Wnuk przyprowadził w sobotę dziewczynę. „Rodzice poznają ją na świętach - ty pierwsza, babciu, ty jesteś od ważnych spraw." Ola wałkowała ze mną ciasto, krzywo i wesoło. Na odchodne szepnęła: „on o pani opowiada całymi godzinami".

Stałam w drzwiach i patrzyłam, jak wsiadają do tramwaju na rogu Miłobędzkiej. Bartek odwrócił się jeszcze i pomachał - tak samo jak machał, kiedy miał sześć lat i biegł do szkoły. Ola też pomachała i coś do niego powiedziała, bo się roześmiał. Zamknęłam drzwi, oparłam się o framugę i poczułam, że coś mnie ściska w gardle. Nie ze smutku. Z czegoś, na co nie mam dobrego słowa.

Usiadłam przy stole zastawionym miskami i resztkami mąki. Na blacie leżał jeszcze ten kawałek ciasta, który Ola wycinała foremką w kształcie serca - kupiłam ją kiedyś na jarmarku w Rynku, bo Bartek jako dzieciak uwielbiał ciastka w takim kształcie. Podniosłam tę foremkę i obracałam w palcach, i wtedy zadzwoniła Renata.

- Mamo, słyszałam, że Bartek przyprowadził do ciebie jakąś dziewczynę? - głos córki był taki, jaki znam od czterdziestu lat. Uprzejmy, ale z ostrą nutką pod spodem. - Mogłaś mi powiedzieć.

- Renata, on przyszedł dwie godziny temu. Kiedy miałam ci powiedzieć?

- A co to za jedna?

Wzięłam głęboki oddech. Miałam siedemdziesiąt dwa lata, trzydzieści z nich spędzone na emeryturze po czterdziestu latach w księgowości w Zakładach Mięsnych, i wciąż reagowałam na ton Renaty jak uczennica przyłapana na ściąganiu.

- Ola. Studiuje architekturę. Ładna, miła, pomogła mi z ciastem.

- Pomogła ci z ciastem - powtórzyła Renata takim głosem, jakbym powiedziała, że dziewczyna rozłożyła bombę w kuchni. - I co, od razu babcia roku? A sprawdziłaś, skąd jest? Czym się zajmują rodzice?

- Nie przesłuchiwałam jej, Renata. To nie kancelaria.

Cisza. Potem westchnienie.

- Bartek mógł mnie uprzedzić. To ja jestem jego matką.

Odłożyła słuchawkę, a ja siedziałam z telefonem w dłoni i myślałam o tym, że Bartek powiedział mi dokładnie to samo, co Renata - tyle że odwrotnie. „Ty pierwsza, babciu." Nie matka. Nie ojciec. Babcia. I teraz musiałam zrozumieć, co z tym zrobić.

Bo to nie był pierwszy raz, kiedy Bartek przyszedł do mnie zamiast do Renaty. Dwa lata temu, kiedy rzucił studia prawnicze i przeniósł się na informatykę, też najpierw usiadł u mnie w kuchni, zjadł trzy pierogi z kapustą i powiedział: „Babciu, powiesz mamie? Ja nie umiem." Powiedziałam. Renata nie odzywała się do mnie tydzień.

A jeszcze wcześniej, kiedy miał szesnaście lat i znalazł w szufladzie Andrzeja papiery rozwodowe - te, które córka z zięciem podpisali, a potem wycofali i nikomu nie powiedzieli - przybiegł do mnie przez pół Wrocławia autobusem numer 145. Siedział na kanapie i pytał: „Babciu, oni się kochają czy udają?" Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Do dziś nie wiem.

Renata i Andrzej zostali razem. Nie pytałam dlaczego. Nie moja sprawa. Ale Bartek od tamtej pory przychodził do mnie ze wszystkim, co było ważne. A ja - głupia, stara, sentymentalna - byłam z tego dumna. I jednocześnie czułam, że coś jest nie tak. Że zajmuję miejsce, które nie należy do mnie.

Przez resztę soboty sprzątałam kuchnię i myślałam o Oli. O tym, jak trzymała wałek - oburącz, jak dziecko, które pierwszy raz wałkuje ciasto. Jak się śmiała, kiedy wyrwała dziurę w cieście. Jak powiedziała „pani Krystyno, ten sernik będzie najlepszy na świecie" z taką pewnością, że aż jej uwierzyłam. I o tym szepcie na odchodne.

„On o pani opowiada całymi godzinami."

To zdanie powinno mnie ucieszyć. I ucieszyło. Ale potem, wieczorem, kiedy leżałam w łóżku i słuchałam, jak za ścianą sąsiad ogląda mecz, przyszła inna myśl: a co Bartek opowiada o Renacie? O własnej matce? Czy w ogóle o niej mówi?

W niedzielę rano Renata przyjechała bez zapowiedzi. Stała w progu z torbą pączków z cukierni na Świdnickiej - tak jak zawsze, kiedy chciała coś załagodzić, nie przepraszając wprost.

- Mogę wejść?

- A kiedy nie mogłaś?

Usiadła przy stole, na tym samym krześle, na którym siedziała Ola. Patrzyła na resztki mąki, których nie zdążyłam wytrzeć z blatu.

Widzę, że była impreza - powiedziała cicho.

- Piekłyśmy sernik.

- Piekłyście - powtórzyła. I nagle zobaczyłam, że Renata ma łzy w oczach. Moja twarda, konkretna, zawsze-wszystko-kontrolująca córka siedziała w mojej kuchni i płakała. - Mamo, dlaczego on do mnie nie przychodzi?

Serce mi pękło. Bo znałam odpowiedź, ale nie wiedziałam, jak ją powiedzieć. Bo odpowiedź brzmiała: bo się ciebie boi, Renata. Bo każdą jego dziewczynę będziesz przesłuchiwać. Bo każdą decyzję ocenisz, zanim zdążysz jej wysłuchać. Bo kochasz go tak mocno, że dusisz. I bo ja - twoja matka - pozwoliłam mu uciekać do siebie zamiast nauczyć go, żeby z tobą rozmawiał.

Ale nie powiedziałam tego. Powiedziałam:

- Zrób nam herbatę. Opowiem ci o Oli.

Renata wstała, włączyła czajnik, wyjęła dwa kubki - te z kwiatami, które kupiłam na pchlim targu piętnaście lat temu. Przez chwilę wyglądała jak mała dziewczynka, która szuka aprobaty. Zaczęłam opowiadać - o cieście, o śmiechu, o foremce w kształcie serca. Renata słuchała. Nie przerywała. Tylko raz zapytała: „Ładna?" - i w tym jednym słowie było tyle nadziei, że musiałam odwrócić wzrok.

Opowiedziałam wszystko. Prawie wszystko. Nie powtórzyłam jednej rzeczy. Tego szeptu Oli na odchodne. „On o pani opowiada całymi godzinami." To zostawiłam dla siebie. Może dlatego, że to była jedyna rzecz, którą miałam tylko ja. A może dlatego, że wiedziałam, jak bardzo by to Renatę zabolało.

Kiedy córka wyjeżdżała, stałam w oknie i patrzyłam, jak jej samochód skręca za róg. Potem spojrzałam na telefon. Bartek napisał: „Babciu, Ola mówi, że sernik był 11/10. Kocham Cię."

Odpisałam: „Zadzwoń do mamy."

Nie odpisał. Zobaczyłam tylko dwa niebieskie ptaszki i długą, długą ciszę.

Do świąt zostały trzy tygodnie. Trzy tygodnie, żeby zdecydować, czy jestem mostem między nimi, czy murem. I czy to w ogóle mój wybór.