W środę przyszedł syn: „powiedz jasno, że mieszkanie moje - ja bliżej". W piątek córka: „mama wie, kto naprawdę pomaga". Oboje prosili o jedno: żebym wybrała. Wybrałam u notariusza: dożywocie dla mnie, po mnie - po równo, kopie aktu poleconym do obojga. Dwa listy, jedna data odbioru. Cisza - symetryczna.
Ale żeby zrozumieć, co się właściwie stało, muszę wrócić do tamtej środy. Do zapachu palonego cukru, bo robiłam karmelem polewę na sernik i akurat wtedy zadzwonił domofon. Grzegorz nie dzwoni - Grzegorz ma klucze. Więc kiedy usłyszałam „mama, to ja, wpuść", od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Syn nie przychodzi w środku tygodnia. Syn dzwoni w niedzielę o siódmej wieczorem, regularnie jak zegarek, i mówi przez sześć minut. Tyle że tym razem stał w progu z torbą z Biedronki, w której były mandarynki, i z twarzą człowieka, który przygotował przemówienie.
Usiadł przy kuchennym stole, zjadł dwa kawałki sernika - jeszcze ciepłego, bez polewy - i powiedział: „Mamo, muszę z tobą pogadać na poważnie". Miałam sześćdziesiąt cztery lata, cztery lata po śmierci Tadeusza, dwadzieścia osiem lat w tym samym mieszkaniu na trzecim piętrze bloku przy Rydygiera na Żoliborzu. I wiedziałam, że on nie przyszedł po sernik.
„Mamo, ty już nie dajesz rady sama. Schody, zakupy, w zimie lód. Ja mieszkam piętnaście minut stąd, Marta jest w Krakowie. Logiczne jest, żebyś przepisała mieszkanie na mnie. Ja będę się tobą zajmował. Martę spłacę, dogadamy się." Mówił to spokojnie, jakby prezentował plan biznesowy. Grzegorz jest elektrykiem z własną firmą, nawykł do kosztorysów i jasnych ustaleń. Podsunął mi nawet kartkę, na której miał wypisane punkty - jak na zebraniu.
„A Marta wie?" - zapytałam.
„Marta zrozumie."
Nie odpowiedziałam wtedy nic. Powiedziałam, że sernik trzeba polać karmelem, bo stygnie. Grzegorz wyszedł po godzinie. Karmel się spalił i musiałam robić nowy.
W piątek zadzwonił domofon o ósmej rano. Marta. Z Krakowa. Sześć godzin pociągiem, bo nie lubi jeździć samochodem - a właściwie nie ma samochodu, bo po rozwodzie z Dariuszem zostało jej niewiele. Stała w drzwiach z małą walizką, z oczami podkrążonymi jak po nieprzespanej nocy i powiedziała: „Grzegorz dzwonił do mnie. Mamo, musimy porozmawiać."
Usiadła w tym samym miejscu co brat dwa dni wcześniej. Ale nie jadła sernika. Piła herbatę z cytryną i mówiła szybko, połykając końcówki zdań, tak jak robiła od dziecka, kiedy się denerwowała.
„Mamo, kto do ciebie dzwoni codziennie? Ja. Kto ci umówił wizytę u kardiologa w grudniu? Ja. Kto szukał ci tej pani do sprzątania? Ja. Grzesiek wpada z mandarynkami raz na miesiąc i myśli, że to wystarczy. A teraz chce mieszkanie, bo jest bliżej? Ja jestem dalej, ale jestem bardziej."
Patrzyłam na nią i widziałam siebie sprzed trzydziestu lat - taki sam sposób zaciskania szczęki, taki sam gest obracania łyżeczki w palcach. Marta miała czterdzieści lat i pracowała jako księgowa w małej firmie pod Krakowem. Zarabiała mało. Po rozwodzie wynajmowała kawalerkę. Mieszkanie na Żoliborzu - trzy pokoje, balkon, meblościanka jeszcze po Tadeuszu - to był dla niej ratunek. Wiedziałam o tym.
Ale wiedziałam też, że Grzegorz ma rację co do schodów. Że w styczniu poślizgnęłam się na klatce i leżałam na półpiętrze dziesięć minut, zanim sąsiadka z drugiego piętra mnie znalazła. Że kolana mam coraz gorsze, a winda w tym bloku to pieśń przyszłości - spółdzielnia obiecuje ją od dwunastu lat.
„Mama wie, kto naprawdę pomaga" - powtórzyła Marta, jakby to było hasło, które miało wszystko rozstrzygnąć.
„Wiem" - powiedziałam. I nic więcej.
Marta wyjechała w sobotę rano. W niedzielę Grzegorz zadzwonił o siódmej wieczorem, jak zwykle. Sześć minut. Żadnego słowa o mieszkaniu. O pogodzie i o tym, że mały Adaś dostał szóstkę z przyrody. Ja powiedziałam, że sernik się udał. Normalność jak z porcelany - piękna, ale krucha.
Przez następne dwa tygodnie nie spałam dobrze. Budziłam się o czwartej, leżałam w ciemności i liczyłam. Nie pieniądze - liczyłam sytuacje. Kto przyszedł, kiedy Tadeusz umierał. Kto stał przy trumnie, kto potem pomagał, kto zadzwonił następnego dnia. Kto pamięta o moich imieninach, a kto o urodzinach. Kto pyta „jak się czujesz?", a kto pyta „co trzeba zrobić?".
I wyszło mi, że oboje mają rację. I oboje jej nie mają.
Grzegorz jest blisko fizycznie - przyjedzie, przykręci kran, przyniesie zakupy, kiedy poproszę. Ale proszę muszę. Sam nie wpadnie na to, że lodówka jest pusta. Marta jest daleko - ale to ona dzwoni, pyta, pamięta. To ona znalazła mi doktora Kwiatkowskiego, który wreszcie dobrał leki na ciśnienie. To ona wysyła SMS-y: „Mamo, wypij wodę, jest gorąco". Drobne rzeczy. Codzienne. Takie, które nie mieszczą się w kosztorysie.
Umówiłam się do notariusza sama. Pani Jadwiga z parteru poleciła mi kancelarię na Mickiewicza. Pojechałam autobusem, bo taksówka to zbyteczny wydatek. Siedziałam w poczekalni między młodym małżeństwem kupującym pierwsze mieszkanie a panem w garniturze, który nerwowo obracał telefon w dłoniach. Kiedy przyszła moja kolej, notariusz - młody, pewnie trzydziestoletni, z uprzejmym uśmiechem - zapytał, czego sobie życzę.
„Chcę umowę dożywocia na moje mieszkanie. Na moją rzecz. A po mojej śmierci - podział po równo, na dwoje dzieci."
Wytłumaczył mi, co to oznacza prawnie. Że mieszkanie zostaje moje do końca. Że nikt mnie nie ruszy. Że po mnie - sprzedaż i podział, albo jedno spłaci drugie, to już ich sprawa. Podpisałam. Ręka mi nie drżała - ale czułam suchość w gardle, jakbym łykała piasek.
Kazałam zrobić dwie kopie aktu. Wysłałam je listem poleconym - jeden do Grzegorza na Żoliborz, drugi do Marty pod Kraków. Tego samego dnia, z tego samego okienka na poczcie. Pani za ladą naklejała znaczki i pytała, czy to pilne. „Nie" - powiedziałam. „Ale ważne."
Awizo dostali w ten sam czwartek. Wiem, bo sprawdzałam śledzenie przesyłek na stronie Poczty Polskiej - nauczyła mnie tego Marta, ironicznie. Odbiór potwierdzony u obojga tego samego dnia, po południu.
I wtedy zaczęła się cisza.
Grzegorz nie zadzwonił w niedzielę o siódmej. Marta nie napisała SMS-a wieczorem. Poniedziałek - nic. Wtorek - nic. W środę spojrzałam na telefon siedemnaście razy. Ekran ciemny. Żadnych mandarynek, żadnej herbaty z cytryną.
Myślałam, że będą źli. Byłam na to przygotowana. Ale nie byłam przygotowana na ciszę. Na tę idealną, symetryczną ciszę, w której oboje milczą jednakowo. Jakby po raz pierwszy w życiu się w czymś zgodzili - w tym, że nie odezwą się do matki, która nie wybrała żadnego z nich.
Albo która wybrała oboje. Co na jedno wychodzi.
Teraz siedzę przy tym samym kuchennym stole, przy którym siedzieli. Sernik stoi w lodówce, nieruszony. Na blacie leżą okulary do czytania, dwie kopie potwierdzenia nadania i kubek po herbacie. Jest czwartek, za oknem kwitnie kasztanowiec. I ja się zastanawiam nad jedną rzeczą: czy ta cisza jest karą, czy ulgą.
I czy kiedykolwiek będę pewna, że to, co zrobiłam, było sprawiedliwe - nie tylko na papierze.