Wnuk ma w tygodniu angielski, robotykę, judo i basen. Zapytałam, kiedy wpadnie do babci - synowa sprawdziła w planerze: wolna sobota za pięć tygodni. Zajęcia wpisane długopisem. Ja - ołówkiem.

Pięć tygodni. Trzydzieści pięć dni. Odłożyłam telefon na blat i patrzyłam na niego, jakby miał mi jeszcze coś powiedzieć. Nie powiedział. Czajnik kliknął, że woda gotowa, ale herbaty już nie chciałam.

Długopisem i ołówkiem. To zdanie kręciło mi się w głowie przez resztę wieczoru. Agata pewnie nie miała nic złego na myśli. Planuje, organizuje, robi wszystko, żeby Olek miał jak najlepszy start. Rozumiem to. Naprawdę rozumiem. Ale ołówek to coś, co można wymazać. Długopis zostaje.

Mam na imię Krystyna, mam sześćdziesiąt trzy lata i od dwóch lat jestem na emeryturze. Całe życie przepracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Pradze. Trzydzieści osiem lat wśród rachunków, rozliczeń, korekt. Myślałam, że emerytura będzie pełna wnuków, spacerów, lepienia pierogów we cztery ręce. Olek ma siedem lat. Jest jedynym wnukiem, bo mój młodszy syn Marcin wyjechał do Irlandii i na razie nie ma rodziny. Został Tomek z Agatą i z Olkiem. I ten planer.

Poszłam do pokoju, w którym kiedyś mieszkał Tomek. Teraz jest tam rozkładana kanapa, szafa z kocami i pudło z zabawkami, które kupiłam specjalnie. Klocki magnetyczne, dinozaury, książki o kosmosie - bo Olek kocha kosmos. Wyjęłam plastikowego astronautę, którego znalazłam na pchlim targu w zeszłym miesiącu. Miał być niespodzianką na najbliższą wizytę. Najbliższą - za pięć tygodni.

Zadzwoniłam do Tomka następnego dnia, w przerwie obiadowej. Wiedziałam, że o dwunastej trzydzieści zwykle je kanapkę przy biurku, bo nie lubi stołówki firmowej.


- Tomek, chciałam zapytać... Może wpadlibyście w niedzielę? Zrobię rosół, Olek lubi z makaronem gwiazdki.

- Mamo, w niedzielę Olek ma turniej judo w Legionowie. Cały dzień. A potem jest wykończony, zasypia w aucie.

- A w sobotę?

- Sobota to angielski rano, potem robotyka do drugiej. Agata chciała go jeszcze zapisać na szachy, ale chyba się nie zmieści.

Nie powiedziałam nic o szachach. Przełknęłam to.

- To kiedy, synku?

- Agata ma planer, pogadam z nią. Na pewno coś znajdziemy, mamo.

Na pewno coś znajdziemy. Jakbym była dentystą, do którego trzeba się umówić.

Wieczorem siedziałam na balkonie z herbatą i patrzyłam na podwórko. Pani Jadwiga z parteru szła z wnuczką za rękę, dziewczynka miała może cztery lata i niosła balonik. Wracały chyba z placu zabaw. Jadwiga coś opowiadała, dziewczynka się śmiała, a potem podniosła kamyk i podała babci, jakby to był diament. Jadwiga schowała go do kieszeni.

Pomyślałam, że ostatni raz Olek dał mi coś do ręki - liść kasztanowca, mokry, jesienny - chyba z pół roku temu. Pamiętam, bo schowałam go do książki. Potem zasechł i połamał się na kawałki, ale nie wyrzuciłam.

Nie jestem głupia. Wiem, jak wygląda świat. Koleżanki opowiadają, że ich wnuki mają tyle zajęć, że w domu tylko jedzą i śpią. Lucyna z mojego dawnego biura mówi, że wnuczka ma dziewięć lat i chodzi na siedem różnych rzeczy w tygodniu. „Ale w sobotę przychodzi do mnie i razem pieczemy ciasto" - dodaje Lucyna i nie wiem, czy się chwali, czy pociesza.

Dwa tygodnie później pojechałam do nich sama. Niezapowiedziana - choć „niezapowiedziana" to za dużo powiedziane, napisałam SMS-a rano: „Wpadnę po południu z szarlotką, dobrze?". Agata odpisała po godzinie: „Ok, ale o 17 jedziemy na basen".

Przyjechałam o piętnastej. Olek otworzył drzwi i rzucił mi się na szyję. Pachniał czymś owocowym - jakimś żelem pod prysznic albo szamponem, nie wiem, ale pomyślałam, że już nie pachnął jak małe dziecko. Pachniał jak mały dorosły.

- Babciu, mam nowy zestaw LEGO, chodź pokażę!

Poszłam. Budowaliśmy statek kosmiczny na podłodze w jego pokoju, ja podawałam elementy, on montował, tłumaczył, gdzie jest silnik, gdzie kabina pilota. Miał taki skupiony wyraz twarzy, jak Tomek w podstawówce, kiedy budował modele samolotów.

O szesnastej trzydzieści w drzwiach stanęła Agata z torbą basenową.

- Olek, zbieraj się. Spóźnimy się.

- Ale mamo, babcia jest...

- Babcia rozumie. Prawda?

Patrzyła na mnie i nie było w jej oczach złośliwości. Była tam zmęczona kobieta, która ma grafik na telefonie, drugi w planerze i trzeci w głowie. Która wierzy, że daje dziecku wszystko, co najlepsze. I pewnie ma rację - te zajęcia, te umiejętności, ten angielski od pierwszej klasy. W moich czasach wystarczało podwórko i klucz na szyi.

- Jasne - powiedziałam. - Idź, Olku, na basenie jest fajnie.

Olek przytulił mnie szybko, wcisnął mi do ręki ludzika LEGO - kosmonautę z przeźroczystym hełmem - i pobiegł po klapki.

Zostałam sama w ich mieszkaniu. Agata krzyknęła z korytarza, żebym się nie spieszyła, że zamknę drzwi na dole. Stałam w pokoju Olka, trzymałam plastikowego kosmonautę i patrzyłam na niedokończony statek na dywanie.

Na lodówce wisiał ten planer. Podeszłam. Każdy dzień tygodnia wypełniony kolorowymi prostokątami. Angielski - niebieski. Robotyka - zielony. Judo - czerwony. Basen - żółty. Soboty miały mniej kolorów, ale wciąż były pełne. A tam, przy jednej sobocie, za trzy tygodnie, drobnym ołówkowym pismem: „babcia K.".

Ołówkiem. Żeby można było wymazać, gdyby coś ważniejszego się pojawiło.

Wzięłam długopis, który leżał obok na blacie. Stałam z nim nad planerem chyba minutę. Mogłam dopisać się mocniej. Mogłam napisać „babcia" tak, żeby nie dało się tego zetrzeć. Ale co by to zmieniło? Że Agata zobaczy i pomyśli, że jestem trudną teściową? Że Tomek znów powie „mamo, nie dramatyzuj"?

Odłożyłam długopis. Schowałam kosmonautę do kieszeni. Wyszłam, zamykając drzwi jak najciszej.

W autobusie do domu patrzyłam przez okno na osiedle, na dzieci wracające skądś z plecakami, na zmęczonych rodziców z telefonami przy uszach. Myślałam o tym, że moja mama nigdy nie potrzebowała planera, żebym do niej wpadła. Przybiegałam po szkole, rzucałam tornister, jadłam chleb ze smalcem i robiłam lekcje przy kuchennym stole, a ona obierała ziemniaki i opowiadała, co powiedziała pani z trzeciego piętra. To było codzienne. Nieplanowane. Ołówek ani długopis nie były potrzebne.

Ale może tamten świat umarł. Może teraz dzieci planuje się jak projekty, a babcie wchodzą w grafik między judo a basenem. Może to ja się nie umiem dostosować.

Siedzę teraz w kuchni, piję herbatę i kręcę w palcach tego LEGO kosmonautę. Za trzy tygodnie jest ta ołówkowa sobota. Nie wiem, czy przetrwa do wtedy, czy ktoś ją wymaże i wpisze kolejne zajęcia. Ale wiem jedno - kiedy Olek wcisnął mi tego ludzika do ręki, nie sprawdzał żadnego grafiku. Po prostu chciał, żebym miała kawałek jego świata.

Pytanie, czy ten kawałek wystarczy.