W poniedziałek zadzwoniła pani z domu dziennego pobytu: „potwierdzamy miejsce od pierwszego października, zgłoszenie składała córka". Córka była u mnie w niedzielę. Pytała tylko, czy nie nudzi mi się samej w domu.
Odłożyłam słuchawkę i stałam tak jeszcze chwilę, w kuchni, z ręką na blacie, jakbym zapomniała, po co tu przyszłam. Na kuchence stygła herbata. Za oknem ktoś na podwórku wołał dziecko na obiad. Normalny październikowy poniedziałek, a ja nagle poczułam, że podłoga pode mną się trzęsie - choć to był parter i trzęsienie ziemi w Poznaniu raczej nie grozi.
Dom dzienny pobytu. Dla seniorów. Miejsce, gdzie siada się w kółku, klei laurki z bibuły i śpiewa piosenki z młodości. Albo i nie - nie wiem, bo nigdy w takim nie byłam. I nie prosiłam, żeby mnie w takim zapisywać.
Moja córka Renata ma czterdzieści trzy lata, pracuje jako farmaceutka w aptece przy Grunwaldzkiej i od rozwodu z Dariuszem trzy lata temu mieszka sama z dwunastoletnim Kubą. Ja - Halina, siedemdziesiąt jeden lat, emerytowana nauczycielka matematyki - mieszkam cztery przystanki dalej, w tym samym bloku na Wildzie, w którym Renata się wychowała. Po śmierci Zbyszka, mojego męża, minęło pięć lat. Pięć lat, przez które jakoś sobie radziłam.
Jakoś. To jest chyba słowo klucz.
Bo widzicie, Renata pewnie widziała to, czego ja nie chciałam widzieć. Że herbatę robię cztery razy dziennie, ale wypijam jedną. Że książki leżą otwarte na tej samej stronie od tygodni. Że kiedy dzwoni, mówię „u mnie wszystko dobrze" takim tonem, jakbym recytowała z pamięci.
W niedzielę przyszła z sernikiem. Kubę zostawiła u koleżanki. Usiadła, nalała mi herbaty, nakroiła ciasto i dopiero przy drugiej filiżance spytała lekko, jakby od niechcenia:
- Mamo, a nie nudzi ci się tak samej? Całymi dniami w domu?
- A czemu miałoby mi się nudzić? - odpowiedziałam. - Mam swoje kwiatki, mam radio, mam krzyżówki.
- No tak - powiedziała i ugryzła sernik.
Nic więcej. Żadnego „bo wiesz, jest taki dom pobytu". Żadnego „złożyłam za ciebie zgłoszenie". Nic. Gadałyśmy potem o Kubie, o jego ocenach, o tym, że Dariusz znowu nie zapłacił alimentów na czas. Normalny niedzielny obiad, tylko bez obiadu, bo Renata ostatnio woli przychodzić „na kawę", nie na rosół. Kiedyś przychodziła na rosół.
A potem ten telefon w poniedziałek.
Usiadłam przy stole i próbowałam sobie to poukładać. Żeby złożyć zgłoszenie do domu dziennego pobytu, trzeba podać dane osobowe podopiecznego. PESEL, adres, informacje o stanie zdrowia. Renata zna mój PESEL - kiedyś pomagała mi z wnioskiem do ZUS-u. Zna mój adres, oczywiście. Ale stan zdrowia? Musiała coś napisać. Co napisała? Że matka jest samotna? Że matka jest smutna? Że matka nie radzi sobie sama?
Zadzwoniłam do niej dopiero we wtorek. Potrzebowałam doby, żeby się uspokoić, bo w poniedziałek wieczorem byłam wściekła. Naprawdę wściekła - tak, że ręce mi drżały, kiedy podlewałam fikusy. Omal nie utopiłam fiołka afrykańskiego.
- Renata, dzwonili z domu dziennego pobytu - powiedziałam spokojnie.
Cisza. Trzy sekundy, może cztery, ale czułam je jak minuty.
- Mamo, ja chciałam ci powiedzieć, ale...
- Ale co? Ale wygodniej było złożyć papiery za moimi plecami?
- Nie za plecami. Chciałam najpierw sprawdzić, czy w ogóle jest miejsce, bo kolejka jest na pół roku, i dopiero wtedy...
- Dopiero wtedy co? Zapytać mnie, czy chcę? Bo w niedzielę jakoś nie zapytałaś. Pytałaś, czy mi się nudzi. Nie pytałaś, czy chcę, żebyś mnie gdzieś zapisywała.
Renata westchnęła. Znam to westchnienie - identyczne jak jej ojca, kiedy tłumaczył mi, że „przecież chciał dobrze".
- Mamo, ty od roku nie wychodzisz z domu na dłużej niż po zakupy do Biedronki. Od roku nie spotkałaś się z żadną koleżanką. Pani Krysia z trzeciego piętra powiedziała mi, że nie otwierasz jej, kiedy dzwoni.
- Pani Krysia plotkuje.
- Pani Krysia się martwi. Ja się martwię.
Powinnam była pewnie powiedzieć: „kochanie, doceniam, że się martwisz". Powinnam była być mądrzejsza, łagodniejsza, bardziej wyrozumiała. Ale ja usłyszałam coś innego między wierszami. Usłyszałam: mama jest problemem, który trzeba rozwiązać. Mama się zamknęła, trzeba ją gdzieś wysłać. Mama stała się kłopotliwa.
- Nie pójdę tam - powiedziałam.
- Dobrze, mamo. Jak chcesz.
I rozłączyła się. Grzecznie, bez kłótni. To było gorsze niż kłótnia.
W środę poszłam na cmentarz do Zbyszka. Nie dlatego, że akurat była rocznica - nie była. Poszłam, bo nie miałam z kim porozmawiać. Stałam przy grobie, poprawiałam chryzantemy i myślałam o tym, jak Renata jako dziecko bała się zostać sama w domu nawet na godzinę. Jak wołała: „mamo, nie idź, nie zostawiaj mnie". A teraz sama chce mnie gdzieś wysłać, bo za dużo siedzę w domu.
Albo nie. Albo Renata widzi coś, co ja naprawdę przed sobą ukrywam.
Bo prawda jest taka, że pani Krysia rzeczywiście dzwoniła trzy razy w zeszłym tygodniu, a ja udawałam, że mnie nie ma. Że ostatnią książkę przeczytałam do końca w marcu. Że czasem siedzę w fotelu i patrzę na ścianę tak długo, aż za oknem robi się ciemno, i nie wiem, gdzie poszło popołudnie. Że kiedyś uczyłam trzydzieścioro dzieci algebry, a teraz nie potrafię zmotywować się, żeby zejść po pieczywo.
W czwartek Renata przyszła bez zapowiedzi. Stała w drzwiach z reklamówką z Biedronki.
- Przyniosłam ci twarożek i pomidory - powiedziała. - Wpuścisz mnie?
Wpuściłam. Usiadłyśmy w kuchni. Renata postawiła przede mną broszurę - kolorową, na kredowym papierze. Dom dziennego pobytu „Pogodna Jesień". Na zdjęciu uśmiechnięci ludzie malowali akwarelami. Wyglądali jak z reklamy suplementów diety.
- Nie musisz decydować teraz - powiedziała cicho. - Ale przeczytaj. To nie jest dom starców, mamo. Przychodzisz rano, wracasz po obiedzie. Są wycieczki, są zajęcia. Są ludzie.
- Ja mam ludzi.
- Kogo, mamo?
To pytanie zawisło w kuchni jak dym po zgaszonej świeczce. Kogo. Naprawdę - kogo? Koleżanki z pokoju nauczycielskiego dawno się rozsypały - Bożena umarła, Jadwiga przeniosła się do córki do Wrocławia, Lucyna ma Alzheimera. Sąsiadki traktuję jak intruzów. Renata przychodzi raz w tygodniu, Kuba prawie nigdy.
Nie odpowiedziałam. Wzięłam broszurę i schowałam do szuflady, między rachunki za prąd.
Renata wyszła po godzinie. W progu odwróciła się i powiedziała coś, czego się nie spodziewałam:
- Przepraszam, że nie zapytałam wcześniej. Powinnam była zapytać. Ale bałam się, że powiesz „nie" - i wtedy co? Miałam patrzeć, jak znikasz?
Zamknęłam drzwi i stałam w przedpokoju. Wieszak, lustro, buty Zbyszka, których wciąż nie wyrzuciłam. Pięć lat i wciąż stoją. Może Renata ma rację, że znikam. Może ja tego nie chcę widzieć.
Jest piątek. Broszura leży w szufladzie. Pierwszy października to za trzy tygodnie. Nie zadzwoniłam jeszcze ani żeby potwierdzić, ani żeby odmówić. Siedzę w kuchni, herbata stygnie, za oknem ktoś woła dziecko na obiad - a może to inne dziecko, a może to ten sam głos co w poniedziałek, i ja po prostu nie zauważyłam, że minął cały tydzień.
Otwieram szufladę. Patrzę na broszurę. Zamykam szufladę.
Otwieram ponownie.