Córka poprosiła o trzydzieści tysięcy - „na wkład własny, inaczej bank nie da kredytu". Dałam wszystko, co miałam na koncie. Pół roku później dowiedziałam się od zięcia, że kredytu nie brali. Na co poszły pieniądze - córka zmienia temat.

Zięć powiedział to przy niedzielnym obiedzie, tak lekko, jakby mówił o pogodzie. „A po co nam kredyt, teściowa, daliśmy radę bez niego." Trzymałam widelec z kawałkiem schabowego i poczułam, jak mi drętwieją palce. Patrycja siedziała naprzeciwko, nawet nie podniosła wzroku. Tylko przesunęła groszek po talerzu na drugą stronę, jak robiła od dziecka, gdy coś ją kłopotało.

„Jak to - bez kredytu?" - zapytałam. Głos miałam spokojny, ale żołądek już nie. Darek wzruszył ramionami. „No, normalnie. Dopięliśmy budżet inaczej. Patka ci nie mówiła?" Patka nie mówiła. Patka wstała i poszła po wodę do kuchni, chociaż butelka stała na stole.

Nazywam się Halina, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech jestem na emeryturze. Całe życie przepracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej w Poznaniu - trzydzieści cztery lata przy tych samych biurkach, w tym samym budynku na Wildzie. Liczby to mój żywioł. Dlatego może tak bardzo bolało, że tym razem się nie zgadzały.

Patrycja to moje jedyne dziecko. Urodziłam ją późno, miałam trzydzieści pięć lat, Zbyszek - mój mąż - czterdzieści. Chcieliśmy tego dziecka jak nikogo na świecie. Zbyszek zmarł osiem lat temu, rak trzustki, trzy miesiące od diagnozy do końca. Zostałyśmy we dwie. Myślałam, że to nas zbliży na zawsze. I rzeczywiście - przez jakiś czas tak było.

Patrycja poznała Darka cztery lata temu. Przystojny chłopak, elektryk z własną firmą, starszy od niej o sześć lat. Ślub wzięli szybko, po ośmiu miesiącach. Ja miałam wątpliwości - nie dlatego, że Darek mi się nie podobał, ale dlatego, że Patrycja nigdy wcześniej nie podejmowała decyzji tak szybko. Była zawsze tą ostrożniejszą, tą, która sprawdzała cenę w trzech sklepach, zanim kupi bluzę. A tu nagle - ślub, zmiana nazwiska, przeprowadzka na drugi koniec miasta.

Kiedy przyszła do mnie w styczniu z prośbą o pieniądze, siedziałyśmy w moim salonie, przy herbacie z cytryną. „Mamo, potrzebujemy trzydziestu tysięcy na wkład własny. Bank wymaga dwudziestu procent, inaczej nie da kredytu na mieszkanie. Oddamy ci, jak się ustawimy." Mówiła konkretnie, tak jak ja bym mówiła. Podała nawet nazwę banku i wysokość raty. Byłam dumna, że tak dojrzale podchodzi do sprawy.

Trzydzieści tysięcy. Prawie wszystko, co miałam na koncie oszczędnościowym. Dwadzieścia lat odkładania po sto, dwieście, trzysta złotych miesięcznie. Wycieczka do Chorwacji, z której zrezygnowałam. Nowa kanapa, której nie kupiłam. Zbyszek zostawił mi mieszkanie i maleńką emeryturę - te pieniądze to była moja jedyna poduszka bezpieczeństwa. Ale to córka. Jedyna córka. Jak miałam odmówić?

Przelałam następnego dnia. Nawet nie poprosiłam o pokwitowanie - bo od własnego dziecka się nie bierze pokwitowań, prawda?

Przez następne miesiące pytałam ostrożnie. „I co z kredytem?" „Ciągnie się, mamo, wiesz, jak to w bankach." „Znaleźliście coś fajnego?" „Szukamy, szukamy." Patrycja uśmiechała się i zmieniała temat. A ja wierzyłam, bo chciałam wierzyć.

A potem ten obiad. Ten groszek przesunięty na talerzu. I Darek, który nie wiedział, że powinien milczeć.

Wieczorem zadzwoniłam. „Patrycja, musimy porozmawiać." Cisza w słuchawce trwała tak długo, że sprawdziłam, czy połączenie nie zerwało. „O czym, mamo?" - głos lekki, jakby nic. „O trzydziestu tysiącach, córeczko. Na co poszły pieniądze?"

„Mamo, nie teraz, jestem zmęczona."

„Patrycja."

„Potrzebowałam ich. Miałam problem. Rozwiązałam go. Nie chcę o tym mówić."

Rozłączyła się. Zadzwoniłam jeszcze raz - nie odebrała. Napisałam SMS-a: „Jestem twoją matką i mam prawo wiedzieć." Odpowiedź przyszła po godzinie: „Mamo, przepraszam. Dam Ci czas. Pogadamy." Nie pogadałyśmy. Ani następnego dnia, ani za tydzień, ani za miesiąc.

Zaczęłam rozmyślać. Co to mógł być za „problem"? Głowa generowała scenariusze jeden gorszy od drugiego. Długi? Uzależnienie? Kłopoty Darka z firmą? A może coś, o czym matka w ogóle nie powinna wiedzieć? Jedna myśl nie dawała mi spokoju - te trzydzieści tysięcy to nie były jej pieniądze. To było moje bezpieczeństwo, moje lata oszczędzania, moja rezygnacja z setek małych przyjemności.

Poszłam do Krysi, sąsiadki z parteru, która zna mnie od czterdziestu lat. Usiadłyśmy na jej balkonie, majowe słońce grzało, na działkach za blokiem kwitły jabłonie. „Halinka, a powiedz mi" - Krysia zamieszała kawę - „gdyby ci powiedziała prawdę, to co byś zrobiła?" Zamyśliłam się. „Nie wiem, Krysiu. Chyba zależy, jaka ta prawda jest." „No właśnie. A może ona się boi, że jej nie wytrzymasz?"

To mnie zabolało bardziej niż kłamstwo o kredycie. Moja córka boi się powiedzieć mi prawdę? Moja Patrycja, z którą siedziałam nocami przy zadaniach z matmy, której suszyłam włosy po kąpieli, której czytałam na głos „Małego Księcia" tak długo, że obie znałyśmy go na pamięć?

Minęły trzy miesiące od tamtego obiadu. Patrycja dzwoni raz w tygodniu, w niedziele. Rozmowy trwają dokładnie piętnaście minut - wiem, bo sprawdzam. Mówi o pracy, o kocie, o serialu, który ogląda. Ja mówię o ogródku na działce, o ciśnieniu, o tym, że Krysia złamała nadgarstek. Obie omijamy temat jak kałużę na chodniku. Starannie, elegancko, udając, że jej tam nie ma.

W zeszłym tygodniu dostałam rachunek za dentystę - tysiąc osiemset złotych za koronę. Patrzyłam na konto i widziałam dwieście czterdzieści złotych. Emerytura za dziesięć dni. Siedziałam w kuchni i po raz pierwszy od śmierci Zbyszka poczułam, że jestem naprawdę sama. Nie dlatego, że nie miałam pieniędzy. Dlatego, że nie miałam do kogo zadzwonić.

Mogłabym zadzwonić do Patrycji. Mogłabym powiedzieć: „Córeczko, potrzebuję pomocy." Ale wtedy musiałabym usłyszeć w jej głosie to dziwne napięcie, tę sztuczną lekkość, za którą kryje się coś, czego nie chce mi powiedzieć. I musiałabym udawać, że tego nie słyszę.

Krysia mówi, żebym odpuściła. „Halina, trzydzieści tysięcy to nie koniec świata. Masz mieszkanie, masz emeryturę, masz zdrowie. Machnij ręką." Ale ja nie potrafię machnąć ręką, bo to nie chodzi o pieniądze. Nigdy nie chodziło o pieniądze. Chodzi o to, że moja córka potrafiła spojrzeć mi w oczy, wymyślić historię o kredycie, podać szczegóły, nazwę banku - i wszystko to było kłamstwem. Ile jeszcze razy mi kłamała? I o czym?

Przedwczoraj Patrycja napisała: „Mamo, może wpadnę w sobotę? Upiekę sernik, jak lubisz." Przeczytałam tę wiadomość chyba dziesięć razy. Sernik, jak lubię. To takie jej zagranie - gdy była mała i nabroiła, zawsze przynosiła mi laurkę albo herbatę z miodem. Jakby dobroć mogła zastąpić prawdę.

Odpiszę jej. Pewnie nawet otworzę drzwi i będziemy jeść ten sernik, i pić herbatę, i rozmawiać o niczym. Ale tym razem nie udałam. Zanim wejdzie, położę na stole wydruk z konta - ten sprzed roku, z saldem trzydzieści dwa tysiące czterysta złotych, i ten dzisiejszy, z dwustoma czterdziestoma. Niech zobaczy, co dała, zanim wezmę jej ciasto.

Nie wiem jeszcze, czy zapytam wprost. Może wystarczy, że te kartki będą tam leżeć. A może znowu schowam je do szuflady, jak robiłam już trzy razy, bo bardziej boję się odpowiedzi niż niewiedzy.

Zbyszek zawsze powtarzał: „Halinka, prawda jest jak zimna woda - nieprzyjemna, ale trzeźwi." Tęsknię za nim. On by wiedział, co zrobić. Albo przynajmniej udawałby, że wie, i to by wystarczyło.

Sobota za dwa dni. Sernik albo prawda. A może jedno i drugie. A może żadne.