Zwołałam rodzinę i położyłam na stole kartkę: „Starość mamy - plan". Punkty moje: zostaję u siebie, póki dam radę; potem opiekunka za wynajem pokoju; ośrodek - tylko jeśli sama wybiorę. Syn otworzył usta i zamknął. „Wszystko już wymyślone - wam zostaje herbata." Wypili grzecznie.
To było w niedzielę, czternastego kwietnia. Pamiętam, bo dzień wcześniej skończyłam sześćdziesiąt cztery lata i tort od synowej jeszcze stał na lodówce - za duży, żeby się zmieścił w środku. Zapach kremu waniliowego mieszał się z zapachem herbaty, a ja patrzyłam na swoje dzieci i czekałam, aż ktoś się odezwie. Nikt się nie odezwał. I wtedy pomyślałam: dobrze. Znaczy, że zrozumieli.
Ale nie zrozumieli. Jeszcze tego samego wieczoru zadzwonił telefon.
- Mamo, czy ty jesteś na nas zła? - spytała Kasia, moja córka. Trzydzieści osiem lat, położna w szpitalu na Bielanach, matka dwóch chłopaków. Głos miała taki, jakby się powstrzymywała od płaczu. - Bo Darek mówi, że ty nas odcinasz.
Darek to mój syn. Czterdzieści jeden lat, elektryk z własnym warsztatem pod Poznaniem. Duży, głośny, serce jak cały blok. I taki sam uparty jak jego ojciec, którego pochowałam osiem lat temu.
- Nikogo nie odcinam - powiedziałam spokojnie. - Właśnie was podłączam. Do informacji.
Kasia milczała. Słyszałam, jak w tle jej młodszy, Olek, krzyczy, że brat zabrał mu pilota. Normalny wieczór. Normalne życie. I ta rozmowa, która normalna nie była.
Pomysł z kartką nosił się we mnie od pogrzebu Heni. Henryka Majewska, moja sąsiadka z trzeciego piętra, dwa lata starsza ode mnie. Chodziłyśmy razem na spacery wzdłuż Wisły, piłyśmy kawę w tej budce przy moście Śląsko-Dąbrowskim, plotkowałyśmy o serialach. Henia była jak meble - zawsze na swoim miejscu.
Potem upadła na oblodzonym chodniku w grudniu. Złamanie szyjki kości udowej. Operacja, rehabilitacja, drugi upadek w szpitalu. Dzieci zabrały ją z jej mieszkania w ciągu tygodnia. Najpierw do córki do Grodziska, potem do syna do Radomia, potem do ośrodka pod Garwolinem, bo córka z synem pokłócili się o pieniądze. Henia przez ostatnie cztery miesiące życia mieszkała w trzech różnych miejscach. Na pogrzebie córka z synem stali po dwóch stronach kaplicy.
Wracając z cmentarza, szłam przez nasze osiedle - te bloki z wielkiej płyty przy Rydygiera, szare, ale wiosną całkiem znośne, bo kwitną wiśnie pod oknami - i pomyślałam: nie. Nie tak. Nie ze mną.
Tej samej nocy napisałam pierwszą wersję planu. Na odwrocie rachunku za prąd, bo tak mi się skojarzyło - że życie też ma swoje opłaty i lepiej wiedzieć, ile wynoszą, zanim przyjdzie upomnienie.
Plan był prosty. Punkt pierwszy: zostaję w swoim mieszkaniu, dopóki jestem w stanie sama się umyć, ugotować i dojść do sklepu. Punkt drugi: kiedy przestanę być w stanie, wynajmuję pokój po Darku - ten większy, z oknem na podwórko - opiekunce. Płacę jej mieszkaniem i dopłatą z emerytury. Punkt trzeci: jeśli dojdzie do tego, że opiekunka nie wystarczy, ja - ja, nie dzieci - wybieram ośrodek. Sama go odwiedzę wcześniej, sama podpiszę papiery.
Pod spodem dopisałam: „Proszę, żebyście to uszanowali. Nie dlatego, że was nie kocham. Dlatego, że was kocham i nie chcę, żebyście się o mnie pokłócili jak dzieci Heni."
Tego zdania im nie przeczytałam. Wyciągnęłam kartkę z planu, schowałam do szuflady pod dokumentami od ZUS-u. Może powinnam była przeczytać. Może wtedy ta herbata smakowałaby im inaczej.
Bo następne dni pokazały, że grzeczna herbata to była cisza przed burzą.
Darek przyjechał w środę. Bez zapowiedzi, co się zdarza mu raz na rok, zwykle jak coś zepsuje w łazience. Wszedł, zdjął buty, usiadł przy stole dokładnie tam, gdzie siedział w niedzielę.
- Mamo, pogadajmy poważnie. - Patrzył na mnie tymi oczami Zbyszka, mojego nieżyjącego męża. Ciemne, uparte, z takim samym zmarszczeniem między brwiami. - My z Kasią rozmawialiśmy. Uważamy, że ten twój plan... że to jest takie jakby testament za życia. Jakbyś nas już skreślała.
- Nie skreślam. Organizuję.
- Ale czemu sama? Czemu nie z nami?
Nalałam mu herbaty. Automatycznie, bo tak się robi - dziecko przyszło, to się je poi i karmi. Postawiłam cukiernicę, choć wiem, że od pięciu lat pije bez cukru.
- Bo z wami to by się zaczęło od „mamo, zamieszkasz u mnie", a skończyło na „a czemu u ciebie, a nie u mnie", a potem na „bo ty masz większe mieszkanie", a potem na „ale ja mam dzieci", a potem cisza na święta. Widziałam to u Heni. U Kowalskich z parteru. U cioci Marysi. Darek, ja was znam. Kocham, ale znam.
Syn pochylił głowę. Kręcił łyżeczką w pustej filiżance, choć nie było w niej nic do mieszania.
- To niesprawiedliwe - powiedział cicho. - Traktujesz nas tak, jakbyśmy już zawiedli.
I to było to zdanie, które mnie zatrzymało. Bo on miał rację. Trochę miał rację.
W nocy nie mogłam spać. Leżałam w sypialni, w której trzydzieści lat temu stało łóżko małżeńskie, a teraz stoi moje, jednoosobowe, z materacem ortopedycznym zalecanym przez doktora Kępę z poradni. Słyszałam tykanie zegara z przedpokoju - tego z kukułką, którego Zbyszek przywiózł z Zakopanego w osiemdziesiątym dziewiątym. I myślałam o tym, czego naprawdę się boję.
Nie ośrodka. Nie samotności. Nie nawet śmierci - śmierci się bałam, kiedy Zbyszek umierał i widziałam, jak to wygląda naprawdę, jak ciało po prostu przestaje, bez muzyki, bez kurtyny.
Bałam się, że stanę się tematem. Tematem przy niedzielnym obiedzie. „Co z mamą." „Kto tym razem bierze mamę." „Mamo, a może byś jednak..." Te rozmowy, w których jestem odmieniana przez wszystkie przypadki, ale nikt nie pyta mnie, czego chcę.
Plan miał temu zapobiec. Plan miał być moim głosem, póki jeszcze go mam.
Ale Darek powiedział „niesprawiedliwe" i to słowo kręciło się w mojej głowie jak ta łyżeczka w pustej filiżance.
W piątek zadzwoniła Kasia. Innym tonem niż poprzednio. Spokojniejszym, bardziej pielęgniarskim - takim, którego używa do pacjentek.
- Mamo, ja rozumiem, dlaczego to zrobiłaś. Naprawdę rozumiem. Ale chcę ci zaproponować jedną zmianę. Nie w planie. W podejściu. Usiądźmy razem i pogadajmy o tym - nie żebyśmy zmieniali twoje punkty, tylko żebyśmy wiedzieli, jak je wspierać.
Milczałam dłuższą chwilę. Za oknem kwitła wiśnia. Dokładnie ta sama, pod którą Henia i ja stałyśmy w zeszłym roku, jedząc lody z budki na rogu.
- Dobrze - powiedziałam w końcu. - Ale kartkę piszę ja.
Kasia się zaśmiała. Taki śmiech, że trochę jej ulżyło, ale nie do końca. Znam ten śmiech. Sama tak się śmieję, kiedy kontroluję sytuację tylko na pół.
Umówiłyśmy się na niedzielę. Znowu herbata, znowu ten stół. Tyle że tym razem chciałam wyciągnąć z szuflady tamtą drugą kartkę - tę o Heni, o miłości i o kłótniach. Jeszcze nie wiedziałam, czy ją przeczytam na głos. Może wystarczy, że będzie leżała w mojej kieszeni. Może wystarczy, że ja będę wiedzieć.
Tej nocy znów nie spałam. Ale inaczej niż poprzednio. Z zegarem z kukułką, z zapachem wiśni za oknem i z uczuciem, że plan to jedno, a rodzina to drugie - i że jedno nie musi wykluczać drugiego, ale nikt mi jeszcze nie udowodnił, że nie wyklucza.