Sylwestra młodzi robią u mnie, „bo mama ma największy salon". Gotowałam od rana, o północy zbierałam w kuchni kieliszki. Toast wznieśli bez mnie - widziałam przez uchylone drzwi, jak się obejmują. O pierwszej syn zajrzał: „mamo, ogarniesz? szampan się wylał na parkiet".

Wzięłam ścierkę i poszłam ścierać. Na kolanach, w sukience, którą kupiłam specjalnie na tę noc - granatowej, z delikatnym połyskiem. Myślałam, że może ktoś powie: „Mamo, ładnie wyglądasz". Nikt nie powiedział. Na parkiecie była kałuża szampana przemieszanego z konfetti. Wytarłam, wstałam, a Tomek - mój syn - już wrócił do salonu, do swoich gości.

Mam na imię Halina. Sześćdziesiąt dwa lata. Od ośmiu mieszkam sama w tym trzypokojowym mieszkaniu na Gocławiu, bo Ryszard - mój mąż - odszedł. Nie umarł, po prostu odszedł. Do koleżanki z pracy, młodszej o piętnaście lat. Zostawił mi mieszkanie, bo jak powiedział notariuszowi - „Halina zasłużyła". Jakby to było odznaczenie za wieloletnią służbę.

Ale wracam do Sylwestra, bo ta noc zmieniła coś we mnie. Coś, co narastało latami, a pękło przy dźwięku korka od szampana, który otworzyłam sama, w kuchni, o dwunastej zero trzy.

W salonie było dwadzieścia osób. Tomek z żoną Patrycją, ich znajomi, koleżanki Patrycji z korporacji - te w cekinowych sukienkach i ze smartfonami przyklejonymi do dłoni. Była też moja córka Marzena z mężem Adamem, ale Marzena jak zwykle trzymała się blisko męża i unikała mojego wzroku. Od kiedy pół roku temu powiedziałam jej, że Adam za dużo pije, córka rozmawiała ze mną jak z sąsiadką na klatce schodowej - uprzejmie, krótko i o niczym.

Gotowałam od siódmej rano. Sałatka jarzynowa - trzy kilo. Bigos, który stał na balkonie od trzech dni, bo tak najlepiej dochodzi. Paszteciki z mięsem, rolada śląska - bo Adam lubi, a ja ciągle próbowałam go jakoś oswoić. Sernik na zimno. Koreczki z łososiem, bo Patrycja powiedziała, że „jej ludzie z pracy jedzą raczej finger food". Więc robiłam i finger food, i polskie jedzenie, i jeszcze tartinki, których przepis znalazłam w internecie o drugiej w nocy dzień wcześniej.

O osiemnastej Tomek zadzwonił: „Mamo, weź jeszcze dokup prosecco, bo Patrycja mówi, że trzy butelki to mało". Poszłam do Biedronki na rogu. W kolejce stałam dwadzieścia minut. Wróciłam, a w kuchni Patrycja już przestawiała moje talerze.

- Halinka, te talerze w kwiatki to trochę retro, nie? Może daj te białe, z serwisu - powiedziała, nie patrząc na mnie.

Dałam białe. Z serwisu, który dostałam od mamy na ślub czterdzieści lat temu. Talerze w kwiatki schowałam z powrotem do kredensu, na sam dół. Ręce mi drżały, ale nie ze złości. Z czegoś gorszego - z poczucia, że jestem gościem we własnym domu.

Goście zaczęli schodzić się o dwudziestej. Nikt nie zajrzał do kuchni, żeby zapytać, czy pomóc. Tomek włączył muzykę - głośno, tę nowoczesną, której nie rozumiem. Marzena przyniosła butelkę wina, podała mi ją w przedpokoju jak paczce kurierowi i wróciła do salonu. Adam już miał szkliste oczy.

O dwudziestej drugiej zaczęłam podawać jedzenie. Nosiłam półmiski z kuchni, jeden po drugim. Sałatka, bigos, paszteciki, rolada. Tartinki ustawiłam na szklanym talerzu, który rano specjalnie wypożyczyłam od sąsiadki z czwartego piętra. Ktoś powiedział „o, fajne". Nikt nie powiedział „dziękuję".

Potem siedzieli w salonie, a ja zmywałam pierwsze naczynia. Słyszałam śmiech, fragmenty rozmów. Patrycja opowiadała o jakimś projekcie w firmie. Tomek się śmiał - tym śmiechem, który miał tylko przy żonie, trochę wyższym niż normalnie, trochę za głośnym. Marzena milczała. Pewnie pilnowała Adama.

O dwudziestej trzeciej trzydzieści weszłam do salonu z tacą kanapek. Chciałam usiąść, ale jedyne wolne miejsce było na pufie w rogu, za stolikiem z doniczką. Usiadłam. Patrzyłam na nich. Mój syn, moja córka, ludzie, których nie znałam - wszyscy w moim salonie, na moich kanapach, przy moim stole. I było mi tak obco, jakbym weszła do cudzego mieszkania.

Przed północą Tomek poprosił o ciszę. Wstał z kieliszkiem. „Za nowy rok, za nas wszystkich, za to, co przed nami!" Kieliszki zadzwoniły. Wszyscy się objęli. Patrycja pocałowała Tomka. Marzena przytuliła się do Adama.

A ja stałam w drzwiach kuchni z mokrą ścierką w ręce, bo właśnie wycierałam blat. Widziałam ich przez szparę. Objęci, uśmiechnięci, piękni. Moje dzieci. Moi obcy ludzie.

Nikt się nie odwrócił.

O pierwszej Tomek zajrzał do kuchni. „Mamo, ogarniesz? Szampan się wylał na parkiet." Kiwnęłam głową. A potem klęczałam w tej granatowej sukience i ścierałam podłogę, a dwa metry ode mnie ktoś tańczył w butach na obcasie.

O trzeciej w nocy ostatni goście wyszli. Tomek i Patrycja pojechali taksówką do siebie. Marzena zabrała Adama - już kompletnie pijanego. Na pożegnanie córka powiedziała: „Dzięki, mamo. Było fajnie." I zamknęła za sobą drzwi.

Zostałam z brudnymi naczyniami, pełnymi popielniczkami na balkonie i resztką sernika na blacie. Usiadłam w salonie - w końcu na prawdziwym fotelu, nie na pufie - i siedziałam tak do piątej rano. Nie płakałam. Byłam za zmęczona na łzy.

Ale myślałam. O tym, że przez trzydzieści lat byłam tłem. Tłem dla męża, potem tłem dla dzieci. Gotowałam, sprzątałam, organizowałam, „ogarniam" - bo tak mówił Tomek. Mama ogarnie. Mama ma największy salon. Mama zrobi bigos na dwadzieścia osób. Mama posprząta szampana z parkietu.

Pierwszego stycznia o dziesiątej rano napisałam do Tomka wiadomość. Krótką. „Synku, kocham Cię, ale następnego Sylwestra nie robicie u mnie." Przeczytał od razu. Odpisał po godzinie: „Czemu? Coś się stało?"

Nie odpisałam. Bo co miałam napisać? Że się stało trzydzieści lat temu, kiedy uznałam, że miłość do dzieci oznacza, że muszę zniknąć? Że byłam tak zajęta byciem potrzebną, że nie zauważyłam, kiedy przestali mnie widzieć?

Marzena zadzwoniła trzeciego stycznia. „Mamo, Tomek mówi, że jesteś obrażona. O co chodzi?"

- Nie jestem obrażona, Marzenka - powiedziałam. - Po prostu chcę następnego Sylwestra spędzić inaczej.

- Jak inaczej? Sama?

Zawahałam się. W tym „sama" było tyle wyrzutu, tyle niedowierzania, jakby samotność matki była czymś niestosownym. Jakby matka nie miała prawa chcieć czegoś dla siebie.

- Może sama - powiedziałam w końcu. - A może nie. Jeszcze nie wiem.

Teraz jest marzec. Na lodówce wisi jeszcze lista zakupów z tamtego Sylwestra - nie zdjęłam jej specjalnie. Patrzę na nią codziennie rano przy kawie. Sałatka jarzynowa 3 kg, bigos, paszteciki, rolada, sernik, tartinki. Dwanaście godzin pracy. Jedno „dzięki, mamo".

Tomek dzwoni regularnie, w każdą niedzielę. Rozmowy są krótsze. Chyba czuje, że coś się zmieniło, ale nie wie co. Patrycja przysłała mi na Dzień Babci zdjęcie wnuczki z kwiatkiem - ładne zdjęcie, nie powiem. Marzena zaprosiła mnie na obiad, pierwszy raz od roku. Poszłam. Adam nie pił. Albo ukrywał lepiej.

Nie wiem, czy zrobię u siebie następną Wigilię. Nie wiem, czy moje dzieci kiedykolwiek zrozumieją, co poczułam tamtej nocy, klęcząc w granatowej sukience na mokrym parkiecie. Może nie muszą rozumieć. Może wystarczy, że ja wreszcie zrozumiałam.

Na szafce w przedpokoju leży folder biura podróży. Sylwester w Wiedniu, pięć dni, hotel z widokiem na Dunaj. Dla jednej osoby. Jeszcze nie zarezerwowałam, ale codziennie go otwieram.