońce. Stefan posadził go gołymi rękami, bez rękawic, bo mówił, że drzewo trzeba poczuć.
Zegarek leży w szufladzie. Nie zeszlifowałam. Nie wyrzuciłam. Nie szukałam Renaty. Czasem go wyciągam, obracam, czytam te pięć słów. I nie wiem, co czuję - czy zazdrość o coś, co było trzy lata przed nami, czy złość, że mi nie powiedział, czy dziwną, pokręconą wdzięczność za to, że wybrał mnie. A może żal, że nigdy nie wygrawerowałam mu niczego sama.
Trzydzieści trzy lata. I okazuje się, że człowiek, z którym jadłam śniadania, kłóciłam się o pieniądze, rodziłam dzieci i trzymałam się za ręce w kinie - ten człowiek nosił na nadgarstku czyjeś imię. A ja nie wiem nawet, czy to zmienia cokolwiek.