Od lat gotuję niedzielne obiady dla całej rodziny. Wczoraj wnuk pokazał mi telefon - synowa założyła grupę, w której rozpisują, kto ma „dyżur u babci". W ten weekend nie zgłosił się nikt.
Bartek ma jedenaście lat i jeszcze nie umie kłamać. Podszedł do mnie, kiedy kroiłam jabłka na szarlotkę, i powiedział: „Babciu, zobacz, co mama napisała". Trzymał telefon ekranem do góry, jakby pokazywał mema ze szkoły. Przeczytałam. Potem przeczytałam jeszcze raz, bo za pierwszym razem litery się rozmazały.
Grupa na komunikatorze nazywała się „Niedziele u mamy T." Moje imię - Teresa - skrócone do jednej litery, jakbym była kodem pocztowym. Było tam pięć osób: mój syn Grzegorz, synowa Agnieszka, drugi syn Dariusz, jego żona Marzena i córka Jolanta. Wiadomości ciągnęły się od marca. Teraz był maj.
Dwa miesiące rozmów o mnie, bez mnie.
„Kto w tę niedzielę?" - pisała Agnieszka co czwartek, regularnie jak zegarek. Pod spodem odpowiedzi. Czasem szybkie: „My możemy". Czasem wymijające: „Dariusz ma plecy, raczej nie damy rady". Czasem cisza. Jak w ten ostatni weekend - cztery dni bez żadnej reakcji, tylko znaczki „wyświetlone" pod wiadomością.
Bartek patrzył na mnie i czekał. Zamknęłam oczy, oddałam mu telefon i powiedziałam: „Idź się pobawić, kochanie". Dopiero kiedy usłyszałam, jak zamyka drzwi do pokoju, oparłam się o blat i poczułam, że nogi mi drżą. Nie z gniewu. Z czegoś gorszego. Ze wstydu - jakbym podglądała czyjąś rozmowę o sobie i dowiedziała się, że jestem ciężarem.
Gotuję niedzielne obiady od dwudziestu sześciu lat. Zaczęłam, kiedy Grzegorz skończył osiemnaście lat i przyprowadził do domu pierwszą dziewczynę - właśnie Agnieszkę, wtedy jeszcze chudą studentkę pedagogiki z kucykiem. Mieszkaliśmy na osiedlu na Bemowie, w bloku przy Radiowej. Mąż Henryk żył jeszcze i co niedzielę narzekał, że za dużo gotuję. „Teresa, kogo ty karmisz, pułk wojska?" A ja karmić lubiłam. Rosół z domowym makaronem, schabowy z kapustą, na deser sernik albo szarlotka. Kiedy Henryk odszedł siedem lat temu - rak trzustki, pięć miesięcy od diagnozy do końca - niedziele zostały jedynym dniem, w którym przy stole nie siedziałam sama.
I nagle okazało się, że ten stół to „dyżur".
Nie spałam całą noc. Leżałam w ciemności i odtwarzałam w głowie te wiadomości. Pamiętam jedną od Jolanty, mojej córki, jedynej córki: „Ja byłam dwa razy z rzędu, teraz kolej chłopaków". I odpowiedź Marzeny: „Dariusz nie znosi tych obiadów, pięć godzin siedzi i umiera z nudów". A potem Agnieszka: „Nikt nie znosi, ale trzeba, bo mama się obrazi".
Trzeba. Bo mama się obrazi.
Dwadzieścia sześć lat rosołu, schabu i sernika. Dwadzieścia sześć lat sprzątania przed ich przyjściem i po ich wyjściu. Krochmalone obrusy, te same kryształowe kieliszki, które dostaliśmy z Henrykiem na ślub. I to wszystko było - „trzeba"?
Rano wstałam o piątej, jak zawsze. Automatycznie wyciągnęłam garnek na rosół. Postawiłam go na kuchence. Stałam tak z ręką na pokrętle i patrzyłam na ten garnek - wysoki, emaliowany, z małym odpryśnięciem na brzegu. Henryk go kupił na bazarze na Wolumenie chyba z dwadzieścia lat temu. „Teresa, ten garnek przeżyje nas oboje" - żartował. Miał rację. Garnek przeżył. A ja stałam przy nim i nie wiedziałam, czy chcę zapalić gaz, czy schować go do szafki na zawsze.
Zadzwoniłam do Lucyny, sąsiadki z drugiego piętra. Znamy się czterdzieści lat, przeszłyśmy razem wszystko - jej rozwód, moją żałobę, jej operację kolana, moje problemy z ciśnieniem. Lucyna odebrała po pierwszym sygnale.
- Pokaż mi dokładnie, co tam było - powiedziała, kiedy jej opowiedziałam. Przyszła z kawą rozpuszczalną i okularami na łańcuszku. Usiadła przy moim kuchennym stole i słuchała.
- Wiesz, co mnie najbardziej boli? - powiedziałam. - Nie to, że im się nie chce. To, że udawali. Że Grzegorz całował mnie w policzek, mówił „mamo, pyszne jak zawsze", a potem pisał do żony, że „odfajkowane na ten tydzień".
Lucyna milczała chwilę. Potem powiedziała coś, czego się nie spodziewałam:
- A może oni po prostu nie umieli ci powiedzieć?
- Czego powiedzieć?
- Że chcą cię widzieć, ale nie co tydzień. Że mają swoje życie. Że te pięć godzin przy stole to za dużo, ale pół godziny na kawę w środę - w sam raz. Tereso, twoje dzieci nie są złe. One są zmęczone. I tchórzliwe, bo zamiast powiedzieć ci to w twarz, pisały za twoimi plecami. Ale to nie znaczy, że cię nie kochają.
Chciałam się obrazić. Chciałam powiedzieć: „Ty nie masz dzieci, nie rozumiesz". Ale Lucyna ma rację - nie mówi się takich rzeczy matce, która od ćwierć wieku stawia na stole sześć talerzy. Więc piszą w grupie. I nazywają to „dyżurem".
Niedziela przyszła. Nikt nie zadzwonił. Nikt nie napisał. Garnek stał w szafce. Ugotowałam sobie jajecznicę na dwa jajka, zjadłam przy oknie, patrząc na parking przed blokiem. Na dole sąsiad wyprowadzał psa. Normalny dzień. A ja czułam się, jakby ktoś przesunął meble w moim mieszkaniu - niby wszystko to samo, ale nic nie na swoim miejscu.
W poniedziałek zadzwonił Grzegorz. Lekkim głosem, jakby nic się nie stało: „Mamo, przepraszam, wczoraj nie daliśmy rady, ale w następną niedzielę na pewno wpadniemy". Poczułam, jak coś ściska mnie w gardle. Mogłam powiedzieć: „Dobrze, synku, czekam". Mogłam udać, że nic nie wiem. Mogłam ugotować rosół, nakrochmalić obrus i wrócić do tej samej gry.
Zamiast tego powiedziałam:
- Grzegorz, wiem o grupie.
Cisza. Długa, ciężka cisza, w której słyszałam, jak mój syn oddycha.
- Mamo, ja...
- Nie musisz tłumaczyć. Chcę tylko wiedzieć jedno - czy wyście kiedykolwiek przychodzili, bo chcieliście, czy zawsze dlatego, że „trzeba"?
Nie odpowiedział od razu. A kiedy w końcu powiedział „mamo, nie mów tak", w jego głosie było tyle samo wstydu co w moim, kiedy stałam przy blacie z telefonem Bartka.
Rozłączyłam się pierwsza. Usiadłam w fotelu Henryka, tym skórzanym, który skrzypi pod kolanami. Przez okno wpadało majowe słońce, na parapecie kwitła pelargonia, którą podlewam od dwunastu lat. Dom wyglądał dokładnie tak samo jak wczoraj i tydzień temu, i rok temu. Tylko że ja już wiedziałam coś, czego nie da się od-wiedzieć.
Wyjęłam z szuflady zeszyt w kratkę i zaczęłam pisać listę. Nie wiem jeszcze, czy to będzie lista potraw na ostatni niedzielny obiad - taki na pożegnanie, ze wszystkim, co lubią, z serwetkami i kryształami - czy lista rzeczy, które chcę robić w niedziele zamiast gotować. Jedno i drugie mnie przeraża.
Garnek Henryka stoi w szafce. Czeka.