Przez miesiąc remontu mały mieszkał u mnie: obiady przy stole, bajka na dobranoc, rozmowy przy zmywaniu. Wrócił do domu i synowa ma pretensje: „jest niemożliwy - domaga się czytania i gadania przy kolacji, a my po pracy". Straszne nawyki, przyznaję. Zepsułam dziecko rozmową. Nie przepraszam.
Synowa zadzwoniła w piątek wieczorem. Poznałam po tonie, że nie dzwoni, żeby zapytać, jak się czuję. „Mamo, musimy porozmawiać o Kubusiu" - powiedziała, a ja już usłyszałam w tle telewizor i ten charakterystyczny dźwięk łyżki o miskę. Ktoś jadł kolację przed ekranem. Nie Kubuś, bo Kubuś najwyraźniej siedział przy stole i domagał się czegoś niebywałego - obecności.
„On przychodzi do kuchni z książką i mówi: babcia mi czytała. Siada przy stole i pyta, co jedliśmy w pracy. Ewa, ja wracam o szóstej, Tomek o siódmej, my nie mamy siły na te rozmowy" - Agnieszka mówiła szybko, jakby zdawała raport z frontu. A ja stałam przy oknie mojego mieszkania na Gocławiu i patrzyłam na kwitnące kasztany, i czułam, jak coś się we mnie zaciska. Nie złość. Coś głębszego.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt trzy lata i od dwóch lat jestem na emeryturze po czterdziestu latach w bibliotece szkolnej. Mój syn Tomek ma trzydzieści cztery lata, jest elektrykiem w dużej firmie, pracuje na pełen etat plus zlecenia. Agnieszka, jego żona, pracuje w księgowości w jakiejś korporacji przy Domaniewskiej. Kubuś ma pięć lat. To mój jedyny wnuk i - nie przesadzam - najważniejsza osoba w moim życiu obok Tomka.
Remont ich łazienki trwał miesiąc. Kafelki, rury, cały ten bałagan. Agnieszka nie chciała, żeby Kubuś wdychał kurz, a poza tym robotnicy zaczynali o siódmej rano. Więc mały przyjechał do mnie z plecaczkiem, w którym miał piżamkę z dinozaurami i pluszowego kota imieniem Pan Mruczek. Stał w drzwiach i powiedział: „Babciu, to będę tu mieszkał?". A ja odpowiedziałam: „Będziesz, kotku, i będzie nam dobrze".
I było nam dobrze. Nawet nie dobrze - cudownie. Rano budziłam go o siódmej, bo musiał iść do przedszkola. Robiłam mu kanapki z żółtym serem i ogórkiem, kroiłam jabłko na ósemki, jak to lubił. Jedliśmy razem. Ja piłam kawę, on pił kakao i opowiadał mi sen z ostatniej nocy. Potem szłyśmy na przystanek, bo przedszkole było trzy przystanki dalej. Po drodze liczyliśmy psy. To była nasza gra - kto pierwszy zobaczy psa, dostaje punkt.
Popołudniami odbierałam go o trzeciej. Gotowałam obiad - normalny, ciepły obiad. Nie jakieś cuda, zwykłe rzeczy: zupa pomidorowa, kotlety mielone, kasza z sosem. Jedliśmy przy stole. Ja naprzeciwko niego. I rozmawialiśmy. Kubuś opowiadał, co było w przedszkolu, kto się z kim pobił, kto miał nowe buty, czego się nauczyli. Ja słuchałam i zadawałam pytania. Normalne pytania: a co potem? a co powiedziała pani? a tobie się podobało?
Przez czterdzieści lat pracowałam z dziećmi. Wiem jedno - dziecko, które ma z kim rozmawiać, to dziecko, które myśli. Które nazywa to, co czuje. Które nie zamyka się w sobie, tylko szuka słów. To nie jest teoria z poradnika. To jest doświadczenie tysięcy dni, kiedy ośmiolatek przychodził do biblioteki, siadał i mówił: „Pani Bożenko, proszę mi coś polecić, bo jest mi smutno". Bo wiedział, że może powiedzieć, że jest mu smutno. Bo ktoś go wcześniej nauczył, że uczucia mają nazwy.
Wieczorami siadaliśmy na kanapie i czytałam Kubusiowi. „Przygody Mikołajka", „Dzieci z Bullerbyn", „Kubuś Puchatek" - te same książki, które czytałam Tomkowi trzydzieści lat temu. Kubuś słuchał z szeroko otwartymi oczami, a potem zadawał pytania, na które nie zawsze znałam odpowiedź. „Babciu, a dlaczego Mikołajek nie powie mamie, że się boi?". I ja mówiłam: „A jak myślisz?". I on myślał. Pięknie myślał. Pięciolatek, który zastanawia się nad motywacjami bohaterów.
Przy zmywaniu - bo naczynia myłam ręcznie, stara szkoła, Kubuś stał na stołeczku i wycierał łyżki ściereczką - rozmawialiśmy o rzeczach ważnych i nieważnych. O tym, dlaczego woda jest mokra. O tym, czy Pan Mruczek ma uczucia. O tym, że tata pracuje dużo, bo chce, żeby Kubuś miał fajny pokój. To ostatnie powiedziałam, bo chciałam, żeby mały rozumiał, że rodzice go kochają, nawet jeśli ich nie ma. Nie chciałam podkopywać Tomka i Agnieszki. Naprawdę nie chciałam.
A potem remont się skończył. Kubuś wrócił do domu. I zaczął się problem.
Agnieszka dzwoniła trzy razy w ciągu tygodnia. Za każdym razem z nowym dowodem mojej „winy". Że Kubuś odmawia jedzenia przed telewizorem. Że siada przy stole i czeka, aż ktoś siądzie naprzeciwko. Że przynosi książkę i prosi, żeby mu czytać - „a my nie mamy czasu na czytanie każdego wieczoru, Ewa, to nierealistyczne". Że pyta Tomka: „Tato, a co było dzisiaj w pracy?" - a Tomek nie wie, co odpowiedzieć, bo po dziesięciu godzinach na budowie chce tylko ciszę.
Za trzecim razem powiedziałam: „Agnieszko, ja rozumiem, że jesteście zmęczeni. Ale on nie robi nic złego. On chce z wami rozmawiać".
Cisza. Potem, ciszej: „Pani Bożeno, pani go rozpuściła. Nie każda rodzina funkcjonuje jak z książki. My żyjemy normalnie".
Normalnie. To słowo mnie zabolało. Bo ja wiem, co Agnieszka rozumie przez „normalnie". Wrócić z pracy, podgrzać coś w mikrofali, włączyć bajkę na tablecie, żeby dziecko zjadło, potem kąpiel, potem łóżko. Bez złości to mówię - wiem, że są zmęczeni. Wiem, że praca Agnieszki jest mordercza, że Tomek wraca z pociętymi rękami i bolącymi plecami. Rozumiem to. Naprawdę.
Ale nie potrafię powiedzieć, że zrobiłam źle.
Tomek zadzwonił w niedzielę. Mówił miękko, jak zawsze, kiedy nie chciał mnie zranić, ale musiał. „Mamo, Agnieszka ma trochę racji. Kubuś teraz robi awantury, jak nie chcemy z nim siedzieć przy stole. Płacze wieczorem, że nikt mu nie czyta. My nie dajemy rady codziennie. Może mogłabyś... nie wiem... następnym razem trochę mniej?"
Trochę mniej. Trochę mniej rozmawiać z pięciolatkiem. Trochę mniej mu czytać. Trochę mniej być babcią.
Odłożyłam telefon i usiadłam przy stole. Tym samym, przy którym miesiąc temu Kubuś jadł zupę pomidorową i pytał, dlaczego pomidory są czerwone. Patrzyłam na puste krzesło naprzeciwko. Na ściereczką leżącą na blacie. Na stołeczek, który jeszcze stał przy zlewie.
Może powinnam przeprosić. Może powinnam powiedzieć: „Macie rację, przesadziłam, następnym razem włączę mu tablet". Może powinnam być tą rozsądną teściową, która nie wtrąca się, nie podważa, nie komplikuje.
Ale ja widziałam twarz Kubusia, kiedy słuchał, jak czytam mu o Puchatku. Widziałam, jak prostuje się na stołeczku, kiedy powiedziałam mu, że świetnie wytarł te łyżki. Widziałam, jak biegnie na przystanek i krzyczy: „Babciu, pies! Mam punkt!". I nie potrafię za to przeprosić.
W sobotę mają przyjść na obiad. Agnieszka, Tomek i Kubuś. Ugotowałam rosół, bo Kubuś lubi wyławiać marchewkę. Położyłam na stole trzy książki, które chciałam mu dać. A potem je zabrałam. A potem położyłam z powrotem jedną.
Nie wiem, co powiem Agnieszce. Nie wiem, czy Kubuś będzie u mnie nocował jeszcze kiedyś. Nie wiem, czy Tomek stanie po mojej stronie, czy po stronie żony - i czy w ogóle powinien stawać po czyjejkolwiek.
Wiem jedno. Przez miesiąc rozmawiałam z wnukiem, czytałam mu książki i jadłam z nim obiady przy stole. I on tego teraz chce od swoich rodziców. Jeśli to jest zepsucie dziecka, to niech mi ktoś powie, jak wygląda dobre wychowanie.
Jedna książka leży na stole. „Kubuś Puchatek". Zostawiam ją tam, gdzie jest.