Wpuściłam córkę z trójką dzieci „na chwilę", póki nie skończą remontu. Minął rok, a ja śpię na wersalce w kuchni. Córka: „Przecież ty i tak wstajesz o piątej."
Usłyszałam to zdanie w niedzielę rano, kiedy próbowałam złożyć pościel, zanim wnuki wstaną i zaczną się domagać naleśników. Stałam z poduszką w ręku, w kuchni pachnącej wczorajszym bigosem, i pomyślałam: czy to naprawdę moja córka to powiedziała? Moja Kasia, którą trzydzieści lat temu nosiłam na rękach po tym mieszkaniu, śpiewając jej kołysanki?
Mam na imię Bożena, ale to nieważne. Ważne jest to mieszkanie - trzypokojowe, na trzecim piętrze bloku z wielkiej płyty na poznańskim Ratajach. Czterdzieści dwa metry kwadratowe, w których przeżyłam całe dorosłe życie. Tu wychowałam Kasię i jej młodszego brata Tomka. Tu umarł mój Zbyszek, siedem lat temu, na kanapie w dużym pokoju, bo nie zdążyła przyjechać karetka. Tu myślałam, że dotrwam spokojnie do końca. Sześćdziesiąt trzy lata, dwadzieścia osiem na poczcie, teraz emerytura. Niewielka, ale moja.
Kasia zadzwoniła w marcu zeszłego roku. „Mamo, Dariusz dostał wreszcie ekipę, zaczynamy remont. Ale wiesz, z trójką dzieci nie da się mieszkać w kurzu i bez łazienki. Moglibyśmy u ciebie, na miesiąc, góra dwa?"
Co miałam powiedzieć? Że nie? Że mi niewygodnie? To moja córka. To moje wnuki - Zuzia, ośmioletnia, Jaś, który właśnie skończył pięć lat, i malutka Hania, wtedy roczna. Powiedziałam: „Oczywiście, kochanie, przyjeżdżajcie."
Pierwszego dnia przestawiłam meble. Kasia z Dariuszem zajęli mój pokój - ten z podwójnym łóżkiem, w którym spałam od trzydziestu pięciu lat. Zuzia i Jaś wylądowali w pokoju, który kiedyś był dziecięcy, na rozkładanej kanapie. Hanię ustawiliśmy w łóżeczku turystycznym w rogu. A ja? „Mamo, na wersalce w kuchni będzie ci wygodnie, i tak masz najbliżej do łazienki" - powiedziała Kasia, rozkładając prześcieradło.
Nie protestowałam. Pomyślałam: miesiąc. Jakoś przetrwam.
Po miesiącu zadzwoniłam do Kasi, kiedy była w pracy - bo Kasia pracuje, oczywiście, na pół etatu w biurze rachunkowym, a dzieci w tym czasie są ze mną. „Córeczko, jak tam remont?" „Mamo, no wiesz, ekipa się opóźnia. Dariusz mówi, że jeszcze ze trzy tygodnie." Trzy tygodnie zamieniły się w dwa miesiące. Potem w cztery. Potem przestałam pytać.
Bo wiecie, jak to jest? Na początku się pytasz. Potem zaczynasz się wstydzić, że pytasz. A potem budzisz się pewnego ranka i zdajesz sobie sprawę, że twoja szczoteczka do zębów stoi w kubku w kuchni, bo w łazience nie ma już miejsca, i że nie pamiętasz, kiedy ostatnio zamknęłaś za sobą drzwi do własnego pokoju.
Dariusz przyjeżdża na weekendy - pracuje w Kaliszu, na budowie, w tygodniu mieszka tam na kwaterze. W piątki wieczorem wchodzi z torbą, siada na mojej wersalce, włącza telewizor i pyta: „Bożena, a jest coś na kolację?" Nie „mamo", nie „teściowa" - Bożena. Dwadzieścia lat młodszy ode mnie, a traktuje mnie jak współlokatorkę, która powinna wiedzieć, gdzie leży pilot.
Nie chcę być niesprawiedliwa. Dariusz nie jest złym człowiekiem. Pracuje ciężko, zarabia przyzwoicie. Ale nigdy nie powiedział „dziękuję, że nas pani przyjęła". Ani razu. Jakby to było oczywiste, że matka się poświęci.
Kasia... Kasia się zmieniła. Albo ja się zmieniłam. Albo po prostu dopiero teraz ją zobaczyłam. Moja córka jest zmęczona - to rozumiem, trójka dzieci, praca, mąż w delegacji. Ale to zmęczenie gdzieś po drodze zamieniło się w pretensję. Do mnie. Bo rosół za słony. Bo Zuzia dostała trójkę z dyktanda, a przecież ja miałam z nią ćwiczyć. Bo Hania płakała w nocy i ja nie wstałam od razu, bo nie słyszałam przez ścianę.
- Mamo, ty naprawdę nie słyszałaś? - pytała rano, z cieniami pod oczami.
- Kasia, ja mam kuchnię, nie pokój obok. I mam sześćdziesiąt trzy lata i gorszy słuch.
- No ale ja myślałam, że mogę na ciebie liczyć.
To zdanie wbijało się we mnie jak szpilka. Bo ja też myślałam, że mogę na nią liczyć. Że moja córka zobaczy, że ja też jestem człowiekiem. Że ta wersalka jest za krótka i za twarda. Że budzę się o czwartej trzydzieści z bólem pleców i siedzę cicho w ciemnej kuchni, żeby nikogo nie obudzić.
Powiedziałam jej o tym raz. W październiku, kiedy remont podobno był „na ukończeniu". Usiadłam naprzeciwko niej przy kuchennym stole, kiedy dzieci oglądały bajki, i powiedziałam: „Kasiu, ja bym chciała wrócić do swojego pokoju. Jak tam z tym remontem? Kiedy się przenosicie?"
Kasia popatrzyła na mnie tak, jakbym ją spoliczkowała.
- Mamo, a co, wyrzucasz nas?
- Nie wyrzucam. Pytam, kiedy wracacie do siebie.
- Remont się przeciąga, sam wiesz. Dariusz robi, co może. A gdzie my mamy iść z trójką dzieci?
- Nie mówię, że macie iść. Mówię, że ja chciałabym spać w swoim łóżku.
Cisza. Potem to zdanie, które od tamtej pory noszę w sobie jak kamień: „Przecież ty i tak wstajesz o piątej."
Jakby moje wczesne wstawanie oznaczało, że nie potrzebuję snu. Jakby moja kuchnia była wystarczająco dobrym pokojem, bo i tak nie siedzę w niej na długo. Jakby ja - moja wygoda, moje ciało, moja przestrzeń - nie miała znaczenia.
Zadzwoniłam do Tomka, do syna, który mieszka we Wrocławiu. Opowiedziałam mu wszystko. Słuchał, a potem powiedział: „Mamo, to twoje mieszkanie. Masz prawo powiedzieć, że chcesz je z powrotem." „Ale to twoja siostra" - odpowiedziałam. „Właśnie dlatego powinna to rozumieć bez mówienia" - westchnął.
Pojechałam na działkę ROD. Zbyszek ją uwielbiał, ja po jego śmierci zaniedbałam, ale altanka stoi, ławka stoi, jabłoń kwitnie. Siedziałam tam dwie godziny, sama, w ciszy. Cisza. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio miałam ciszę. Żadnego „babuniu!" żadnego telewizora, żadnego Dariusza pytającego o kolację. I poczułam coś strasznego - ulgę. Ulgę od własnych wnuków. Jakim trzeba być potworem, żeby czuć ulgę od własnych wnuków?
Wróciłam do domu, a w kuchni na mojej wersalce siedziała Zuzia i rysowała. „Babciu, narysowałam nasz dom!" - pokazała mi kartkę. Blok, okna, na trzecim piętrze pięć postaci. Babcia w kuchni, przy garnku. Nawet ośmioletnie dziecko wiedziało, gdzie jest moje miejsce.
Wczoraj wieczorem znowu sprawdziłam. Zadzwoniłam do Dariusza, wprost: „Dariusz, kiedy będzie gotowe wasze mieszkanie?" Zawahał się. „No, Bożena, właściwie to jest prawie gotowe, ale jeszcze łazienka, i kuchnia nie podłączona, i..." Usłyszałam w tle szum - był w samochodzie. Wracał z Kalisza. „Dariusz, prawie gotowe to ile? Tydzień? Miesiąc?" „No, z miesiąc pewnie." „Dobrze" - powiedziałam. „To za miesiąc."
Dziś rano wstałam o czwartej trzydzieści, jak zwykle. Złożyłam koc. Schowałam poduszkę za lodówkę, w szczelinę, gdzie mieści się akurat. Nastawiłam wodę na herbatę. I usiadłam przy stole z kartką papieru.
Piszę to, bo nie wiem, czy za miesiąc naprawdę im powiem, żeby się wynieśli. Nie wiem, czy starczy mi odwagi. Nie wiem, czy Kasia mi to kiedykolwiek wybaczy. I nie wiem, co jest gorsze - stracić córkę, czy stracić siebie na tej wersalce w kuchni.
Za oknem robi się jasno. Za chwilę obudzi się Hania, potem Jaś, potem Zuzia będzie chciała naleśniki. Wstaję z krzesła i chowam kartkę do kieszeni fartucha. Bo jedno wiem na pewno - dzisiaj jeszcze nie.