Mój Azor zasnął w środę u weterynarza - miał czternaście lat, spacerowaliśmy trzy razy dziennie. Płakałam jak po człowieku. Córka pocieszyła po swojemu: „mamo, to tylko pies. Zresztą super - teraz możesz brać małych na całe weekendy, nic cię już nie trzyma".
Stałam wtedy na klatce schodowej, z telefonem przy uchu i pustą smyczą w drugiej ręce, bo wracałam właśnie od weterynarza. Jeszcze ciepłą miałam dłoń od jego sierści. A Natalia mówiła dalej, szybko, konkretnie, jakby odhaczała punkt na liście: „Mamo, słyszysz? Kuba ma w sobotę urodzinki, mogłabyś wziąć ich od piątku. I Zosię też, bo Darek ma delegację".
Nie odpowiedziałam. Rozłączyłam się, weszłam do mieszkania i usiadłam w przedpokoju na podłodze, z plecami opartymi o szafkę na buty. Azorowa miska stała pod wieszakiem. Niebieska, z odpryskiem na brzegu. Woda jeszcze w niej była.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat jestem na emeryturze. Przepracowałam dwadzieścia osiem lat w księgowości huty w Krakowie, a potem jeszcze sześć w prywatnej firmie na Podgórzu. Mąż, Ryszard, odszedł osiem lat temu - nie umarł, tylko odszedł. Do koleżanki z pracy, o piętnaście lat młodszej. Rozwód trwał rok. Został mi blok na Nowej Hucie, emerytura i Azor - szczeniak ze schroniska, którego Ryszard przyniósł dwa lata przed odejściem. Jedyne dobre, co po sobie zostawił.
Natalia jest moją jedyną córką. Ma trzydzieści osiem lat, męża Darka i dwójkę dzieci - Kubę, lat pięć, i Zosię, lat trzy. Mieszkają na drugim końcu miasta, na nowym osiedlu za Wieliczką. Natalia pracuje w korporacji, Darek w jakiejś firmie IT. Oboje dużo pracują. Bardzo dużo.
Kiedy Ryszard odszedł, Natalia miała trzydzieści lat i właśnie wzięła ślub. Pamiętam, że na weselu powiedziała mi: „Mamo, teraz musisz żyć dla siebie. Nareszcie". Brzmiało to ładnie. Tylko że Natalia zawsze mówi rzeczy, które brzmią ładnie, a znaczą co innego. „Żyj dla siebie" oznaczało: nie dzwoń za często. Nie narzekaj. Nie opowiadaj mi o tacie. Daj spokój.
Więc dałam spokój. Miałam Azora.
Przez czternaście lat ten pies był moim zegarem. Szósta rano - spacer. Czternasta - spacer. Dwudziesta - spacer. Bez względu na pogodę, na samopoczucie, na to, czy bolały mnie kolana. Azor ciągnął mnie na dwór, kiedy ja nie miałam siły wstać. Azor kładł łeb na moich kolanach, kiedy płakałam po rozwodzie. Azor szczekał na listonosza i warczał na gołębie, i było w tym mieszkaniu życie, ruch, ciepło.
A teraz cisza. Taka cisza, że słyszę zegar ścienny w kuchni i lodówkę, i kroki sąsiada z góry. I tę ciszę po Natalii.
Zadzwoniła ponownie w czwartek rano. Nawet nie zapytała, jak się czuję. Od razu: „Mamo, to jak z tymi urodzinkami? Bo muszę zaplanować. Darek mówi, że może odwieźć dzieci w piątek koło szesnastej".
- Natalia - powiedziałam. - Azor nie żyje.
- Wiem, mamo, mówiłaś wczoraj. Przykro mi. Ale co z piątkiem?
Usiadłam przy kuchennym stole. Na blacie stała jeszcze puszka z psim jedzeniem, z otwartą klapką, bo w środę rano dałam mu ostatni posiłek przed wyjazdem do kliniki. Patrzyłam na tę puszkę i myślałam: moja córka traktuje śmierć mojego psa jak zwolnienie się terminu w kalendarzu.
- Nie wiem, czy dam radę w piątek - powiedziałam wreszcie.
Cisza. A potem Natalia, tym swoim tonem, trochę zniecierpliwionym, trochę zawiedzonym: „Mamo, no ale czemu? Przecież teraz nie musisz wychodzić z psem. Masz wolne ręce".
Wolne ręce. Jakbym była maszyną, która się zwolniła z jednego zlecenia i czeka na następne.
Nie powiedziałam tego na głos. Powiedziałam: dobrze. Przywieźcie. I rozłączyłam się, i przez resztę dnia sprzątałam po Azorze. Złożyłam kocyk z jego legowiska, schowałam miski, wyrzuciłam resztę karmy. Każdy przedmiot pachnął nim. Każdy mnie rozbijał.
W piątek po południu Darek przywiózł dzieci. Kuba wbiegł do mieszkania z krzykiem, Zosia płakała, bo chciała tablet. Darek stał w drzwiach dwie minuty, powiedział „dziękujemy, odbierzemy w niedzielę koło osiemnastej" i poszedł. Żadnego „jak się pani czuje". Żadnego „przepraszam za Natalię". Ale Darek nigdy dużo nie mówił.
Kuba w pewnym momencie zapytał: „Babciu, a gdzie Azor?".
Serce mi się ścisnęło. Przyklękłam przy nim i powiedziałam: „Azor poszedł do nieba, kochanie". Kuba popatrzył na mnie poważnie, tymi swoimi dużymi oczami, i powiedział: „To mu powiedz, żeby wrócił, bo ja chcę się z nim bawić".
Rozpłakałam się. Kuba przytulił mnie niezdarnie, rękami jak patyczki. I to był jedyny moment w tym całym tygodniu, kiedy ktoś mnie przytulił.
W sobotę, przy urodzinkowym torcie z Biedronki, zadzwoniła Natalia, żeby sprawdzić, czy Kuba zdmuchnął świeczki. Rozmawiałam z nią krótko. A potem, wieczorem, kiedy dzieci już spały, usiadłam w salonie i zrobiłam coś, czego nie robiłam od lat. Wyciągnęłam stary album ze zdjęciami. Azor szczeniak na kocu. Azor na działce ROD u sąsiadki Krystyny. Azor na spacerze nad Wisłą. Azor i mały Kuba, jeszcze raczkujący, ciągnący go za ucho. Na każdym zdjęciu życie.
I wtedy pomyślałam o czymś, co siedziało we mnie od środy, ale nie umiałam nazwać. Natalia nie powiedziała „to tylko pies" dlatego, że jest zła. Natalia powiedziała to, bo nigdy nie miała nikogo, kto by ją kochał tak bezwarunkowo jak Azor kochał mnie. Ryszard odszedł, kiedy miała dwadzieścia dwa lata. Pokazał jej, że miłość jest warunkowa. A ja - ja byłam wtedy tak zajęta własnym bólem, że może nie dałam jej tego, co powinnam.
A może się mylę. Może Natalia po prostu jest zimna i praktyczna, jak jej ojciec. Może wyrosła na kogoś, kto widzi psa jako zwierzę, matkę jako darmową opiekunkę, a emocje jako stratę czasu. I nie wiem, co jest gorsze - to, że taka jest, czy to, że mogłam mieć w tym swój udział.
W niedzielę wieczorem Darek zabrał dzieci. Mieszkanie znów było puste. Umyłam naczynia, złożyłam rozkładaną kanapę, zebrałam okruszki po cieście. I wtedy zobaczyłam smycz Azora. Czerwoną, trochę przetartą, wiszącą na haku w przedpokoju. Musiałam ją przeoczyć przy sprzątaniu.
Zdjęłam ją. Trzymałam w rękach. I zamiast schować do szuflady, powiesiłam z powrotem na haku.
Następnego dnia rano, o szóstej, obudziłam się jak zwykle. Nogi same poniosły mnie do przedpokoju. Stałam tam chwilę, patrząc na smycz i na puste miejsce przy drzwiach, gdzie Azor zawsze czekał, merdając ogonem.
A potem włożyłam kurtkę i wyszłam na spacer. Sama. Bez psa, bez wnuków, bez nikogo. Szłam naszą trasą - wzdłuż bloków, przez park, koło ławki pod kasztanem, gdzie Azor zawsze obwąchiwał ten sam słupek. Powietrze było chłodne, majowe, pachniało mokrą trawą.
Wróciłam po godzinie. Na ekranie telefonu czekała wiadomość od Natalii: „Mamo, jak z następnym weekendem? Mogłabyś wziąć dzieci od czwartku?".
Patrzyłam na ten tekst długo. Potem odłożyłam telefon na szafkę, obok smyczy Azora. I nie odpisałam.
Jeszcze nie.