Dorosła wnuczka przyjeżdża raz w miesiącu z telefonem na statywie. Nagrywamy „niedziele u babci": opowiadam przy kredensie o dawnych czasach, ona dodaje muzykę. Ma sto tysięcy obserwujących, podpisała film „moja największa przyjaciółka". Widujemy się osiem razy w roku - osiem razy z kamerą.

Ostatnio policzyłam. Wzięłam kalendarz, ten papierowy z Pocztą Polską, który dostaję co roku od listonosza, i postawiłam krzyżyki przy każdej niedzieli, kiedy Natalia była u mnie w zeszłym roku. Osiem. Ani razu nie przyjechała bez statywu. Ani razu nie usiadła przy stole, żeby po prostu zjeść ze mną obiad i porozmawiać bez tego czerwonego światełka migającego obok obiektywu.

Mam siedemdziesiąt cztery lata, jestem na emeryturze od dziewięciu, wcześniej pracowałam jako bibliotekarka w filii na Pradze-Południe. Mąż, Tadeusz, odszedł sześć lat temu - rak płuc, trzy miesiące od diagnozy do końca. Mam jednego syna, Grzegorza, który z żoną mieszka w Poznaniu i dzwoni w każdą środę o osiemnastej trzydzieści, jakby miał alarm w telefonie. Pewnie ma. A Natalia to jego córka, dwudziestosześcioletnia, mieszka w Warszawie, jakieś dwadzieścia minut autobusem ode mnie. Dwadzieścia minut. Przyjeżdża raz w miesiącu.

Zaczęło się półtora roku temu. Natalia przyszła któregoś popołudnia z taką radością w oczach, jakiej nie widziałam u niej od dawna. „Babciu, mam pomysł!" - powiedziała i wyciągnęła telefon. Chciała nagrywać filmiki ze mną. Ja opowiadam historie, ona montuje, dodaje muzykę, wrzuca w internet. Mówi, że ludzie tęsknią za autentycznością. Że babcie to teraz „złoto internetu". Tak powiedziała - złoto.

Zgodziłam się od razu. Nie dlatego, że marzyłam o sławie w moim wieku. Zgodziłam się, bo Natalia od dwóch lat przyjeżdżała do mnie może trzy razy. Na Wigilię, na moje imieniny w marcu i raz latem, kiedy potrzebowała pożyczyć walizkę. Nagle miała powód, żeby wpadać co miesiąc. Byłam szczęśliwa.

Pierwsze nagrania były nieporadne i przez to piękne. Natalia śmiała się, kiedy się myliłam, ja śmiałam się, kiedy ona nie mogła wymówić „szarlotka z kruszonką". Opowiadałam o tym, jak Tadeusz oświadczał mi się na działce ROD w Aninie, jak pierwszy raz gotowałam rosół i zapomniałam włożyć marchewkę, jak mama szyła mi sukienkę na studniówkę z firanki, bo nie było materiału. Prawdziwe rzeczy. Natalia słuchała z otwartymi ustami, a potem dodawała jakąś muzykę, napisy i wrzucała do sieci.

Ludzie zaczęli oglądać. Najpierw setki, potem tysiące. Natalia przychodziła i z podekscytowaniem pokazywała mi komentarze. „Babcia Halina to skarb narodowy!" „Przypomina mi moją babcię, którą straciłam." „Więcej! Więcej!" Przyznaję, czułam dumę. Stara kobieta z bloku na Grochowie, a ludzie w całej Polsce chcą mnie słuchać.

Problem w tym, że nie zauważyłam, kiedy to się zmieniło.

Może w trzecim miesiącu. A może w czwartym. Natalia zaczęła przyjeżdżać z listą tematów. „Babciu, dziś opowiesz o tym, jak dziadek wrócił z wojska." „Babciu, ten odcinek niech będzie o Wigilii w PRL-u, ludzie to kochają." Zaczęła mnie poprawiać. „Nie mów 'ten tego', babciu, bo się pogubimy w montażu." „Usiądź bardziej na prawo, tu jest lepsze światło." „Zdejmij ten sweter, włóż ten w kwiaty, bardziej pasuje do estetyki kanału."

Estetyki kanału. Mój kredens, przy którym stałam czterdzieści lat, nagle musiał mieć „lepszy kadr".

Któregoś razu opowiadałam o Tadeuszu. O tym, jak pod koniec leżał w naszej sypialni i prosił, żebym mu czytała na głos, bo sam już nie mógł utrzymać książki. Zaczęłam płakać. Natalia nagrywała. Potem powiedziała: „Babciu, to będzie najlepszy odcinek. Ludzie to pokochają." Nic o dziadku. Nic o mojej tęsknocie. Pokochają.

Ten film miał sto dwadzieścia tysięcy wyświetleń. Natalia zadzwoniła wieczorem, podniecona. „Babciu, przebiliśmy się!" Siedziałam sama w kuchni, z herbatą, której nie ruszyłam, i patrzyłam na zdjęcie Tadeusza na komodzie. Pomyślałam: moje łzy na ekranie obejrzało więcej ludzi niż przyszło na jego pogrzeb.

Zaczęłam obserwować wzorzec. Natalia przyjeżdża koło jedenastej. Rozkłada statyw, sprawdza światło, czasem przestawia mi doniczki na parapecie. Nagrywamy dwa, trzy filmiki - na zapas, jak mówi. Około czternastej je ze mną obiad - ale telefon leży przy talerzu i co chwilę zerka na powiadomienia. O piętnastej zbiera się do wyjścia. „Babciu, muszę lecieć, mam jeszcze montaż." Całuje mnie w policzek. Zamykam drzwi. Zostaje cisza i zapach jej perfum w przedpokoju.

Na Boże Narodzenie poprosiłam ją, żeby przyjechała bez kamery. Po prostu. Jak kiedyś. Ulepimy pierogi, pooglądamy telewizję, pogramy w chińczyka. Natalia się zaśmiała. „Babciu, ale to byłby idealny odcinek świąteczny! Pierogi z babcią Haliną, ludzie oszaleją!" Nie potrafiłam jej odmówić. Nagrałyśmy pierogi. Miały trzysta tysięcy wyświetleń. Pod filmem Natalia napisała: „Wigilia z moją największą przyjaciółką ❤️".

Największa przyjaciółka. Czy przyjaciółki widują się osiem razy w roku, za każdym razem z listą tematów i statywem?

Rozmawiałam o tym z Grzegorzem. „Mamo, ciesz się, że w ogóle przyjeżdża" - powiedział. „Inne wnuczki to nawet nie dzwonią." Może ma rację. Może jestem niewdzięczna. Może powinnam być szczęśliwa, że w ogóle komuś na mnie zależy. Ale ja nie wiem, czy jej zależy na mnie, czy na babci Halinie z internetu. Bo to nie jest ta sama osoba.

Babcia Halina z internetu jest zawsze pogodna, mówi mądrze, ma anegdoty i ciepły uśmiech. Ja - prawdziwa ja - to kobieta, która wieczorami nie może zasnąć, bo w bloku jest za cicho. Która zapomina, po co weszła do pokoju. Która chciałaby, żeby wnuczka zadzwoniła i powiedziała: „Babciu, nic nie nagrywamy, po prostu chcę pogadać."

Dwa tygodnie temu stało się coś, co mną wstrząsnęło. Spotkałam na klatce schodowej sąsiadkę, Krystynę z czwartego piętra. „Pani Halino!" - złapała mnie za rękę. „Moja córka pokazała mi panią w internecie! Ależ pani ma wspaniałą wnuczkę! Taka kochająca! Widać, jak pani jest dla niej ważna!" Uśmiechnęłam się i podziękowałam. Weszłam do mieszkania, usiadłam na krześle w przedpokoju i siedziałam tak z płaszczem na plecach chyba dwadzieścia minut. Bo Krystyna widziała coś, czego ja już nie potrafię zobaczyć. Albo ja widzę coś, czego Krystyna nie jest w stanie dostrzec.

W przyszłą niedzielę Natalia znowu przyjedzie. Napisała mi SMS-a: „Babciu, przygotuj tę historię o pierwszym telewizorze, to będzie hit!" Odpisałam: „Dobrze, kochanie." Bo co miałam napisać? Że wolałabym, żebyś przyjechała we wtorek, bez powodu, bez statywu, i po prostu siedziała ze mną w kuchni? Że tęsknię nie za wnuczką, która przyjeżdża co miesiąc, ale za tą, która może by przyjechała rzadziej, ale naprawdę?

Wczoraj wieczorem włączyłam internet - nauczyłam się już, Natalia pokazała - i obejrzałam nasz ostatni filmik. Siedzę przy kredensie, opowiadam o Tadeuszu, o działce, o tym, jak sadził pomidory i mówił do nich „rośnijcie, do cholery". W komentarzach ludzie piszą, że się wzruszyli. Że chcieliby mieć taką babcię. Że Natalia ma szczęście. Patrzyłam na siebie na ekranie i myślałam: ta kobieta wygląda na szczęśliwą.

Może jest. Może wystarczy osiem niedziel z kamerą, żeby być czyjąś największą przyjaciółką. Może tak teraz wygląda bliskość - na ekranie, z muzyką w tle i napisami. A może siedzę sama w kuchni z zimną herbatą i oszukuję samą siebie, że to jest w porządku.

Statyw stoi złożony w kącie przedpokoju. Natalia zostawiła go ostatnim razem, bo się nie mieścił do plecaka. Mijam go codziennie. Czasem się na niego gapię i nie wiem, czy to most między nami, czy ściana.