Co niedziela dzwonię do dzieci - zwykle słyszę „oddzwonię, mamo". W zeszłym tygodniu upadłam przed blokiem. Nie podniósł mnie nikt z nich, tylko chłopak z pizzerii, który akurat przejeżdżał. Został ze mną, aż przyjechało pogotowie.

Leżałam na chodniku, z kolanem wykręconym pod dziwnym kątem, i patrzyłam w niebo. Takie jasne, majowe, z jedną chmurą kształtem jak poduszka. Myślałam sobie wtedy - to jest widok, jaki ktoś widzi przed śmiercią, pewnie. Chodnik pachniał kurzem i benzyną. Czułam drobne kamyki pod policzkiem. Minęła może minuta, może pięć - nie wiem. Dopiero kiedy usłyszałam skrzypienie hamulców roweru i czyjeś „Jezus Maria, proszę pani!", wróciłam do siebie.

Chłopak miał na imię Damian. Może dwadzieścia parę lat. W jednej ręce trzymał jeszcze torbę termiczną z logo pizzerii, w drugiej już wyciągał telefon, żeby dzwonić na pogotowie. Kucnął przy mnie, zdjął kurtkę, złożył i podłożył mi pod głowę. „Niech pani leży spokojnie, jadą już" - powtarzał. A ja leżałam i myślałam, że ten obcy człowiek robi dla mnie więcej niż moje własne dzieci zrobiły przez ostatnie trzy lata.

Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt trzy lata i od czterech jestem wdową. Mieszkam sama na Gocławiu, w bloku, do którego wprowadziliśmy się z Ryszardem w osiemdziesiątym szóstym. Trzecie piętro, dwa pokoje z kuchnią. Z balkonu widać szkołę, do której chodziła Kasia, a potem Piotrek. Teraz z balkonu widzę głównie wróble i parkujące samochody.

Ryszard był kierowcą w MPO. Trzydzieści dwa lata jeździł śmieciarką. Nie narzekał. Wracał do domu, mył ręce tak długo, aż skóra robiła się czerwona, siadał do obiadu i mówił: „Halinka, ten bigos to jest arcydzieło". Nawet jeśli bigos był wczorajszy. Nawet jeśli był pozawczorajszy. Umarł na zawał, w lutym dwa tysiące dwudziestego pierwszego. W kuchni, przy herbacie. Pół zdania nie dokończył. Coś o rachunku za gaz.

Po pogrzebie Kasia i Piotrek przez kilka tygodni dzwonili codziennie. Kasia przywoziła zupy w słoikach. Piotrek montował mi nowy zamek w drzwiach, bo stary się zacinał. A potem - nie wiem kiedy to się stało, naprawdę nie potrafię wskazać momentu - telefony się rozrzedziły. Jak deszcz pod koniec lata. Najpierw codziennie, potem co drugi dzień, potem raz w tygodniu. Potem ja zaczęłam dzwonić sama. Co niedziela, punkt dwunasta, jak dzwony w kościele na Grochowskiej.

Kasia ma czterdzieści lat, pracuje w korporacji na Mokotowie. Coś z finansami, nigdy do końca nie rozumiałam co. Ma męża Marcina, dwójkę dzieci. Zawsze kiedy dzwonię, słyszę w tle jakieś szumy - telewizor, odkurzacz, płacz Zosi albo gonitwę Jasia. „Mamo, oddzwonię za chwilę, dobrze?" - mówi. Nie oddzwania.

Piotrek ma trzydzieści sześć lat, jest informatykiem we Wrocławiu. Przeprowadził się tam osiem lat temu za dziewczyną, która potem i tak go zostawiła, ale on został. Ma nową partnerkę, Agatę. Miły chłopak, tylko daleko. I też zajęty. „Mamo, akurat jestem na spotkaniu, wyślę ci wiadomość" - pisze potem na WhatsAppie emotikon z serduszkiem. Jakby serduszko mogło zastąpić rozmowę.

W tamten wtorek szłam z Biedronki. Dwie reklamówki - chleb, masło, pomidory, kefir, paczka kawy. Nic ciężkiego. Ale chodnik przed blokiem jest podziurawiony od lat, korzenie tej starej lipy powyrywały płyty, a ja miałam na nogach te kapcie-klapki, bo stopy mi puchną od upałów. Potknęłam się o krawędź płyty. Noga się pode mną złożyła. Usłyszałam chrupnięcie w kolanie i zobaczyłam niebo.

Siatki się rozsypały. Pomidory potoczyły się po chodniku. Leżałam i próbowałam wstać, ale kolano było jak z waty - nie trzymało. Zawołałam raz, drugi. Przeszła obok kobieta z psem, spojrzała, przyspieszyła kroku. Potem jakiś starszy pan - ten mnie chyba nie usłyszał, szedł z tą swoją laską i patrzył pod nogi. Poczułam się jak kamień na drodze. Coś, co się omija.

A potem przyjechał Damian na swoim rowerze. Klęczał przy mnie na chodniku i rozmawiał. O pogodzie, o tym, że ma psa - owczarka o imieniu Reksio, jak z kreskówki. Że mieszka z mamą na Pradze, bo ona choruje na cukrzycę i ktoś musi pilnować, żeby brała insulinę. Gadał i gadał, a ja myślałam - ten chłopak pilnuje swojej matki, bo ktoś musi. Moje dzieci nie muszą. Mam dwie sprawne ręce, emeryturę z ZUS-u, dach nad głową. Więc jestem sama.

W szpitalu okazało się, że pęknięcie rzepki. Gips, kule, kontrola za trzy tygodnie. Pielęgniarka spytała: „Jest ktoś, kto panią odbierze?" Zadzwoniłam do Kasi. Za trzecim razem odebrała. „Mamo, ale ja teraz nie mogę, Zosia ma anginkę, Marcin w delegacji…" - głos miała zniecierpliwiony, jakbym dzwoniła z pytaniem o przepis na sernik, a nie ze szpitalnego łóżka.

Piotrek odebrał od razu. „Mamo, Jezu, czemu wcześniej nie dzwoniłaś?!" - krzyczał prawie. Ale Wrocław jest trzy godziny drogi. Obiecał, że przyjedzie w weekend.

Do domu odwiozła mnie taksówka. Na klatce schodowej pomogła sąsiadka z pierwszego piętra, pani Lucyna, która sama chodzi z laską po wymianie biodra. Dwie kalekie baby, jak to potem żartowała, podpierające się nawzajem po schodach. W mieszkaniu usiadłam na kanapie i patrzyłam na telefon. Była dwudziesta trzecia. Kasia nie oddzwoniła.

Piotrek przyjechał w sobotę. Zrobił zakupy, posprzątał łazienkę, naprawił cieknący kran. Siedział na balkonie i palił papierosa, chociaż mówił, że rzucił. Patrzyłam na niego przez szybę - duży chłop, szeroki w ramionach jak ojciec, a taki zagubiony. „Mamo, przepraszam, że tak rzadko…" - zaczął przy kolacji. Machnęłam ręką. Co miałam powiedzieć?

W niedzielę zadzwoniła Kasia. Czterdzieści minut rozmowy. Płakała. Mówiła, że się nie wyrabia, że Marcin jej nie pomaga, że w pracy ją zwalniają, że Zosia ciągle choruje. Że czasem wieczorem siada w samochodzie na parkingu pod blokiem i siedzi tam dwadzieścia minut w ciszy, bo to jedyne miejsce, gdzie nikt jej nie szarpie. „Myślisz, mamo, że ja nie chcę dzwonić? Ja nie mam siły dzwonić" - powiedziała.

I wtedy coś we mnie pękło. Nie ze złości. Z czegoś gorszego - ze zrozumienia. Bo ja pamiętam te lata, kiedy Kasia i Piotrek byli mali, a Ryszard jeździł na nocne zmiany. Pamiętam, jak moja mama dzwoniła z Radomia co niedzielę, a ja odkładałam słuchawkę po dwóch minutach, bo Piotrek płakał, a mleko się gotowało. „Oddzwonię, mamo." Ile razy to powiedziałam? Nie pamiętam. Mama nigdy mi tego nie wypomniała. Umarła w dziewięćdziesiątym ósmym. Na pogrzebie myślałam, że jeszcze tyle jej nie powiedziałam.

Damian napisał mi SMS-a. Numer zostawił na kartce, kiedy zabierali mnie do karetki. „Dzień dobry, tu Damian od pizzy. Jak kolano? Jakby pani czegoś potrzebowała, to proszę dzwonić." Odpisałam: „Dziękuję, synku. Kolano w gipsie, duma też." Odpisał emotikon ze śmiechem. I drugie serduszko.

Teraz jest czwartek. Gips mam jeszcze dwa tygodnie. Piotrek dzwoni co drugi dzień, krótko, ale dzwoni. Kasia przysłała paczkę z Allegro - kule ortopedyczne lepsze niż te szpitalne. Dołączyła kartkę: „Mamo, trzymaj się. Przyjedziemy w długi weekend." Pani Lucyna wchodzi codziennie na trzecie piętro ze swoją laską, żeby sprawdzić, czy żyję. Damian wpadł z pizzą - za darmo, „od firmy", jak powiedział, choć widziałam, że płacił z własnej kieszeni.

Siedzę na kanapie, kolano na poduszce, i myślę o jednej rzeczy. W tę niedzielę telefon zadzwoni o dwunastej. I może nie powinnam dzwonić. Może powinnam poczekać. Zobaczyć, czy ktoś zadzwoni pierwszy. Nie z urazy. Po prostu żeby się przekonać.

Albo może powinnam zadzwonić jak zawsze. Bo co, jeśli moja mama wtedy też tak myślała - i nigdy się nie doczekała?