Mąż zostawił telefon w łazience i przyszedł komunikat z Booking: „Potwierdzenie rezerwacji na weekend, pokój dwuosobowy". Miał być wtedy na wędkowaniu z kolegą. Zadzwoniłam do kolegi - nic nie wiedział o żadnym wyjeździe.
Stałam w łazience bosa, na zimnych kafelkach, z jego telefonem w ręku. Woda w prysznicu jeszcze kapała - Andrzej wyszedł dwie minuty temu, rzucił coś o herbacie i poszedł do kuchni. Słyszałam, jak nalewa wodę do czajnika, jak otwiera szafkę po swój kubek z napisem „Najlepszy Tata". A ja patrzyłam na ekran i czytałam to potwierdzenie trzeci raz, bo litery skakały mi przed oczami. Hotel pod Kazimierzem Dolnym. Piątek-niedziela. Pokój dwuosobowy z widokiem na Wisłę.
Dwadzieścia osiem lat małżeństwa. Dwadzieścia osiem lat, w których byłam pewna, że nas znam. Że znam jego.
Andrzej i ja poznaliśmy się na zabawie karnawałowej w osiemdziesiątym szóstym, w domu kultury na Woli. On był elektrykiem, ja kończyłam technikum ekonomiczne. Wzięliśmy ślub, kiedy miałam dwadzieścia lat, a on dwadzieścia trzy. Teraz mam pięćdziesiąt pięć, pracuję w księgowości w firmie spożywczej przy Modlińskiej, a nasze córki - Magda i Karolina - dawno wyfrunęły z gniazda. Magda mieszka z mężem we Wrocławiu, Karolina studiuje w Krakowie. Zostaliśmy sami w trzypokojowym mieszkaniu na Bielanach. Myślałam, że to będzie nasz czas. Że w końcu pojedziemy gdzieś razem, że będziemy chodzić na spacery nad Wisłę, że porozmawiamy o czymś innym niż rachunki i naprawy.
Zamiast tego Andrzej zaczął wyjeżdżać na weekendy. Od wiosny. Zawsze to samo - wędkowanie ze Staszkiem, kolegą z dawnej roboty. Staszek Nowicki, ten sam, z którym kiedyś chodzili na piwo i oglądali mecze. Nie miałam powodu nie wierzyć. Andrzej wracał w niedzielę wieczorem zmęczony, czasem z rybami, czasem bez. Mówił, że brały albo nie brały. Że pogoda była kiepska albo że idealnie. Szczegóły się zgadzały. Zawsze się zgadzały.
Numer Staszka wybrałam, zanim zdążyłam się zastanowić, czy tego chcę.
- Staszek, cześć, tu Bożena, żona Andrzeja - powiedziałam, starając się, żeby głos mi nie drżał.
- O, cześć, Bożena! Dawno się nie słyszeliśmy. Co u was?
- Słuchaj, głupie pytanie, ale... w ten weekend jedziecie z Andrzejem na to wędkowanie?
Cisza. Pół sekundy, ale poczułam ją jak godzinę.
- Jakie wędkowanie? - Staszek się zaśmiał. - Bożena, ja z Andrzejem nie byłem na rybach chyba od dwóch lat. Kolano mi siada, sam wiesz... znaczy, sama wiesz. Ledwo po schodach chodzę.
Coś jeszcze mówił. Chyba pytał, czy wszystko w porządku. Odpowiedziałam, że pomyliłam daty, przeprosiłam, rozłączyłam się. Położyłam telefon Andrzeja na pralce, dokładnie tak, jak leżał. Wytarłam go rękawem, jakby to mogło wymazać to, co przeczytałam.
Andrzej zawołał z kuchni: - Bożena, herbata stygnie!
Wyszłam do niego. Usiadłam przy stole. Patrzyłam, jak miesza cukier w kubku, jak kroi chleb na kanapki, jak sięga po masło. Te same ręce, które znałam od dwudziestu ośmiu lat. Szerokie dłonie z odciskami po śrubokręcie. Obrączka na serdecznym palcu - trochę cieńsza niż kiedyś, wytarta od lat.
- Co tak patrzysz? - uśmiechnął się. - Mam coś na twarzy?
- Nic. Zamyśliłam się.
Przez następne trzy dni nie powiedziałam ani słowa. Chodziłam do pracy, wracałam, robiłam obiad, prała, prasowała. Normalność jak maska. A pod spodem - chaos, który nie dawał mi spać po nocach. Leżałam obok niego i słuchałam jego oddechu, i myślałam: kto? Kto jest w tym pokoju z widokiem na Wisłę?
Zaczęłam szukać. Nie w jego telefonie - bałam się, że zauważy. Zaczęłam od prania. Koszule, spodnie, kurtki. Wąchałam je jak pies tropiący, szukając perfum, obcego zapachu. Nic. Andrzej pachniał tak jak zawsze - potem, mydłem i trochę benzyną z garażu. Sprawdziłam wyciągi z konta - on miał osobne, ja osobne, tak ustaliliśmy lata temu. Wpłaty wyglądały normalnie, ale było kilka wypłat z bankomatów, których nie umiałam przyporządkować do niczego. Dwieście złotych tu, trzysta tam. Nic szokującego. Ale wystarczająco, żeby opłacić hotel.
W czwartek wieczorem, dzień przed jego wyjazdem, siedzieliśmy przed telewizorem. Leciał jakiś program kulinarny, Andrzej komentował, że bigos robi się z kiszoną, nie ze świeżą, jak ten pan na ekranie. Normalny wieczór. Normalny mąż. Normalny dom. Pękałam od środka.
- Andrzej - powiedziałam. - W ten weekend... dokąd jedziesz?
Nawet nie odwrócił wzroku od telewizora.
- Na ryby ze Staszkiem, jak zwykle. Nad Pilicę. Czemu pytasz?
- Bo dzwoniłam do Staszka.
Wtedy odwrócił głowę. Powoli. I zobaczyłam coś, czego nie spodziewałam się zobaczyć. Nie winę. Nie strach. Zobaczyłam zmęczenie. Ogromne, bezgraniczne zmęczenie, jakby ktoś zdjął mu z twarzy maskę, którą nosił od miesięcy.
- Bożena... - zaczął i urwał.
- Kto to jest? - zapytałam cicho. Spokojniej, niż sama się po sobie spodziewałam.
Wyłączył telewizor. Cisza w mieszkaniu była tak gęsta, że słyszałam zegar ścienny w przedpokoju i wodę w kaloryferze.
- Nie ma żadnej kobiety - powiedział. - Bożena, przysięgam ci na dzieci.
- To po co pokój dwuosobowy pod Kazimierzem?
Patrzył na mnie długo. Potem wstał, poszedł do przedpokoju, wrócił z torbą. Nie z tą wędkarską. Z taką zwykłą, czarną, którą dostawał kiedyś w pracy na gwiazdkę. Postawił ją na stole i otworzył zamek.
W środku były farby. Pędzle. Blok rysunkowy. I kilkanaście małych obrazków - akwareli - przedstawiających rzekę, drzewa, stare kamienice. Kazimierz Dolny. Rozpoznałam rynek, kościół, te wąskie uliczki.
- Maluję - powiedział. Tak cicho, jakby przyznawał się do czegoś wstydliwego. - Od pół roku. Jeżdżę tam i maluję. Sam.
Patrzyłam na te obrazki i nie wiedziałam, co czuć. Ulga powinna być pierwsza, prawda? Nie ma kobiety. Nie ma zdrady. Jest mąż, który w tajemnicy przed żoną maluje akwarele. To powinno być urocze. Wzruszające nawet.
Ale ja czułam gniew. Czysty, gorący gniew, który podszedł mi do gardła i zapiekł w oczach.
- Pół roku kłamstw - powiedziałam. - Pół roku wymyślania Staszka i wędek. Pół roku patrzenia mi w oczy i mówienia nieprawdy. Dla farb?
- Nie zrozumiałabyś.
- Spróbuj.
Andrzej usiadł ciężko. Potarł twarz dłońmi. Mówił długo. Że od emerytury czuje się niepotrzebny. Że w domu nie ma dla niego miejsca - nie fizycznie, ale jakoś inaczej. Że bał się, że wyśmieję. Że chłop po sześćdziesiątce z pędzlem to śmieszne. Że Staszek go kryje - bo Staszek wie, bo Staszek jedyny rozumiał.
Czyli Staszek skłamał. Staszek, który powiedział mi, że od dwóch lat nie byli na rybach. Może się przestraszył, może nie zdążył się zorientować. A może nie potrafił kłamać tak dobrze jak mój mąż.
Andrzej wyciągnął rękę i dotknął mojej dłoni.
- Przepraszam - powiedział. - Powinienem był ci powiedzieć.
Nie cofnęłam ręki. Ale jej nie ścisnęłam.
Siedzieliśmy tak w ciszy. Na stole leżały akwarele mojego męża - naprawdę ładne, delikatne, z takim światłem, jakiego nigdy bym się po nim nie spodziewała. I ja patrzyłam na nie, i myślałam: ile jeszcze rzeczy o tobie nie wiem? Ile pokoi w tobie jest zamkniętych na klucz, do których mnie nie wpuszczasz? Farby dziś. A jutro?
W piątek rano Andrzej zapakował torbę. Tę czarną, z farbami. Stanął w drzwiach i powiedział:
- Mogłabyś pojechać ze mną. Jeśli chcesz.
Stałam w przedpokoju z kubkiem herbaty w dłoni i wiedziałam, że to nie jest pytanie o weekend. To jest pytanie o następne dwadzieścia osiem lat. O to, czy umiem żyć z człowiekiem, który pół roku potrzebował na powiedzenie mi, że maluje obrazki. I nie wiem, która odpowiedź jest trudniejsza - tak czy nie.
Herbata stygła. Andrzej czekał.