Odbieram wnuki ze szkoły codziennie, od trzech lat. W poniedziałek powiedziałam córce, że muszę iść na badanie do szpitala. Odpisała: „Przełóż to na sobotę, bo ja nie mam z kim zostawić dzieci."

Przeczytałam tę wiadomość trzy razy. Stałam na przystanku na Bielanach, autobus 110 właśnie odjechał mi sprzed nosa, a ja wpatrywałam się w ekran telefonu jak w wyrok. Przełóż to na sobotę. Jakby badanie w szpitalu można było sobie przesunąć jak wizytę u fryzjera.

Schowałam telefon do kieszeni kurtki i usiadłam na ławce. Nogi mi się trzęsły, ale nie od zimna - kwiecień był ciepły, lipy na osiedlu już wypuszczały jasne listki. Trzęsły mi się od czegoś, czego nie umiałam od razu nazwać. Dopiero wieczorem, przy herbacie z cytryną, siedząc sama w kuchni, zrozumiałam: to był gniew. Czysty, gorzki gniew. Pierwszy raz wobec własnej córki.

Mam na imię Bożena, skończyłam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat jestem pełnoetatową babcią. Nie, to nie do końca tak. Pełnoetatową babcią byłam od pierwszego dnia, kiedy Kasia urodziła bliźniaki. Ale od trzech lat, odkąd wróciła do pracy w kancelarii prawnej, moje życie zaczęło się kręcić wyłącznie wokół Zosi i Jasia.

Odbieram ich ze szkoły o trzynastej. Karmię obiadem - zwykle rosół albo kotlety mielone, bo Jaś nie je niczego z sosem. Odrabiam z nimi lekcje. Pilnuję, żeby Zosia ćwiczyła na flecie, a Jaś zjadł chociaż jedno jabłko. O siedemnastej Kasia albo jej mąż Tomek podjeżdżają pod mój blok i zabierają dzieci. Czasem o osiemnastej. Czasem o dziewiętnastej, bo „zebranie się przeciągnęło".

Nie narzekałam. Naprawdę nie narzekałam. Kochałam te popołudnia. Zapach kaszy manny z masłem, odgłos małych butów na linoleum w przedpokoju, Zosia tuląca się do mnie na kanapie przy bajce. Po śmierci Staszka, mojego męża, cztery lata temu, to były jedyne godziny w ciągu doby, kiedy mieszkanie nie wydawało mi się puste.

Ale ciało zaczęło wysyłać sygnały, których nie dało się ignorować.

Zaczęło się od zmęczenia. Takiego głębokiego, jakby ktoś wyciągnął ze mnie korek i wszystko się wylało. Potem przyszły bóle głowy, które nie mijały po ibupromie. Wreszcie w marcu, podczas rutynowej kontroli, lekarka spojrzała na wyniki krwi i powiedziała spokojnie: - Pani Bożeno, musimy zrobić dodatkowe badania. Dam skierowanie do szpitala, na poniedziałek, bo im szybciej, tym lepiej.

Im szybciej, tym lepiej. Takie słowa zostają w człowieku na długo.

Nie powiedziałam Kasi od razu. Przez tydzień chodziłam po mieszkaniu i przećwiczałam w głowie różne wersje tej rozmowy. Może powinnam zadzwonić? Ale Kasia nie lubiła telefonów, zawsze mówiła, że w pracy nie może rozmawiać, żebym pisała SMS-y. Więc napisałam. Krótko, rzeczowo, tak jak ona lubi: „Kasiu, w poniedziałek muszę iść na badanie do szpitala. Nie będę mogła odebrać dzieci."

Odpowiedź przyszła po czterdziestu minutach. Te czterdzieści minut też zapamiętałam. „Przełóż to na sobotę, bo ja nie mam z kim zostawić dzieci." Bez pytania, co za badanie. Bez „mamo, wszystko w porządku?". Bez jednego znaku zapytania.

Wieczorem zadzwoniła Lucyna, moja siostra z Poznania. Jak co wtorek. Opowiadała o swoich hortensjach na działce, o tym, że Zbyszek znowu zapomniał kupić chleb, o nowej pani w aptece, która jest nieuprzejma. Słuchałam i milczałam. W pewnym momencie Lucyna przerwała w pół zdania.

- Bożena, co jest?

- Nic nie jest.

- Bożena.

- Kasia kazała mi przełożyć badania w szpitalu, bo nie ma kto odebrać dzieci ze szkoły.

Cisza. Potem Lucyna powiedziała cicho: - A ty co na to?

I to było dobre pytanie. Bo ja nie wiedziałam, co na to. Pierwszego dnia pomyślałam, że Kasia po prostu nie zrozumiała. Że była zajęta, czytała w pośpiechu, nie dotarło do niej słowo „szpital". Drugiego dnia pomyślałam, że może powinnam była napisać więcej. Wyjaśnić. Trzeciego dnia przestałam szukać dla niej wymówek.

Bo to nie był pierwszy raz.

Półtora roku temu, kiedy miałam zapalenie płuc i leżałam z gorączką trzydzieści dziewięć i pięć, Kasia napisała: „Mamo, a może dałabyś radę chociaż do piętnastej? Tomek jest w delegacji." Dałam radę. Ledwo stałam na nogach, ale dałam radę. Jaś wtedy podbiegł do mnie w szatni i powiedział: - Babciu, czemu jesteś taka czerwona? - a ja się uśmiechnęłam i wzięłam go za rękę.

Rok temu chciałam pojechać z Lucyną do sanatorium. Dwa tygodnie w Ciechocinku, bo kolano dawało mi się we znaki i lekarz mówił, że rehabilitacja by pomogła. Kasia powiedziała: - Mamo, ale to w środku roku szkolnego, kto będzie odbierał dzieci? - Nie pojechałam.

A w Boże Narodzenie, kiedy przygotowałam całą Wigilię - barszcz, uszka, rybę po grecku, sernik, kutię, dwanaście potraw jak za czasów mamy - Kasia przyjechała z bliźniakami o osiemnastej, siadła przy stole, spojrzała na telefon i powiedziała: - Mamo, następnym razem zrób mniej, bo my i tak nie zjemy, a potem musisz to wyrzucać.

Tomek przynajmniej powiedział, że barszcz jest świetny.

W środę, dwa dni po tamtej wiadomości, poszłam po wnuki jak zwykle. Zosia rzuciła mi się na szyję i powiedziała: - Babciu, dzisiaj dostałam piątkę z przyrody! - Jaś stanął obok, poważny jak mały profesor, i podał mi swoje drugie śniadanie, którego nie zjadł, bo „bułka była za sucha". Prowadziłam ich przez osiedle, trzymając za ręce, i myślałam: to nie o nich chodzi. To nigdy nie było o nich.

Wieczorem napisałam do Kasi. Tym razem więcej niż jedno zdanie. Napisałam, że badania nie mogą czekać. Że lekarka powiedziała „im szybciej, tym lepiej". Że w poniedziałek muszę być w szpitalu o ósmej rano i nie wiem, kiedy wyjdę.

Kasia oddzwoniła dopiero następnego dnia. Słyszałam w tle szum biura, stukanie klawiatur.

- Mamo, no dobra, to ja porozmawiam z Tomkiem, może on weźmie urlop. Ale wiesz, że to jest strasznie niedobry moment w kancelarii.

- Kasiu - powiedziałam i sama się zdziwiłam, jak spokojny był mój głos. - Czy ty w ogóle chcesz wiedzieć, na jakie badanie idę?

Cisza. Trwała może trzy sekundy, ale ja policzyłam każdą.

- No jakie? - spytała w końcu, ciszej.

Powiedziałam jej. Powiedziałam o wynikach krwi, o tym, co lekarka chce wykluczyć, o tym słowie na „n", którego obie się bałyśmy, choć żadna go nie wypowiedziała. Słyszałam, jak Kasia oddycha. Potem powiedziała: - Mamo, czemu od razu nie napisałaś, że to coś poważnego?

I wtedy coś we mnie pękło. Nie krzyknęłam. Nie rozpłakałam się. Powiedziałam tylko: - A gdyby to nie było poważne, Kasiu? Gdyby to było zwykłe badanie kontrolne? To wtedy mogłabym je przełożyć na sobotę?

Kasia milczała. Słyszałam to stukanie klawiatur w tle.

W poniedziałek pojechałam do szpitala sama. Autobus 110, potem metro, potem jeszcze kawałek pieszo. W poczekalni siedziały inne kobiety w moim wieku, niektóre z mężami, niektóre z córkami. Jedna trzymała za rękę dziewczynę, która musiała mieć tyle lat co Kasia. Dziewczyna głaskała matkę po dłoni i mówiła coś cicho, przy czym matka kiwała głową i lekko się uśmiechała.

Odwróciłam wzrok. Wyjęłam telefon. Miałam jedną wiadomość od Kasi, wysłaną o siódmej czterdzieści sześć: „Mamo, daj znać jak po badaniach. Tomek odbierze dzieci."

Po badaniach usiadłam na ławce przed szpitalem. Wiosenne słońce grzało mi twarz. Wybrałam numer Lucyny.

- I co? - spytała od razu.

- Wyniki za tydzień.

- A Kasia?

Spojrzałam na tę wiadomość. „Daj znać jak po badaniach. Tomek odbierze dzieci." Osiem słów. Dwa zdania. W pierwszym - ja. W drugim - dzieci. A może odwrotnie. Może oba były o dzieciach.

- Bożena? Jesteś tam?

- Jestem - powiedziałam. - Lucyna, powiedz mi, to sanatorium w Ciechocinku jeszcze przyjmuje?

Lucyna zamilkła na chwilę. Potem powiedziała ostrożnie: - Chcesz pojechać?

Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam na lipy przed szpitalem, na ich jasne, świeże liście, na dwie kobiety wchodzące do budynku - starsza wspierała się na ramieniu młodszej. Pomyślałam o Zosi i Jasiu, o ich małych dłoniach w moich, o bułce, która była za sucha. O tym, że kocham je tak mocno, że boli. I o tym, że ta miłość gdzieś po drodze stała się niewidzialna - jak powietrze, które jest zawsze, więc nikt nie dziękuje, że można oddychać.

- Chyba tak - powiedziałam wreszcie. - Chyba chcę pojechać.

Ale nawet mówiąc to, wiedziałam, że we wtorek znowu stanę pod szkołą o trzynastej. Bo co innego miałam zrobić? Pytanie tylko, czy stałam tam dla wnuków - czy dlatego, że bałam się, że bez tego nie będę nikomu potrzebna.