Pan Edward spod siódemki owdowiał w zimie. Mijam go przy śmietniku - za duża kurtka, jedna siatka, oczy w ziemię. W niedzielę ugotowałam podwójny rosół i zapukałam z garnkiem. Otworzył, popatrzył i rozpłakał się w progu. Od środy gramy w remika, we czwórkę, z Lodzią i Stasią.

Ale zanim opowiem dalej, muszę cofnąć się do tego wieczoru, kiedy naprawdę zobaczyłam Edwarda po raz pierwszy. Bo wcześniej go nie widziałam. Mijałam, jasne - na klatce, przy windzie, na parkingu. Kiwał głową, ja kiwałam. Trzydzieści lat na jednym osiedlu, cztery piętra różnicy, a o tym człowieku wiedziałam tyle, co nic. Że ma na imię Edward. Że żona miała na imię Irena. Że w niedziele chodzili razem na mszę do kościoła przy Starowiślnej.

To było w lutym, tydzień po pogrzebie Ireny. Wychodziłam wieczorem z psem - mój Reksio, stary kundelek, potrzebuje swojego kółka po osiedlu przed snem. Przy altance śmietnikowej stał Edward. Nie wyrzucał śmieci. Po prostu stał. Trzymał w ręku jedną reklamówkę, pustą, i patrzył na kontener, jakby zapomniał, po co przyszedł. Kurtka na nim wisiała jak na wieszaku. Schudł chyba z dziesięć kilo. Przeszłam obok, powiedziałam „dobry wieczór". Nie odpowiedział. Nie jestem pewna, czy mnie usłyszał.

Reksio pociągnął mnie dalej, a ja szłam i myślałam o Irenie. Znałam ją trochę lepiej niż Edwarda - rozmawiałyśmy czasem na ławce przed blokiem. Miła kobieta, cicha, zawsze z tą swoją zieloną chustą na głowie, nawet latem. Rak zabrał ją w cztery miesiące. Sąsiadki mówiły, że Edward nie wychodził z mieszkania, kiedy umierała w szpitalu. Że córka przyjeżdżała z Warszawy, krzyczała na niego przez zamknięte drzwi, żeby się ogarnął, pojechał do mamy. Nie wiem, czy to prawda. Na osiedlu ludzie gadają różne rzeczy.

Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt trzy lata i od osiemnastu mieszkam sama. Mój Andrzej nie umarł - po prostu sobie poszedł. Do młodszej, jak to w tych historiach bywa. Córka Agnieszka jest w Krakowie, ma swoją rodzinę, dzwoni w niedziele, czasem w środy. Pracowałam jako księgowa w spółdzielni mleczarskiej, teraz jestem na emeryturze. Mieszkanie na trzecim piętrze, dwa pokoje z kuchnią, blok przy Wielickiej. Kraków, Podgórze. Całe moje życie mieści się w promieniu kilku przystanków autobusowych.

Ten rosół to nie był żaden wielki plan. W niedzielę rano wstawiłam garnek - jak zawsze kurczak, włoszczyzna, trochę wołowiny na smak. Lubię gotować, nawet dla siebie. Ale z kurczaka wychodzi tyle rosołu, że starczy dla trzech osób. Zwykle zamrażam. Tym razem pomyślałam o Edwardzie. O tej pustej reklamówce. O kurtce wiszące jak na wieszaku.

Wzięłam mniejszy garnek, przelałam, dodałam makaron. Stanęłam pod siódemką. Ręce mi trochę drżały, bo pomyślałam - a jeśli uzna, że jestem wścibska? Że się wtrącam? Że litość to obraza? Znałam takich mężczyzn. Andrzej by mnie wyrzucił za drzwi.

Edward otworzył po trzecim dzwonku. Miał na sobie tę samą kurtkę, jakby w niej spał. W mieszkaniu było ciemno, zasłony zaciągnięte. Poczułam zapach kawy i czegoś jeszcze - starego powietrza, zamkniętego zbyt długo w czterech ścianach.

- Dzień dobry, panie Edwardzie - powiedziałam. - Bożena jestem, spod jedenastki. Ugotowałam rosół i pomyślałam, że może pan zje talerz.

Patrzył na garnek. Potem na mnie. Dolna warga mu drgnęła i zobaczyłam, jak oczy robią mu się mokre. Nie powiedział ani słowa. Po prostu stał i płakał, cicho, bez dźwięku, jak ktoś, kto płacze od dawna, tylko do tej pory nie miał przed kim.

Nie wiedziałam, co robić. Stałam z tym garnkiem jak głupia. W końcu powiedziałam:

- Niech pan weźmie, bo wystygnie.

Wziął. Pokiwał głową. Zamknął drzwi.

Następnego dnia znalazłam garnek pod swoimi drzwiami. Umyty, z karteczką: „Dziękuję. Edward K." Litery drobne, równe, jak u kogoś, kto kiedyś dużo pisał.

We wtorek spotkałam Lodzię - Halinę Woźniak spod trójki - na klatce. Lodzia ma siedemdziesiąt lat, energii jak nastolatka i język jak brzytwa. Powiedziałam jej o Edwardzie. Zmarszczczyła brwi.

- A wiesz, że Irena mi mówiła, że on nie umie sobie jajka ugotować? Ona mu przez czterdzieści lat wszystko podawała na talerzu. On teraz pewnie żyje na chlebie z masłem.

Do rozmowy dołączyła Stasia - Stanisława Kopeć spod dziewiątki, emerytowana położna, drobna jak wróbel, ale z charakterem. Stasia pokręciła głową.

- To nie jest kwestia gotowania. On jest sam. Człowiek nie umiera od głodu, tylko od samotności.

Lodzia klasnęła w dłonie:

- No to co, dziewczyny? Robimy coś czy gadamy?

W środę wieczorem zapukałyśmy we trzy pod siódemkę. Lodzia niosła sernik, Stasia przyniosła karty do remika, ja - termos z herbatą. Edward otworzył szerzej niż ostatnio. Ogolony, w koszuli. Mieszkanie nadal ciemne, ale na stole leżał obrus.

- Grał pan kiedyś w remika? - zapytała Lodzia, nie czekając na zaproszenie.

- Grałem - powiedział Edward. Miał niski, spokojny głos. - Z Ireną graliśmy. Dawno temu.

Od tamtej środy gramy regularnie. Środa i sobota, godzina osiemnasta, mieszkanie pod siódemką. Edward rozkłada obrus, stawia cztery szklanki, parzy herbatę. Lodzia przynosi ciasto - piecze jak szalona, jakby chciała wykarmić cały blok. Stasia trzyma punktację w zeszycie, bo mówi, że inaczej Lodzia oszukuje. Ja przychodzę z garnkiem - raz rosół, raz bigos, raz grochówka. Edward je wszystko bez słowa, ale widzę, że kurtka już tak na nim nie wisi.

Minęły trzy miesiące. I wtedy zadzwoniła córka Edwarda.

Nie do niego - do mnie. Skądś zdobyła mój numer. Przedstawiła się - Marta, mieszka w Warszawie, głos suchy, rzeczowy.

- Pani Bożeno, słyszałam, że pani odwiedza mojego ojca. I te pani koleżanki. Chciałam zapytać, o co w tym chodzi.

Zamurowało mnie.

- W jakim sensie?

- W takim, że mój ojciec ma siedemdziesiąt osiem lat, mieszkanie własnościowe i oszczędności. I nagle zjawiają się trzy obce kobiety z garnkami. Proszę się nie obrazić, ale muszę zapytać wprost.

Chciałam się obrazić. Bardzo chciałam. Ale zamiast tego pomyślałam o Marcie - o kobiecie, która przez cztery miesiące choroby matki dojeżdżała z Warszawy, krzyczała za zamkniętymi drzwiami, żeby ojciec się ogarnął. Która teraz siedzi trzysta kilometrów dalej i pewnie nie śpi po nocach z poczucia winy, bo wie, że powinna tu być, a nie jest.

- Pani Marto - powiedziałam spokojnie. - Gramy w karty. Przynoszę rosół, bo gotuję za dużo. Pani ojciec to porządny człowiek i nie powinien siedzieć sam.

Cisza. Długa, krakowska cisza.

- Dobrze - powiedziała w końcu. - Ale jakby coś się działo, to proszę dzwonić do mnie, nie do pogotowia. Znaczy... do mnie też.

Rozłączyła się. Stałam z telefonem w ręku i nie wiedziałam, co czuć. Złość? Zrozumienie? Smutek, że ktoś musi podejrzewać dobroć, bo się z nią tak rzadko spotyka?

W sobotę przyszłam pod siódemkę jak zwykle. Edward otworzył drzwi, a za nim - na stole - stał wazon z tulipanami. Żółtymi, takimi jak Irena lubiła, bo na balkonie zawsze miała żółte bratki.

- Kupiłem na Starym Kleparzu - powiedział, jakby tłumaczył się z czegoś niestosownego. - Irena by chciała, żeby było ładnie, jak goście przychodzą.

Lodzia od razu zaczęła tasować karty. Stasia otworzyła zeszyt z punktami. Ja postawiłam garnek na kuchence. Wszystko jak zawsze.

Ale kiedy Edward rozdawał karty, zatrzymał się na chwilę z talią w dłoni i powiedział cicho:

- Marta dzwoniła. Mówi, że przyjedzie w niedzielę.

Nie wiedziałam, czy przyjedzie sprawdzić, co robimy z jej ojcem, czy po prostu - do ojca. Może ona sama nie wiedziała. Lodzia spojrzała na mnie ponad kartami, uniosła brew. Stasia zapisywała coś w zeszycie, ale widziałam, że nie pisze cyfr.

Edward podniósł swoje karty, popatrzył, ułożył wachlarzyk. W skupieniu, powoli, jakby remik był jedyną rzeczą na świecie, która ma teraz sens.

- Pani Bożeno - odezwał się, nie odrywając wzroku od kart. - Jak Marta przyjedzie... ugotowałaby pani ten rosół? Ten z niedzieli?

Spojrzałam na niego. Na te żółte tulipany. Na obrus, który pewnie leżał w szafie od pogrzebu Ireny.

- Ugotuję - powiedziałam.

I nie byłam pewna, czy to zaproszenie do rodziny, czy egzamin.