Po pogrzebie Stefana najbardziej brakowało mi instrukcji: co z ZUS-em, co z kontem, jak przeżyć pierwszą Wigilię. Spisałam „Sto dni wdowy" - dwanaście stron konkretu, trzy strony serca. Ksiądz kseruje w parafii, pani z ZUS-u podobno też. Pod kościołem obca kobieta przytuliła mnie: „pani sto dni... przeżyłam po nich". Piszę dodruk: „Drugi rok. Też się da".

Ale zacznę od początku. Bo ten początek nie wyglądał jak coś, z czego powstaje broszura.

Stefan umarł we wtorek, trzynastego marca, o piątej czterdzieści rano. Obudziłam się, bo było cicho. Nie chrapał. Przez trzydzieści osiem lat budziło mnie chrapanie, a tamtego ranka obudził mnie brak. Położyłam mu rękę na piersi. Zimna. I wtedy zaczęłam krzyczeć tak, że sąsiadka z dołu - pani Krysia - wbiegła do nas w szlafroku z kluczem zapasowym, który dawałam jej osiem lat temu na wypadek, gdybyśmy zapomnieli wyłączyć gaz.

To było w naszym bloku na Gocławiu. Trzecie piętro, cztery pokoje po remoncie, który Stefan kończył tydzień wcześniej. Nowa boazeria w przedpokoju. Twierdził, że boazeria wraca do mody. Śmiałam się, że oszalał. Teraz patrzę na tę boazerię i myślę: ostatnia rzecz, którą zrobił jego rękami.

- Halinka, musisz zadzwonić po pogotowie - powiedziała pani Krysia, a ja stałam w koszuli nocnej i nie mogłam sobie przypomnieć, jaki numer się wykręca. Dziewięć-dziewięć-siedem czy dziewięć-dziewięć-osiem. Sześćdziesiąt jeden lat, trzydzieści przepracowane w bibliotece szkolnej, a nie wiedziałam, pod jaki numer zadzwonić, kiedy umiera mąż.

Pogrzeb zorganizował syn, Darek. Trzydzieści pięć lat, inżynier w firmie budowlanej pod Krakowem. Przyjechał tego samego wieczoru, objął mnie w drzwiach i powiedział: „Mamo, ja się wszystkim zajmę." I zajął się. Zakład pogrzebowy, kwiaty, ksiądz, nekrolog w gazecie. Ja podpisywałam, gdzie kazali. Córka Ania dzwoniła z Wrocławia, płakała w słuchawkę. Przyjechała dzień przed pogrzebem z mężem Tomkiem i wnuczką Olą, która miała cztery lata i pytała, dlaczego dziadek śpi w skrzynce.

A potem wszyscy pojechali.

Darek wrócił do Krakowa w niedzielę wieczorem. Ania we wtorek rano. Pani Krysia przyniosła mi rosół w garnku i powiedziała: „Jakby co, to pukaj w podłogę." I zostałam sama z czterema pokojami, boazerią i stertą papierów, o których nie wiedziałam nic.

Stefan załatwiał wszystko. Rachunki, konto w banku, przegląd samochodu, PIT, ubezpieczenie mieszkania. Ja nawet nie znałam hasła do jego telefonu. Przez tydzień po pogrzebie próbowałam różnych kombinacji - daty urodzenia, rocznice, numer naszego mieszkania. W końcu Darek powiedział przez telefon, żebym poszła do salonu operatora z aktem zgonu. „Mamo, weź akt zgonu i dowód" - powiedział takim tonem, jakby to było oczywiste. A ja nie wiedziałam, że akt zgonu trzeba odebrać w USC i że jest na to termin.

Pierwsze cztery tygodnie to był labirynt. ZUS - wniosek o rentę rodzinną, ale najpierw zaświadczenie o okresach składkowych Stefana, a Stefan pracował w trzech zakładach, z czego jeden już nie istnieje. Bank - żeby zamknąć jego konto, potrzebowałam aktu poświadczenia dziedziczenia od notariusza, ale notariusz chciał wszystkich spadkobierców naraz, a Darek nie mógł wziąć wolnego, więc czekaliśmy trzy tygodnie. Samochód - Stefan miał fiata punto na siebie, ubezpieczenie się kończyło, a ja nie wiedziałam, czy mogę nim jeździć, bo przerejestrowanie wymaga znowu tych samych papierów.

Nikt mi tego nie powiedział. Nikt nie dał listy. W internecie znalazłam fragmenty, ale każda strona opisywała co innego, a ja nie wiedziałam, od czego zacząć.

Pewnego wieczoru, piątego tygodnia, siedziałam przy kuchennym stole i płakałam nad formularzem Z-12 z ZUS-u. Nie z żalu - już nie płakałam z żalu, to przyszło później. Płakałam z bezsilności. I wtedy pomyślałam: gdybym to spisała, gdybym zrobiła listę, krok po kroku, tydzień po tygodniu - może komuś innemu byłoby łatwiej.

Wzięłam zeszyt Stefana - taki w kratkę, A4, w którym zapisywał odczyty licznika wody - i zaczęłam od pierwszego dnia. „Dzień 1. Zadzwoń po pogotowie (112 albo 999). Lekarz stwierdzi zgon. Dostaniesz kartę zgonu - nie zgub jej, jest potrzebna do wszystkiego." Pisałam wieczorami. Dwanaście stron wyszło z konkretu: numery telefonów, adresy, jakie dokumenty do jakiego urzędu, w jakiej kolejności. I trzy strony z serca. Bo między formularzami jest jeszcze to, czego urzędy nie opisują.

Na przykład: jak przeżyć pierwszy poranek, kiedy budzik Stefana dzwoni o szóstej, bo nikt go nie wyłączył. Jak odpowiedzieć sąsiadowi na klatce, który pyta „a co u pana Stefana?", nie wiedząc. Jak zjeść kolację przy stole, przy którym przez czterdzieści lat siedziały dwie osoby. Napisałam o tym szczerze, bez owijania. Że trzeciego tygodnia rozmawiałam ze Stefanem na głos. Że czwartego wyrzuciłam jego szczoteczkę do zębów, a piątego wyjęłam ją z kosza, umyłam i postawiłam z powrotem.

Broszurę zaniosłam do parafii na Gocławiu pod koniec maja. Ksiądz Janusz przeczytał, zdjął okulary i powiedział: „Pani Halino, ja to skseruję. Niech leży przy kondolencjach." Wydrukowałam trzydzieści egzemplarzy na własnej drukarce, zszywaczem złożyłam. Tytuł: „Sto dni wdowy. Poradnik, którego nikt mi nie dał".

Rozeszły się w dwa tygodnie.

Potem pani z okienka w ZUS-ie - ta sama, która obsługiwała mój wniosek o rentę - zapytała, czy może dostać pięć sztuk. „Bo tu przychodzą panie i nie wiedzą nic, a ja nie mogę im tłumaczyć, bo kolejka." Dałam jej dziesięć. Podobno kseruje dalej na zapleczu, ale tego nie sprawdzałam.

A tamta kobieta pod kościołem? To było we wrześniu, szłam na mszę za Stefana w pół roku po śmierci. Stała przy wejściu, może sześćdziesiąt pięć lat, ciemny płaszcz, chustka. Złapała mnie za rękę i powiedziała: „Pani Sto dni? Pani jest Sto dni?" Nie zrozumiałam od razu. A ona na to: „Dostałam pani broszurę od księdza w Rembertowie. Mój mąż umarł w czerwcu. Pani sto dni - przeżyłam po nich." I mnie przytuliła. Obca kobieta, na schodach kościoła, w deszczu. Pachnąc perfumami, których nie znałam, i naftaliną z tego ciemnego płaszcza.

Wigilia była najgorsza. Gorsza niż pogrzeb. Pogrzeb ma scenariusz, ludzi dookoła, zajęcie. Wigilia ma pusty talerz. Darek przyjechał z żoną, Ania z rodziną. Usiedliśmy do stołu, dwanaście potraw, opłatek. Ola powiedziała: „Babciu, a dlaczego jest talerz, a nikogo nie ma?" Ania zaczęła płakać. Darek zacisnął szczękę. A ja złamałam opłatek i powiedziałam: „Bo dziadek patrzy, czy jemy dość." I jedliśmy. Jakoś.

O Wigilii też napisałam. Cały rozdział. Że pusty talerz jest potrzebny i trudny zarazem. Że można postawić zdjęcie albo nie stawiać - nie ma reguły. Że wolno wyjść na piętnaście minut do łazienki i tam się wypłakać, a potem wrócić po kompot z suszu.

Teraz piszę kontynuację. „Drugi rok. Też się da". Bo ludzie myślą, że po roku jest lepiej. Jest inaczej. Pierwszy rok przeżywasz na adrenalinie, na papierkach, na organizowaniu. Drugi rok to cisza. I w tej ciszy dopiero słyszysz, jak bardzo jest pusto.

Pani z ZUS-u dzwoniła w zeszłym tygodniu, pytała, kiedy będzie dodruk. Powiedziałam, że piszę nowy zeszyt. „To niech pani się pospieszy - powiedziała - bo kolejka rośnie."

Darek uważa, że powinnam to wydać prawdziwie, z ISBN i w księgarniach. Ania mówi, że wystarczy internet. Ja nie wiem. Stefan by wiedział - on zawsze wiedział, co dalej. A może właśnie o to chodzi w tych drugich stu dniach: nauczyć się nie wiedzieć i mimo to stawiać następny krok.

Wczoraj wieczorem otworzyłam zeszyt Stefana z odczytami licznika. Na ostatniej stronie, pod grudniem, jego pismo: „Halinka, pamiętaj, wodomierz co pół roku." Roześmiałam się i zapłakałam jednocześnie. A potem zapisałam na tej samej stronie pierwszy akapit nowego rozdziału.