Wnuki zawsze pytały mnie, jak się czuję, a od jakiegoś czasu przestały. W sobotę usłyszałam przez uchylone drzwi, jak córka im tłumaczy: „Nie pytajcie babci o zdrowie, bo potem nie da się jej przerwać."
Stałam w przedpokoju z talerzem sernika w ręku. Nogi miałam jak z waty. Zosia - moja jedyna córka, moje dziecko, dla którego przez trzydzieści lat robiłam wszystko - uczyła własne dzieci, żeby mnie nie słuchały.
Cofnęłam się cicho do kuchni. Postawiłam talerz na blacie. Usiadłam na taborecie i patrzyłam na ten sernik, który piekłam od szóstej rano, bo Kuba lubi z rodzynkami, a Mania bez, więc zrobiłam dwa. Dwa serniki. Dla wnuków, które podobno nie mogą mnie o nic zapytać, bo babcia nie umie się zamknąć.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt cztery lata i od trzech jestem na emeryturze. Całe życie pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Pradze. Mąż, Ryszard, odszedł osiem lat temu - rak płuc, dziewięć miesięcy od diagnozy do pogrzebu. Zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu, z którego powoli znikało życie. Zosia mieszka piętnaście minut autobusem, na Grochowie, z mężem Tomkiem i dwójką dzieci. Kuba ma jedenaście lat, Mania osiem. To oni byli moim światem, odkąd Ryszard umarł.
Ale w tamtą sobotę, stojąc w kuchni ze swoimi dwoma sernikami, zrozumiałam, że może mój świat widzi to inaczej.
Wieczorem, kiedy wszyscy zjedli obiad i Tomek zabrał dzieci na podwórko, zostałyśmy z Zosią same. Zmywała naczynia, ja wycierałam. Jak zawsze. I normalnie zaczęłabym od tego, co mi powiedział lekarz w czwartek o ciśnieniu, albo o tym, że kolano znów puchnie na zmianę pogody. Ale tym razem nie powiedziałam nic.
Zosia zerknęła na mnie po minucie. - Mamo, wszystko okej?
- A czemu pytasz?
- Bo jesteś taka cicha.
Chciałam powiedzieć: „Bo usłyszałam, czego uczysz moje wnuki." Ale ugryzłam się w język. Zamiast tego powiedziałam: - Zmęczona jestem. Nie spałam w nocy.
I tyle. Zosia pokiwała głową, dała mi buziaka w policzek i wrócili do siebie. A ja zostałam z tym zdaniem, które kręciło się w głowie jak w pralce na wirowaniu: „Nie pytajcie babci o zdrowie, bo potem nie da się jej przerwać."
Nie da się przerwać. Jakbym była zepsutym radiem.
Przez następny tydzień chodziłam i myślałam. Robiłam zakupy na Targowej, gotowałam zupę, której nikt oprócz mnie nie zjadał, podlewałam kwiatki na balkonie. I myślałam. Analizowałam każdą rozmowę z ostatnich miesięcy. Czy naprawdę tyle mówię o swoich dolegliwościach? Czy naprawdę nie da się mnie przerwać?
A potem sobie przypomniałam. Ostatnie urodziny Mani - przyjechałam z prezentem, z tortem własnego wypieku. Usiadłam przy stole i kiedy Kuba zapytał „Babciu, jak się czujesz?", opowiedziałam mu o wizycie u ortopedy, o zastrzykach w kolano, o tym, jak pani w rejestracji w przychodni była niegrzeczna. Mówiłam może dziesięć minut. Może piętnaście. Kuba w pewnym momencie po prostu wstał i poszedł do swojego pokoju.
Wtedy nie zwróciłam na to uwagi. Teraz to widziałam inaczej.
I jeszcze jedno wspomnienie. Wigilia, pół roku temu. Mania przybiegła do mnie i powiedziała: „Babciu, narysowałam ci choinkę!" A ja wzięłam rysunek, pochwaliłam, a potem - zamiast o nim porozmawiać - zaczęłam mówić o bólu biodra, który nie daje mi spać, i o tym, że w aptece na Ząbkowskiej zabrakło mojego leku. Mania patrzyła na mnie tymi swoimi dużymi oczami i czekała. Na co? Na to, żebym zapytała, jakimi kredkami rysowała. Jakie kolory wybrała. Czy w szkole też tak ładnie rysuje.
Nie zapytałam.
To bolało bardziej niż kolano, biodro i ciśnienie razem wzięte.
Po dwóch tygodniach zadzwoniłam do Zosi. - Córeczko, chciałabym porozmawiać. Możesz wpaść sama, bez dzieci?
Przyjechała następnego dnia. Usiadła na kanapie, ja zrobiłam herbatę z cytryną, postawiłam na stole ciasteczka z Biedronki, bo na piczenie nie miałam siły. I powiedziałam wprost.
- Słyszałam, co powiedziałaś dzieciom. Tamtej soboty. Że nie mają mnie pytać o zdrowie.
Zosia pobladła. Odstawiła szklankę. - Mamo...
- Poczekaj. Daj mi dokończyć, bo potem pewnie znów nie da się mnie przerwać.
To było złośliwe. Wiem. Ale musiało ze mnie wyjść. Zosia spuściła głowę.
- Nie chodziło mi o to, żeby... Mamo, ja nie chciałam cię skrzywdzić. Ale Kuba wrócił ostatnio i powiedział: „Mama, ja nie chcę jechać do babci, bo babcia jest smutna i ciągle mówi, że ją boli." I co ja miałam mu powiedzieć?
Cisza. Zegar na ścianie tykał. Ten sam zegar, który Ryszard powiesił dwadzieścia lat temu i który zawsze się spóźniał o trzy minuty.
- Mogłaś powiedzieć to mnie - wyszeptałam.
- A powiedziałabyś „masz rację" i coś by się zmieniło? - Zosia podniosła głowę. Miała czerwone oczy. - Mamo, ja próbowałam. Rok temu ci powiedziałam, żebyś poszła do psychologa, bo po śmierci taty nigdy nie przepracowałaś żałoby. Pamiętasz, co odpowiedziałaś?
Pamiętałam. Powiedziałam: „Psycholog? Ja nie jestem wariatka. Po prostu mnie boli kolano."
- Mamo, ja cię kocham. Dzieci cię kochają. Ale ty rozmawiasz już tylko o chorobach. O lekarzach, o lekach, o kolejkach w przychodni. Jakbyś nie miała nic innego w życiu.
I wtedy zrobiłam coś, czego się po sobie nie spodziewałam. Zamiast się obrazić, zamiast powiedzieć „no pięknie, własna córka mnie ucisza" - zamknęłam oczy. I pomyślałam: a czy mam? Czy mam coś innego w życiu?
Ryszarda nie ma. Koleżanki z pracy - każda w swoim świecie, widuję się z Lucyną raz na dwa miesiące. Siostra Jadwiga w Rzeszowie, dzwonimy do siebie w niedziele, ale i te rozmowy kręcą się wokół leków i lekarzy. Działka ROD, którą prowadził Ryszard, sprzedana dwa lata temu, bo sama nie dawałam rady. Telewizor, kuchnia, apteka, przychodnia. I wnuki, które kocham nad życie, ale do których przyjeżdżam z opowieściami o bólu.
Bo ból to jedyne, co się dzieje.
- Może masz rację - powiedziałam cicho. Zosia zaczęła płakać. Ja nie. Łzy przyszły dopiero wieczorem, kiedy wyjechała i znów siedziałam sama w kuchni.
Minął miesiąc. Zapisałam się do psychologa - pani Marzena, gabinet na Saskiej Kępie, raz w tygodniu. Pierwsze spotkanie było dziwne. Mówiłam o kolanie. Pani Marzena słuchała cierpliwie, a potem zapytała: „A o czym pani rozmawiała z mężem, kiedy żył?" I wtedy się rozpłakałam, bo uświadomiłam sobie, że od ośmiu lat nie rozmawiałam z nikim tak naprawdę. Tylko mówiłam. Do ludzi, nie z ludźmi.
Dzisiaj jest czwartek. Za dwa dni jadę do Zosi na obiad. Mania ma mi pokazać nowy rysunek - tym razem kota, bo w szkole mają projekt o zwierzętach. Przygotowuję się do tego jak do egzaminu. Obiecałam sobie: ani słowa o zdrowiu. Ani jednego. Zapytam Kubę o piłkę nożną, Manię o kota, Tomka o remont łazienki, który planują od roku.
Ale boję się. Boję się, że jak zabiorą mi choroby, to nie będę miała o czym mówić. Że za tymi opowieściami o lekarzach i lekach kryła się samotność tak wielka, że nie wiem, czym ją teraz wypełnić.
I jeszcze jedno nie daje mi spokoju. To, co Zosia powiedziała dzieciom za zamkniętymi drzwiami - zrobiła za moimi plecami, zamiast powiedzieć mi prosto w oczy. Chroniła mnie? Czy po prostu było jej wygodniej?
Nie wiem, czy te cotygodniowe spotkania z panią Marzeną cokolwiek zmienią. Nie wiem, czy zdążę odbudować to, co zepsułam. Kuba rośnie szybko - za parę lat będzie nastolatkiem i babcia przestanie go obchodzić niezależnie od tego, o czym mówi. Mania jeszcze jest mała, jeszcze patrzy tymi dużymi oczami. Jeszcze mogę zdążyć.
Dwa serniki stoją w lodówce. Jeden z rodzynkami, drugi bez. W sobotę je zawiozę. I tym razem, kiedy Mania podbiegnie, zapytam ją o tego kota.
Chociaż kolano boli jak diabli. Ale o tym akurat nikt nie musi wiedzieć.