Na desce z kluczami u córki wisiał nowiutki klucz z moją zawieszką - tą, która „zginęła" mi zeszłej zimy razem z zapasowym kluczem. Wisiał podpisany taśmą: „M.". Klucza do mojego mieszkania nigdy im nie dawałam.
Stałam w przedpokoju Agnieszki, z mokrymi jeszcze rękami - właśnie wycierałam kubek po herbacie - i nie mogłam oderwać wzroku od tej deski. Serce mi stanęło. „M." to ja. Małgorzata. Moje inicjały, moja zawieszka - ceramiczny bałwanek, który kupiłam sobie na jarmarku bożonarodzeniowym na Rynku w Poznaniu trzy lata temu. Pamiętam, bo Agnieszka jeszcze wtedy powiedziała, że to kiczowate. A teraz ten bałwanek wisiał u niej na ścianie, na nowiutkim dorobku mojego klucza.
Z łazienki dobiegał szum wody - Agnieszka brała prysznic. Jej mąż, Dariusz, zabrał dzieci na plac zabaw. Miałam może pięć minut. Mogłam zdjąć ten klucz z deski, schować do kieszeni, a potem w domu sprawdzić, czy pasuje. Mogłam udać, że niczego nie widziałam. Zamiast tego stałam jak wrośnięta w panele podłogowe i próbowałam sobie przypomnieć, kiedy dokładnie zgubił mi się ten zapasowy klucz.
Luty. Tak, to był luty. Agnieszka z Dariuszem przyszli do mnie na obiad. Zrobiłam gołąbki, bo Dariusz je lubi, a ja zawsze chciałam, żeby się u mnie czuł dobrze - żeby nie mówił potem, że teściowa to sknera. Po ich wyjściu szukałam zapasowego klucza, który trzymałam w szufladzie w przedpokoju. Szuflada była pusta. Pomyślałam, że go gdzieś przełożyłam. Szukałam tydzień, dwa, w końcu machnęłam ręką. Mieszkam sama od śmierci Henryka, zamek nie dawał problemów, więc odpuściłam.
A teraz patrzę na ten klucz i wszystko mi się układa w głowie jak domino. Tylko że nie chcę, żeby się ułożyło.
Mam sześćdziesiąt dwa lata. Trzydzieści osiem z nich przepracowałam jako księgowa, ostatnie dwa jestem na emeryturze. Mieszkam w bloku na Winogradach, trzecie piętro, dwa pokoje z kuchnią. Po Henryku zostało mi mieszkanie, trochę oszczędności i cisza, do której się przyzwyczaiłam. Agnieszka to moja jedyna córka. Ma trzydzieści pięć lat, męża, dwójkę dzieci. Mieszka piętnaście minut autobusem ode mnie. Spotykamy się co tydzień lub dwa, dzwonimy częściej. Myślałam, że mamy normalną, dobrą relację. Taką, w której nic nie trzeba tłumaczyć.
Ale ten klucz. Ten klucz zmieniał wszystko.
Wróciłam do kuchni, usiadłam przy stole. Kiedy Agnieszka wyszła z łazienki, owinięta w szlafrok, z mokrymi włosami, siedziałam z herbatą i uśmiechem. Nie powiedziałam ani słowa. Ona też nie. Gadałyśmy o tym, że Olek - jej starszy, sześciolatek - znowu dostał uwagę w przedszkolu. Że Dariusz myśli o zmianie pracy. Że w Biedronce jest promocja na masło. Normalna rozmowa. Cały czas w mojej głowie pulsowało jedno pytanie: po co ci klucz do mojego mieszkania, córeczko?
Wieczorem, już u siebie, obeszłam mieszkanie jak detektyw. Szuflady, szafki, półki. Wszystko na swoim miejscu. A przynajmniej tak mi się wydawało. Ale potem otworzyłam szafę Henryka. Tę, której nie ruszałam od jego pogrzebu - trzy lata temu zamknęłam ją na klucz i schowałam klucz za książkami, bo nie mogłam patrzeć na jego rzeczy. Klucz od szafy leżał tam, gdzie go zostawiłam. Szafa zamknięta. Poczułam ulgę, ale trwała sekundę. Bo jeśli nie chodziło o szafę, to o co?
Następne dni spędziłam na obserwowaniu. Wracałam do domu i sprawdzałam - czy coś przesunięte, czy coś pachnie inaczej, czy buty stoją tak jak je zostawiłam. Zaczęłam robić zdjęcia telefonem przed wyjściem. Kuchnia, przedpokój, salon. Porównywałam wieczorem. Nic. Żadnych zmian. Może przesadzam, myślałam. Może ten klucz to do innego zamka. Może ta zawieszka to przypadek.
Ale ten bałwanek. Kupiłam go sama, jedyny taki na stoisku. Nie da się pomylić.
W piątek zadzwoniłam do Agnieszki i powiedziałam, że jadę na weekend do Basi - mojej siostry w Gnieźnie. Nigdzie nie pojechałam. Rano wyszłam z domu jak zwykle, pojechałam do parku Cytadela, siedziałam na ławce trzy godziny. Potem wróciłam. Cicho otworzyłam drzwi. W mieszkaniu było pusto, ale na blacie w kuchni stał kubek po kawie, którego tam nie zostawiłam. I gąbka przy zlewie była mokra.
Ktoś tu był. Ktoś, kto ma klucz. Ktoś, kto wie, że mnie nie ma.
Usiadłam na krześle i nie wstawałam chyba godzinę. Myślałam o tysiącu rzeczy naraz. Że może Agnieszka się martwi i chce mieć dostęp na wypadek, gdyby mi się coś stało. Że może chciała coś sprawdzić. Że może Dariusz ją namówił - bo Dariusz od pogrzebu Henryka parę razy pytał między wierszami, „czy teściowa nie myśli o mniejszym mieszkaniu". Że może chcą wiedzieć, co jest w szafie Henryka - bo Henryk przed śmiercią mówił, że „wszystko jest zapisane" i żebym nie dała się nikomu oszukać.
A może po prostu wchodzą, piją kawę przy moim stole i mówią o mnie „stara, i tak nie zauważy".
W niedzielę wieczorem zadzwoniła Agnieszka.
- Mamo, jak u cioci Basi?
- Dobrze - skłamałam. - Robiłyśmy szarlotkę.
- To super. Słuchaj, chciałam zapytać... nie zgubiłaś może kiedyś takiego bałwanka? Wiesz, tej zawieszki na klucze?
Serce mi zabiło tak mocno, że musiałam przełknąć ślinę, zanim odpowiedziałam.
- Nie pamiętam. Może. A co?
- Nie, nic. Olek się bawił jakąś zawieszką i pomyślałam, że to twoja.
Cisza. Długa, dziwna cisza w słuchawce. Taka, w której matka i córka mają sobie coś do powiedzenia, ale żadna nie wie, jak zacząć.
- Agnieszka - powiedziałam w końcu. - Masz klucz do mojego mieszkania?
Usłyszałam jej oddech. Szybki, krótki. Taki jak wtedy, gdy miała dziesięć lat i złapałam ją na kłamstwie o rozbitym wazoniku.
- Mamo, ja ci wyjaśnię.
- Więc wyjaśnij.
- Ja... martwiłam się. Mieszkasz sama. Nie masz nikogo. Co jeśli upadniesz, co jeśli coś się stanie? Zrobiłam dorobek tamtego klucza, żeby w razie czego móc wejść. Nie chciałam cię prosić, bo wiem, jaka jesteś - powiedziałabyś, że nie potrzebujesz niańki.
Miała rację. Powiedziałabym dokładnie tak.
- A kawa? - zapytałam. - Kto dziś pił kawę w mojej kuchni?
Znów cisza. Dłuższa.
- Dariusz wpadł sprawdzić, czy wszystko w porządku, skoro byłaś u Basi. Mamo, naprawdę to tylko troska.
- Troska - powtórzyłam. Słowo brzmiało dziwnie, jakby straciło smak. - Dobrze. Porozmawiamy, jak przyjedziesz.
Odłożyłam telefon. Stanęłam przy oknie. Na dole, na osiedlu, ktoś wyprowadzał psa, dzieci biegały wokół piaskownicy. Normalne życie. A ja myślałam o tym, że Dariusz „wpadł sprawdzić" - ale skąd wiedział, że nie ma mnie w domu? Że Agnieszka martwiła się o moje zdrowie - ale nie przyszła z tym do mnie, tylko po cichu dorobiła klucz. I że Henryk - mój mądry, podejrzliwy Henryk - na łożu śmierci powiedział mi jedną rzecz, którą wtedy uznałam za majaczenie: „Małgosia, zmień zamki".
Zamki nie zostały zmienione. Jeszcze nie. Ale ślusarz jest umówiony na wtorek.
I nie wiem, czy to, co robię, to ostrożność - czy początek czegoś, czego już nie da się cofnąć.