Golfa po mężu przepisałam wnukowi - „przecież pani już nie jeździ" - i jeździł nim na studia, na wakacje, do dziewczyny. W środę poprosiłam o podwiezienie do przychodni na ósmą. „Babciu, nie po drodze mi, zamów sobie taxi". Pojechałam taksówką - za oknem minął mnie golf. Mój.
Srebrnoszary, z tą rysą na lewym błotniku, którą Henryk zrobił na parkingu pod Biedronką pół roku przed śmiercią. Poznałabym go między tysiącem takich samych. Jechał w przeciwnym kierunku - w stronę osiedla Filipa, nie w stronę uczelni. O wpół do ósmej rano. Taksówkarz zapytał, czy wszystko w porządku. Powiedziałam, że tak. Skłamałam.
Nazywam się Halina, mam sześćdziesiąt osiem lat i od trzech mieszkam sama w bloku na poznańskim Piątkowie. Czterdzieści metrów kwadratowych, drugie piętro, winda co drugi dzień nie działa. Henryk umarł cztery lata temu - rak płuc, osiem miesięcy od diagnozy do końca. Po nim zostało mi mieszkanie, trochę oszczędności, album zdjęć z wakacji nad Bałtykiem i ten golf rocznik 2014. Diesel, zadbany, bo Henryk traktował go jak trzecie dziecko.
Sama nie jeżdżę od dwóch lat. Oczy. Jaskra postępująca, lekarz powiedział, że za kierownicą to ryzyko. Oddałam prawo jazdy, bo jestem odpowiedzialną osobą. A golfa? Golfa mogłam sprzedać. Mogłam. Ale przyszedł Filip.
Filip to syn mojej córki Renaty. Dwadzieścia dwa lata, studiuje informatykę na Politechnice. Wysoki, ciemnowłosy, uśmiech po dziadku. Przyszedł z bukietem tulipanów i sernikiem z cukierni na Święcickiego. Usiadł przy stole, nalał mi herbaty i powiedział: - Babciu, ten golf to po dziadku, to rodzinne. Nie sprzedawaj obcym. Ja się nim zaopiekuję, a tobie będę pomagał, gdzie trzeba. Zawiozę na zakupy, do lekarza, wszędzie.
Renata zadzwoniła wieczorem. - Mamo, Filip naprawdę by chciał. Wiesz, że go stać na utrzymanie, dorabia w tej firmie. A tobie samochód stoi i rdzewieje. Przepisz mu, dobrze zrobisz.
Przepisałam. U notariusza na Garbary, w marcu zeszłego roku. Filip podpisał papiery, uścisnął mnie i powiedział: - Babciu, nie pożałujesz. Wierzył w to, chyba naprawdę wierzył. Ja też.
Przez pierwsze miesiące było pięknie. Podwoził mnie do przychodni co trzy tygodnie na kontrolę. Raz zabrał na cmentarz, do Henryka, bo akurat jechał w tamtą stronę. Na Wielkanoc przyjechał po mnie na obiad do Renaty - nie musiałam czekać na tramwaj z torbą pełną słoików. Mówiłam sąsiadce Krystynie: - Widzisz, są jeszcze porządni młodzi ludzie.
Krystyna patrzyła na mnie znad okularów i mruczała: - Halina, poczekaj z tymi laurkami. Moja oddała synowi działkę, a teraz ją tam nie zapraszają.
Nie słuchałam. Bo nie chciałam słuchać.
Potem zaczęło się powoli. Najpierw Filip nie mógł mnie zabrać na kontrolę w lutym - kolokwium z algorytmów. Dobrze, rozumiem, studia to ważna rzecz. Wzięłam taksówkę, dwadzieścia osiem złotych w jedną stronę. Potem w marcu odwołał dwa razy z rzędu - raz choroba, raz „babciu, auto w serwisie, jakiś czujnik". Nie dopytywałam. Nie chciałam być tą babcią, która wisi na wnuku jak rzep.
W kwietniu poprosiłam, czy podrzuci mnie na Miłostowo, na grób Henryka. Rocznica śmierci. Filip napisał SMS-a: „Babciu sorry, ale jestem w Krakowie u Oli. Wracam w poniedziałek. Następnym razem na pewno!". Na cmentarz pojechałam autobusem. Trzy przesiadki. Stałam przy grobie z bólem w kolanach i myślałam o Henryku, o tym, jak mówił, żebym nigdy nie oddawała niczego za darmo. „Halina, ludzie szanują to, za co zapłacili".
Na imieninach u Renaty w maju spróbowałam poruszyć temat. Delikatnie, jak to ja. - Filip, może umówimy się na stałe, że raz w miesiącu podwieziesz mnie do okulistki? To piętnaście minut w jedną stronę.
Filip nawet nie oderwał wzroku od telefonu. - Jasne, babciu, dogadamy się.
Renata popatrzyła na niego, potem na mnie. Nic nie powiedziała. Nałożyła mi bigosu i zmieniła temat na remont łazienki.
A potem przyszła ta środa. Wizyta u okulistki na ósmą, umówiona trzy miesiące wcześniej. Zadzwoniłam do Filipa we wtorek wieczorem. - Filipku, jutro przychodnia na Szamarzewskiego, pamiętasz? Mogę cię poprosić?
Cisza. Potem westchnienie. - Babciu, nie po drodze mi, zamów sobie taxi. Mam rano zajęcia.
Nie pytałam, jakie zajęcia o wpół do ósmej. Powiedziałam „dobrze" i się rozłączyłam. Zamówiłam taksówkę na siódmą trzydzieści. Wsiadłam, podałam adres. I wtedy go zobaczyłam - golfa, mojego golfa, z tą rysą na błotniku, pędzącego w przeciwnym kierunku. Nie w stronę uczelni. W stronę osiedla, gdzie mieszka Ola, ta dziewczyna z Krakowa, która od miesiąca wynajmuje pokój na Ratajach.
W poczekalni u okulistki siedziałam z numerkiem w ręku i nie mogłam skupić się na niczym. Nie na jaskrze, nie na literach na tablicy. Myślałam o tym golfie. O Henryku, który wstawał o piątej, żeby go umyć przed niedzielnym obiadem. O sobie, jak podpisywałam u notariusza akt darowizny, szczęśliwa, że robię coś dobrego dla wnuka. O dwudziestu ośmiu złotych za taksówkę, które biorę z emerytury wynoszącej tysiąc osiemset na rękę.
Wieczorem zadzwoniła Renata. - Mamo, jak u okulistki?
- Dobrze - odpowiedziałam. - Ciśnienie w normie.
Chciałam powiedzieć o Filipie. O tym, że mi odmówił. O golfie jadącym w złą stronę. Ale Renata by powiedziała: „Mamo, on jest młody, ma swoje życie, nie rób z tego dramatu". Albo gorzej - nakrzyczałaby na Filipa, a on by się na mnie obraził, i straciłabym i samochód, i wnuka.
Więc powiedziałam: - Dobrze. Wszystko dobrze.
Krystyna wpadła następnego dnia na kawę. Opowiedziałam jej. Słuchała, mieszając łyżeczką, a potem powiedziała spokojnie: - Halinka, są dwie drogi. Albo dasz sobie wejść na głowę, albo zawalczysz. Ale walczyć to nie znaczy krzyczeć. Walczyć to znaczy powiedzieć prawdę i być gotową na to, że się komuś nie spodoba.
Leży przede mną kartka. Zapisałam na niej numer do kancelarii notarialnej na Garbary. Nie wiem jeszcze, czy zadzwonię. Nie wiem, czy darowizna da się cofnąć - Henryk by wiedział, on zawsze wiedział takie rzeczy. Wiem tylko, że w niedzielę są imieniny Renaty, cała rodzina się zbiera, i Filip też tam będzie. Z kluczykami od golfa w kieszeni.
Mogę milczeć. Uśmiechać się, jeść sernik, chwalić Renatę za nowe zasłony. Mogę być tą babcią, która nie sprawia kłopotu. Albo mogę powiedzieć to, co leży mi na sercu - i zobaczyć, co zostanie z rodziny, kiedy prawda wyjdzie na stół obok bigosu.
Henryk mówił: „Nie oddawaj niczego za darmo". Może nie chodziło mu tylko o samochód.