Po ślubie zamieszkaliśmy u mnie, a kawalerkę Henryka wynajęliśmy studentom. Jego dzieci dopytują „co z kawalerką", moje - „co z twoimi trzema pokojami". Odpowiadamy zgodnie: czynsz z kawalerki właśnie opłacił nam tydzień w Zakopanem. Dwie rodziny w żałobie po majątkach. Przedwczesnej - oboje mamy się świetnie.
Kaśka zadzwoniła w niedzielę, tuż po ósmej rano. Nie dzwoni się do matki o ósmej w niedzielę z dobrymi wiadomościami.
- Mamo, rozmawiałam z Darkiem. Chcemy porozmawiać o mieszkaniu - powiedziała tym swoim tonem, który znam od trzydziestu lat. Tonem dorosłej córki, która uważa, że matka traci rozeznanie.
- O którym mieszkaniu, kochanie? - zapytałam, choć doskonale wiedziałam.
- O twoim. O trzech pokojach na Bielanach, mamo. Bo widzisz, Darek mówi, że skoro teraz jesteście we dwoje, to może warto pomyśleć…
- Kaśka - przerwałam jej spokojnie - herbata mi stygnie. Porozmawiamy w czwartek, jak przyjdziesz na obiad. I powiedz Darkowi, że nie musi mówić za siebie przez ciebie.
Odłożyłam telefon na blat kuchenny i wróciłam do stołu. Henryk siedział naprzeciwko, w tej swojej kraciastej koszuli flanelowej, którą nosi od pierwszej randki. Patrzył na mnie znad okularów.
- Kaśka? - zapytał.
- Kaśka - potwierdziłam. - Znowu o mieszkaniu.
Pokiwał głową i nalał mi herbaty. Nie skomentował. To jest w Henryku najlepsze - wie, kiedy milczeć.
Mam na imię Bożena, skończyłam sześćdziesiąt dwa lata w marcu i od czterdziestu lat mieszkam w tym samym bloku na Bielanach.
Trzy pokoje z kuchnią, czwarte piętro, winda psuje się co drugi miesiąc. Wprowadziliśmy się tu z pierwszym mężem Andrzejem, kiedy Kaśka miała rok, a Darek rósł mi w brzuchu. Andrzej umarł jedenaście lat temu - rak trzustki, pięć miesięcy od diagnozy do pogrzebu. Przez dekadę radziłam sobie sama. Pracowałam w księgowości w spółdzielni aż do emerytury, dzieci się usamodzielniły, wnuki przychodziły w weekendy na sernik.
A potem, na działce ROD u koleżanki Lucyny, poznałam Henryka. Emerytowany elektryk z Woli, wdowiec od sześciu lat, dwójka dorosłych dzieci - syn Tomasz i córka Małgorzata. Miał krzaczaste brwi, gardłowy śmiech i kawalerkę trzydzieści dwa metry na Ochocie. Na pierwszej randce zaprowadził mnie do cukierni na Nowym Świecie i zamówił dwa kawałki szarlotki, nie pytając. Chciałam sernik. Ale szarlotka była dobra.
Po pół roku chodzenia ze sobą Henryk powiedział jedno zdanie, które zmieniło wszystko:
- Bożena, ja nie chcę już wracać wieczorem do pustej kawalerki.
Nie klękał z pierścionkiem. Nie było róż. Był grudzień, ławka w parku Żeromskiego, dwie kawy na wynos i mgła nad Wisłą. Powiedziałam tak. W lutym wzięliśmy ślub cywilny. Świadkami byli Lucyna i kolega Henryka z dawnej roboty.
Dzieci dowiedziały się po fakcie. To był nasz świadomy wybór - i nasz pierwszy wspólny błąd.
Kaśka płakała. Nie ze szczęścia. Płakała, bo - jak to ujęła - „mamo, nie porozmawiałaś z nami, zanim wpuściłaś obcego faceta do taty mieszkania". Darek milczał przez tydzień, potem przysłał SMS: „Gratuluję. Mam nadzieję, że wiesz co robisz." Tomasz, syn Henryka, od razu zapytał: „Tato, a co z kawalerką?". Małgorzata nie zapytała o nic - po prostu przestała dzwonić na dwa miesiące.
Każde z czworga dzieci miało swoje kalkulacje. Widziałam to w ich oczach, nawet kiedy mówili o trosce i uczuciach. Kaśka z Darkiem - oboje po kredytach hipotecznych, oboje z wizją, że kiedyś trzy pokoje na Bielanach jakoś się „w rodzinie zostaną". Tomasz z Małgorzatą - kawalerka na Ochocie, w obecnych cenach warta tyle, że aż szkoda wynajmować studentom za dwa tysiące miesięcznie.
A my z Henrykiem? My mieliśmy inne plany.
Kawalerkę wynajęliśmy młodej parze z politechniki. Czynsz plus opłaty - dwa tysiące czterysta. Nie majątek, ale wystarczająco, żeby raz na kwartał pozwolić sobie na coś, czego przez lata sobie odmawialiśmy. W marcu - tydzień w Zakopanem. W czerwcu planowaliśmy autokar do Chorwacji. Henryk śmiał się, że na starość został playboyem.
Ale śmiech nie rozwiązywał problemu, który narastał jak pleśń za tapetą - powoli, po cichu, z kątów.
W czwartek, jak zapowiedziałam, Kaśka przyszła na obiad. Tylko że nie sama. Przyprowadził się też Darek. I jego żona Agnieszka, która zwykle trzyma się z boku, a tym razem usiadła przy stole z miną notariusza.
- Mamo, nie chcemy cię martwić - zaczęła Kaśka, krojąc pieroga na cztery części, czego nie robi nikt normalny. - Ale musimy porozmawiać jak dorośli ludzie. Tato nie żyje jedenaście lat. To mieszkanie…
- To mieszkanie jest moje - powiedziałam. - Jeszcze żyję, ostatnio sprawdzałam.
- No właśnie, mamo. - Darek odchrząknął. - Właśnie o to chodzi. Chcemy, żebyś spisała testament. Żeby było jasne, co komu. Żebyśmy potem nie musieli…
- Potem? - Henryk odezwał się cicho, ale w kuchni zrobiło się zimno. - Potem, to znaczy kiedy wasza matka umrze? To o to pytacie?
Cisza. Agnieszka patrzyła w talerz. Kaśka odłożyła widelec.
- Panie Henryku - odezwał się Darek z naciskiem na „panie" - z całym szacunkiem, ale to jest rozmowa rodzinna.
Widziałam, jak Henryk zacisnął szczękę. Jak zbielały mu kostki palców na brzegu stołu. Dwadzieścia lat temu pewnie by wstał i trzasnął drzwiami. Ale Henryk w wieku sześćdziesięciu pięciu lat tylko skinął głową, wziął swoją herbatę i wyszedł do pokoju.
I w tej chwili coś we mnie pękło. Cicho, bez dramatu - jak nitka w swetrze, której nikt nie widzi, ale od której całość zaczyna się pruć.
- Posłuchajcie mnie uważnie - powiedziałam. - Oboje. Troje. Nie będę spisywać testamentu na wasze żądanie. Nie będę tłumaczyć się z kawalerki Henryka. Nie będę przepraszać, że w wieku sześćdziesięciu dwóch lat chcę pojechać do Zakopanego z mężem, zamiast siedzieć w tym mieszkaniu i czekać, aż będziecie mogli je podzielić.
Kaśka otworzyła usta. Zamknęła je. Otworzyła ponownie.
- Mamo, ty nas źle rozumiesz…
- Nie. Rozumiem was doskonale. - Wstałam i zaczęłam zbierać talerze. - I kocham was. Ale nie zamierzam umierać szybciej, żeby wam było wygodniej.
Wyszli po dwudziestu minutach. Darek pocałował mnie w policzek sztywno, jakby żegnał się z urzędniczką w okienku. Kaśka w drzwiach szepnęła: „Mamo, ja tylko chcę, żebyś była bezpieczna." Nie wiem, czy kłamała. Może sama nie wiedziała.
Wieczorem zadzwonił Tomasz do Henryka. Słyszałam rozmowę przez ścianę - Henryk ma głośny telefon i głośniejszy głos. „Tato, Małgosia się martwi. Mówi, że ta kobieta mogłaby cię naciągnąć." Henryk odpowiedział krótko: „Ta kobieta to moja żona. I jedyna osoba, która nie pyta mnie o mieszkanie."
Potem przyszedł do kuchni, stanął w drzwiach i powiedział:
- Bożena, może oni mają trochę racji. Może powinniśmy coś spisać. Nie dla nich. Dla spokoju.
Patrzyłam na niego długo. Na te krzaczaste brwi. Na dłonie elektryka, szerokie, pełne drobnych blizn. Na mężczyznę, który rok temu poprosił mnie, żebym nie zostawiała go samego wieczorami.
- Może - powiedziałam. - Ale nie dzisiaj. Dzisiaj chcę obejrzeć film i zjeść resztkę sernika.
Usiadł obok mnie na kanapie. Włączyłam telewizor. Na ekranie leciał jakiś kryminał, ale żadne z nas nie patrzyło.
Bo w głowie miałam jedno pytanie, na które nie znałam odpowiedzi: czy nasze dzieci kiedykolwiek zobaczą w nas ludzi, a nie właścicieli metrów kwadratowych? A może to my powinniśmy wreszcie postawić sprawę jasno - i powiedzieć wprost, że te metry kwadratowe przeżyjemy sami, do ostatniego grosza?
Czynsz z kawalerki w tym miesiącu przyszedł punktualnie. Zaczęłam przeglądać oferty autobusów do Chorwacji.