Wnuk wpada co środę na kawę - godzina rozmowy, ciasteczka, wzruszałam się, że sam z siebie. W czwartek wypadł mu notes: przy kartce „wolontariat - opieka nad seniorem" moje środy, wpisane co do godziny. Do stypendium trzeba czterdziestu godzin. Zostały mu cztery.

Podniosłam ten notes z podłogi w przedpokoju, tuż obok szafki na buty. Musiał wypaść Kubusiowi z kurtki, kiedy wkładał trampki. Najpierw pomyślałam, że to jakiś zeszyt z uczelni - studiuje zarządzanie na Politechnice Wrocławskiej, drugi rok. Otworzyłam odruchowo, bo notes leżał rozchylony, a ja nie jestem kobietą, która zostawia coś na podłodze. I wtedy zobaczyłam tabelkę. Starannym pismem Kubusia, tym samym, którym pisał mi życzenia na Dzień Babci, wypisane daty. Moje środy. Co do minuty: „15:00 - przyjście, kawa, pytania o zdrowie. 15:30 - wspólne ciastka. 16:00 - rozmowa, wspomnienia. 16:15 - herbata. 16:30 - pożegnanie." A u góry kartki nagłówek: „Wolontariat - opieka nad seniorem."

Usiadłam na taborecie w przedpokoju. Nogi mi zmiękły. Byłam tym seniorem. Ja, Grażyna Walczak, sześćdziesiąt siedem lat, emerytowana księgowa, matka dwóch synów i babcia trojga wnuków - byłam czyimś projektem zaliczeniowym.

Zaczęło się w październiku. Kubuś zadzwonił w niedzielę wieczorem, co samo w sobie było dziwne, bo dwudziestolatki raczej nie dzwonią do babć w niedzielę. „Babciu, mogę wpadać do ciebie co środę? Na kawę, pogadamy?" Omal się nie rozpłakałam. Mój Kubuś, najstarszy wnuk, jedyny, który nie musiał mnie odwiedzać z obowiązku - sam chciał. Powiedziałam mu, żeby przychodził kiedy chce, że drzwi zawsze otwarte. Że upiekę sernik, ten z rodzynkami, który lubił jako dzieciak.

I przychodził. Punktualnie o trzeciej. Zdejmował buty przy drzwiach, jak go uczyłam, kiedy miał pięć lat. Siadał przy kuchennym stole, na tym samym krześle co zawsze - tym z poduszką, bo reszta jest twarda. Pytał o moje kolano, o ciśnienie, o to, co robiłam przez tydzień. Słuchał. Naprawdę słuchał, nie tak jak synowie, którzy dzwonią w biegu z pytaniem „mamo, zdrowa?", a zanim odpowiem, już mówią, że muszą lecieć.

Opowiadałam mu rzeczy, o których nie mówiłam nikomu od lat. O dziadku Staszku, o tym, jak się poznaliśmy na zabawie w remizie w Oleśnicy. O tym, jak pracowałam nocami nad bilansami, żeby synowie mogli iść na studia. O sąsiadce Halinie z trzeciego piętra, która umarła w zeszłym roku i nikt nie przyszedł na pogrzeb oprócz mnie i listonosza. Kubuś kiwał głową, czasem się śmiał, czasem milczał w ten sposób, który mówił więcej niż słowa. Myślałam, że może moje pokolenie jednak wychowało kogoś porządnego.

Cieszyłam się na te środy jak dziecko. W poniedziałki już planowałam, co upiekę. Mazurek z bakaliami, szarlotkę na kruchym cieście, faworki, bo lubił. We wtorki sprzątałam mieszkanie, choć Kubuś mówił: „Babciu, nie musisz, ja nie przychodzę kontrolować porządku." A ja i tak ścierałam kurz z meblościanki i wstawiałam świeże kwiaty na parapet. Ktoś miał przyjść. Ktoś chciał przyjść. Do mnie.

Teraz siedziałam z tym notesem na kolanach i przeliczałam. Od października do marca - dwadzieścia trzy środy. Dwadzieścia trzy razy godzina, czasem półtorej. Przy każdej dacie odfajkowane. A obok, innym kolorem, dopiski: „rozmowa o przeszłości - ok", „samopoczucie seniora - stabilne", „potrzeby emocjonalne - kontakt społeczny, poczucie bycia wysłuchanym." Jakbym była pacjentem. Przypadkiem klinicznym. Tematem na prezentację.

Trzydzieści sześć godzin miał odhaczone. Brakowało mu czterech.

Zamknęłam notes. Położyłam na szafce przy drzwiach, żeby zobaczył, jak przyjdzie w środę. Albo nie. Schowałam do szuflady. Wyjęłam. Znów położyłam. Przez godzinę przestawiałam ten cholerny zeszyt jak wazon, który nie pasuje do żadnego miejsca w mieszkaniu.

Zadzwoniłam do Teresy, mojej siostry. Teresa mieszka w Poznaniu, jest starsza o cztery lata i ma opinię na każdy temat.

- Grażka, nie dramatyzuj - powiedziała, zanim skończyłam opowiadać. - Chłopak potrzebował godzin, to przyszedł do babci zamiast do obcego staruszka z domu opieki. To chyba lepiej?

- Lepiej? - Głos mi się załamał. - Teresa, on mnie wpisywał do rubryczki. Jak rachunki za prąd.

- A ty co myślałaś, że dwudziestolatek z własnej woli rezygnuje ze środowego wieczoru, żeby jeść sernik z babcią? Nie bądź naiwna.

To bolało bardziej niż notes. Bo Teresa miała swój rodzaj racji - taki, który nie pociesza, tylko stwierdza fakty. A fakty były takie: moje środy to nie był prezent od wnuka. To był projekt. Zadanie. Punkt w CV.

Nie spałam do trzeciej w nocy. Leżałam w ciemności i myślałam o tym, jak Kubuś trzy tygodnie temu zapytał mnie o wspomnienia z dzieciństwa. Jak pochylił się nad stołem i powiedział: „Babciu, to niesamowite, ile ty przeżyłaś." Czy to też było na zaliczenie? I ten raz, kiedy pomógł mi przenieść doniczkę z balsaminem z balkonu do pokoju, bo się oziębiło - też odnotował? „Pomoc fizyczna - pięć minut, senior wdzięczny"?

A potem pomyślałam o czymś innym. O tym, jak Kubuś w grudniu przyszedł z grypą. Kichnął cztery razy, zanim usiadł. Powiedziałam mu, żeby szedł do domu, do łóżka. Nie poszedł. Siedział półtorej godziny, wypił dwa kubki herbaty z miodem i opowiadał mi o dziewczynie, z którą się pokłócił. Żadna tabelka tego nie wymagała. Nikt nie daje punktów za herbatę z miodem u babci, kiedy ma się gorączkę i złamane serce.

W środę rano wstałam o siódmej. Poszłam do kuchni. Stałam przy blacie z ręką na pojemniku z mąką i myślałam: piec czy nie piec. Zwykła szarlotka, a czułam się, jakbym podejmowała decyzję życiową. Jabłka w lodówce były. Masło też. Problem nie leżał w szarlotce.

Upiekłam. Pachniało cynamonem i karmelizowanym cukrem, tak jak co środę od pięciu miesięcy.

O trzeciej zadzwonił domofon. Otworzyłam. Kubuś stanął w drzwiach, zarumieniony od wiatru, z torbą na ramieniu.

- Cześć, babciu. Coś tu pięknie pachnie.

Postawiłam przed nim kawę i dwa kawałki szarlotki. Usiadł na swoim krześle. Zaczął opowiadać o egzaminie z logistyki. A ja patrzyłam na niego i szukałam - w oczach, w gestach, w sposobie, jak kręci łyżeczką w filiżance - odpowiedzi na pytanie, którego nie potrafiłam zadać na głos.

Notes leżał w szufladzie. Nie wyciągnęłam go. Nie powiedziałam ani słowa.

Kiedy wstał do wyjścia, pocałował mnie w czubek głowy, jak zawsze. W przedpokoju zawahał się, przeszukał kieszenie kurtki. Zmarszczył brwi. Popatrzył na mnie.

- Babciu, nie widziałaś takiego brązowego notesu? Chyba mi gdzieś wypadł.

Miałam sekundę. Może dwie. W tej sekundzie zmieściło się wszystko - pięć miesięcy śród, sernik z rodzynkami, historia o dziadku Staszku, odfajkowane rubryczki, trzydzieści sześć godzin i cztery brakujące. Teresa mówiąca „nie bądź naiwna" i Kubuś z gorączką, który został na herbatę.

- Nie widziałam - powiedziałam.

Wzruszył ramionami, uśmiechnął się i wyszedł. A ja stałam w przedpokoju, z ręką na klamce zamkniętych drzwi, i nie wiedziałam, czy właśnie ochroniłam coś cennego, czy dałam się oszukać po raz trzydziesty siódmy.

Za tydzień znów będzie środa. I ja znów pewnie upiekę szarlotkę.