Po pogrzebie mamy zostałam jeszcze chwilę na cmentarzu, a siostra powiedziała, że jedzie prosto do domu. Kiedy wieczorem weszłam do mieszkania mamy, było puste - szafa, obrączka, nawet firanki. Siostra przez telefon: „Ty i tak mieszkasz daleko."
Stałam w przedpokoju z kluczami w dłoni i nie mogłam zrozumieć, co widzę. Znaczy - widziałam, ale mózg odmawiał. Na podłodze w sypialni został ślad po szafie - prostokąt jaśniejszej tapety, idealnie obrysowany kurzem. W kuchni brakowało garnków, talerzy, nawet plastikowej suszarki, która stała na blacie od trzydziestu lat. Jedyne, co zostało, to zapach. Maminy zapach - mieszanka kawy zbożowej, kremu Nivea i czegoś kwiatowego, co nigdy nie miało nazwy.
Zadzwoniłam do Bożeny od razu. Trzęsły mi się ręce tak, że za pierwszym razem nie trafiłam w jej numer. Odebrała po czwartym sygnale, spokojnym głosem, jakby to był zwykły wieczór.
- Bożena, co się stało z rzeczami mamy?
- A co miało się stać? Zabrałam, co było do zabrania.
- Wszystko? Firanki, obrączkę, meble? Dzisiaj? W dniu pogrzebu?
- Elżbieta, ty i tak mieszkasz daleko. Co byś z tym zrobiła? Masz swoje życie w Krakowie. Ja tu jestem, ja się mamą zajmowałam, ja mam prawo.
Rozłączyła się. A ja usiadłam na gołej podłodze w pustym mieszkaniu naszej mamy i po raz pierwszy od tygodnia - bo przez cały tydzień przygotowań do pogrzebu nie uroniłam ani jednej łzy - rozpłakałam się tak, że sąsiadka z dołu zastukała w rury.
Mam na imię Elżbieta, mam pięćdziesiąt osiem lat i od dwudziestu trzech mieszkam w Krakowie. Przeprowadziłam się tam za mężem Andrzejem, który dostał pracę na budowie przy Nowej Hucie, a potem awansował na brygadzistę. Moja siostra Bożena, starsza o cztery lata, została w Poznaniu. Obie dorastałyśmy na osiedlu Rataje, w bloku z wielkiej płyty przy ulicy, gdzie każdy znał każdego, a mama Halina rządziła klatką schodową jak małym państwem.
Mama zachorowała na Alzheimera sześć lat temu. Najpierw były drobiazgi - zapominała, gdzie odłożyła okulary, myliła dni tygodnia. Potem przestała rozpoznawać sąsiadki, a w końcu i nas. Bożena mieszkała piętnaście minut autobusem od mamy. Ja - trzy i pół godziny pociągiem. To prawda, że Bożena robiła więcej. Przychodziła codziennie, gotowała, pilnowała leków, załatwiała wizyty w NFZ. Ja przyjeżdżałam co dwa tygodnie na weekend, zostawałam od piątku do niedzieli, sprzątałam, prałam, rozmawiałam z mamą, nawet gdy mama nie wiedziała już, kim jestem.
Ale nigdy - nigdy - nie umówiłyśmy się, że to oznacza, iż Bożena dostanie wszystko.
Następnego ranka pojechałam do niej. Mieszkała w identycznym bloku, trzy przystanki dalej. Otworzyła drzwi w szlafroku, z papierosem w ręku. Za jej plecami, w salonie, zobaczyłam maminy firanki - te z koronkowym wzorem, które mama kupiła na targu w osiemdziesiątym dziewiątym roku i z których była tak dumna, jakby wisiały w pałacu.
- Mogłaś chociaż poczekać - powiedziałam. - Jeden dzień. Mogłyśmy razem porozmawiać, podzielić.
Bożena zaciągnęła się papierosem i puściła dym w moją stronę. Nie wiem, czy celowo.
- Podzielić - powtórzyła. - A co ty dzieliłaś przez te sześć lat? Kiedy mama mnie budziła o trzeciej w nocy, bo nie pamiętała, gdzie jest łazienka? Kiedy wymiotowała po lekach i trzeba było myć podłogę? Ty dzieliłaś? Ty przyjeżdżałaś na weekend, robiłaś pierogi, grałaś dobrą córkę i wracałaś do Krakowa. A ja zostawałam.
W jej głosie nie było złości. Było coś gorszego - zmęczenie tak głębokie, że zmieniło jej twarz. Patrzyłam na Bożenę i widziałam kobietę, która zestarzała się o dziesięć lat w ciągu sześciu. Ręce suche, popękane. Włosy szare, ścięte krótko, bo nie miała czasu na fryzjera. Schudła, a pod oczami miała cienie tak ciemne, że żaden krem by ich nie ukrył.
I wtedy poczułam coś okropnego - bo poczułam jednocześnie współczucie i wściekłość. Rozumiałam ją. I nie mogłam jej wybaczyć.
- Bożena, ja nie mówię o garnczkach. Mówię o obrączce taty.
Tata umarł dwadzieścia lat temu. Zawał, w warsztacie samochodowym, w którym pracował całe życie. Mama nosiła jego obrączkę na łańcuszku na szyi do momentu, kiedy choroba zabrała jej nawet tę pamięć. Potem obrączka leżała w szufladzie nocnej szafki, owinięta w chusteczkę z haftowanym monogramem.
- Obrączka jest u mnie - powiedziała Bożena. - I zostanie u mnie.
- Dlaczego?
- Bo to ja trzymałam mamę za rękę, kiedy umierała. Ty byłaś w pociągu.
To był cios, na który nie miałam odpowiedzi. Bo to była prawda. Mama umarła we wtorek o szóstej rano, a ja wsiadłam w pociąg o piątej trzydzieści. Nie zdążyłam o godzinę i dwanaście minut. Bożena zadzwoniła, kiedy byłam gdzieś między Częstochową a Kaliszem. Pamiętam pole za oknem, żółte od rzepaku, i jej głos: „Ela, mama odeszła." Pamiętam, że pociąg jechał dalej, a ja siedziałam bez ruchu, bo nie wiedziałam, co robić z ciałem, które nagle stało się za ciężkie.
Wróciłam do Krakowa trzy dni po pogrzebie. Andrzej czekał na mnie z rosołem na kuchence i nie pytał o nic, bo znał mnie na tyle, żeby wiedzieć, że opowiem, gdy będę gotowa. Nie byłam gotowa przez trzy tygodnie.
Potem zadzwoniła do mnie Krysia, mamina sąsiadka z drugiego piętra. Powiedziała, że Bożena wynosi ostatnie rzeczy z piwnicy - stare albumy ze zdjęciami, świąteczne ozdoby, pudełko z dokumentami.
- Pani Elżbieto, ja się nie wtrącam - powiedziała Krysia - ale pani mama mi kiedyś mówiła, że ten album z komunii obu córek chciałaby dać pani. Mówiła to jeszcze jak pamiętała.
Zadzwoniłam do Bożeny. Tym razem nie odebrała. Napisałam SMS-a. Bez odpowiedzi. Następnego dnia napisałam jeszcze raz. Cisza. Trzeciego dnia napisałam: „Bożena, chcę tylko album ze zdjęciami i obrączkę taty. Resztę możesz zatrzymać."
Odpowiedziała po dwóch dniach, jednym zdaniem: „Nie mam zamiaru się z tobą targować o spadek."
Spadek. Jakby maminy album ze zdjęciami z komunii był spadkiem. Jakby złota obrączka taty - cienka, wytarta od lat noszenia, warta może trzysta złotych - była spadkiem.
Andrzej powiedział cicho, żebym to zostawiła. „Ela, nie warto. To jest kłótnia, w której nie ma wygranych." Może miał rację. A może po prostu nie rozumiał, że to nie chodzi o rzeczy. Chodzi o to, że Bożena zabrała mi możliwość pożegnania się z mamą po swojemu. Zabrała mi prawo do dotknięcia tych firanek i powiedzenia „pamiętam, jak je mama wieszała". Zabrała mi chwilę, której nie da się odzyskać.
Minęły cztery miesiące. Bożena i ja nie rozmawiamy. Na imieniny wysłałam jej kartkę - taką zwykłą, papierową, z pocztą. Nie odpisała. Syn Bożeny, Tomek, zadzwonił do mnie w sierpniu i powiedział, że mama jest na niego zła, bo jej powiedział, że to, co zrobiła, było nie fair. „Ciociu, ja jej tego nie odpuszczę" - mówił. Prosiłam, żeby nie mieszał się między nas. Że to sprawa sióstr.
Ale czy to jeszcze jest sprawa sióstr? Czy zostało coś do ratowania?
Czasem wieczorem otwieram szufladę w komodzie i wyciągam jedyną rzecz, która mi została po mamie - małe zdjęcie z mojego portfela, wycięte z większej fotografii. Mama, ja i Bożena, Wigilia siedemdziesiątego dziewiątego roku. Mama w fartuchu, z półmiskiem karpia. Bożena z warkoczem, uśmiechnięta, z brakującym zębem. Ja - mała, w swetrze na wyrost, z oczami wpatrzonymi w mamę jak w cały świat.
Trzymam to zdjęcie i myślę, że powinnam pojechać do Poznania. Zapukać. Powiedzieć: „Nie chcę rzeczy. Chcę siostrę."
Ale potem słyszę w głowie jej głos: „Ty i tak mieszkasz daleko." I odkładam zdjęcie z powrotem do szuflady.