Mąż od pół roku jeździ w piątki „do brata na działkę". Prasowałam jego koszulę, gdy z kieszeni wypadł paragon - perfumy damskie za trzysta złotych, których nigdy nie dostałam.
Mały kawałek papieru, już trochę wyblakły od prania. Pewnie przeleżał w tej kieszeni co najmniej tydzień. Wzięłam go w dwa palce, jak coś brudnego, i przeczytałam dwa razy. „Eau de parfum, 100 ml, 299,99 zł". Data - piątek, trzynasty marca. Dzień, kiedy Zbyszek wrócił z „działki" o dwudziestej trzeciej i powiedział, że pomagał bratu stawiać nowy płot.
Stanęłam z żelazkiem w jednej ręce i tym paragonem w drugiej, i nagle poczułam, jak podłoga pode mną robi się miękka. Nie płakałam. Było mi gorąco, a potem zimno, a potem znowu gorąco, jakby ktoś przełączał we mnie termostaty. Herbata na blacie stygła. Za oknem na osiedlu dzieciaki grały w piłkę. Normalny czwartkowy wieczór.
Tylko że nic już nie było normalne.
Ze Zbyszkiem jesteśmy trzydzieści dwa lata. Poznaliśmy się na zabawie andrzejkowej w siedemdziesiątym dziewiątym roku naszego wspólnego życia - on wtedy miał dwadzieścia cztery lata, ja dwadzieścia. Poprosił mnie do tańca, a ja się zgodziłam, bo miał ładne oczy i pachniał nie wódką, tylko wodą kolońską. To mi wtedy wystarczyło. Wzięliśmy ślub po roku, zamieszkaliśmy u jego matki w Woli Duchackiej pod Krakowem, a potem dostaliśmy przydział na Nowej Hucie. Blok, trzecie piętro, pięćdziesiąt cztery metry. Tam urodziły się nasze córki - Agnieszka i Patrycja.
Trzydzieści dwa lata. Ja - księgowa w hurtowni budowlanej, on - elektryk, od piętnastu lat z własną firmą. Postawiliśmy na nogi dwie dziewczyny, spłaciliśmy kredyt, wymieniliśmy meble, zaczęliśmy jeździć na wakacje do Chorwacji zamiast nad Bałtyk. Myślałam, że jesteśmy jednym z tych małżeństw, które przetrwały wszystko - teściową, bezrobocie w dziewięćdziesiątym trzecim, jego kłopoty z kręgosłupem, moją depresję po menopauzie. Myślałam, że najgorsze mamy za sobą.
A tu paragon.
Schowałam go do portfela, między legitymację emerytowanej dawczyni krwi a zdjęcie wnuczki Hani. Doprasowałam koszulę. Złożyłam ją tak, jak Zbyszek lubi - na trzy, z kołnierzykiem do góry. Położyłam na krześle w sypialni. I usiadłam przy kuchennym stole, żeby pomyśleć.
Mogłam zadzwonić do Agnieszki. Ale Agnieszka jest w ósmym miesiącu ciąży i lekarz kazał jej unikać stresu. Mogłam zadzwonić do Patrycji, ale Patrycja mieszka w Gdańsku i ma własne problemy z mężem. Mogłam zadzwonić do Zbyszka i zapytać wprost. Ale nie zadzwoniłam do nikogo. Zamiast tego otworzyłam laptopa Agnieszki, który zostawiła u nas po ostatniej wizycie, i wpisałam w wyszukiwarkę nazwę perfum z paragonu.
Chanel. Czerwony flakon. „Zmysłowy, kwiatowo-orientalny zapach dla kobiety, która wie, czego chce".
Ja wiem, czego chcę. Chcę, żeby to był prezent dla szwagierki Ewy na imieniny. Chcę, żeby istniało jakiekolwiek wyjaśnienie, które nie zniszczy mojego życia.
Zadzwoniłam do Ewy następnego dnia, w piątek rano. Ostrożnie, żeby nie wzbudzić podejrzeń. Zapytałam, co u niej, jak zdrowie, jak działka. „Jaka działka?" - roześmiała się Ewa. „Grzesiek sprzedał działkę w zeszłym roku, nie wiesz? Nie mamy już ROD-u. Grzesiek gra teraz w piątki w kręgle z chłopakami z pracy".
Podziękowałam. Rozłączyłam się. Stałam w przedpokoju i patrzyłam na wieszak, na którym wisiała kurtka Zbyszka - ta granatowa, którą kupiliśmy razem w Galerii Krakowskiej. I pomyślałam: od pół roku. Od pół roku kłamie. Dwadzieścia sześć piątków. Dwadzieścia sześć wieczorów, kiedy wracał, całował mnie w policzek i mówił „Grzesiek pozdrawia".
Kiedy Zbyszek wrócił tego piątku o dwudziestej drugiej, siedziałam w kuchni. Na stole leżał paragon. Obok stała nieruszona kolacja - schabowy z kapustą, tak jak lubi.
Wszedł, zobaczył mnie, zobaczył paragon. I wtedy zrobił coś, czego się nie spodziewałam. Nie zaczął się tłumaczyć. Nie zaprzeczał. Usiadł naprzeciwko mnie, oparł łokcie na stole i powiedział cicho:
- Jolka, to nie jest tak, jak myślisz.
- A jak jest, Zbyszek?
- Ona... to jest koleżanka. Z tamtej roboty na Kazimierzu, sprzed lat. Spotkaliśmy się przypadkiem, zaczęliśmy rozmawiać. Jest sama, ma problemy. Pomagam jej.
- Perfumami za trzysta złotych.
Milczał. Patrzył w blat stołu, w te żyłki na laminacie, które znamy oboje na pamięć. Trzydzieści dwa lata przy tym samym stole - najpierw starym, z PRL-u, potem tym z Castoramy, kupionym na raty.
- To był prezent na jej urodziny - powiedział w końcu. - Nic między nami nie ma. Przysięgam.
- To dlaczego kłamałeś o działce?
Znowu cisza. Za ścianą sąsiadka Krysia włączyła telewizor - jakiś teleturniej, głośne brawa. U nas cicho jak na pogrzebie.
- Bo wiedziałem, że nie zrozumiesz.
Te pięć słów. „Bo wiedziałem, że nie zrozumiesz". Powiedział to spokojnie, bez wyrzutu, prawie łagodnie. Ale ja usłyszałam w tym coś, co bolało bardziej niż paragon. Usłyszałam, że gdzieś po drodze, przez te trzydzieści dwa lata, stałam się osobą, przed którą trzeba ukrywać prawdę. Osobą, której nie warto mówić.
Wstałam od stołu. Zabrałam talerze - jego schabowego z powrotem do lodówki, swój do zlewu. Zbyszek siedział dalej, z głową w dłoniach.
- Jolka, porozmawiajmy.
- Nie dzisiaj - powiedziałam.
Minęły trzy tygodnie. Zbyszek nie wyjeżdżał w piątki. Wracał z pracy o szesnastej, siadał w salonie, oglądał wiadomości. Był grzeczny. Uprzejmy. Pytał, czy mi pomóc z zakupami. Raz przyniósł kwiaty - gerbery, moje ulubione. Położył je na stole bez słowa.
Ja nie zapytałam o nic więcej. Nie sprawdzałam jego telefonu, nie szukałam w internecie, nie dzwoniłam do kolegów z pracy. Może dlatego, że się boję tego, co mogłabym znaleźć. A może dlatego, że po trzydziestu dwóch latach wiem już, że prawda nie zawsze wygląda tak, jak sobie ją wyobrażamy.
Ale jest coś, czego nie potrafię wyrzucić z głowy. Wczoraj prasowałam kolejną koszulę Zbyszka - tę niebieską w prążki - i podniosłam ją do twarzy. Wyobraźcie sobie. Pięćdziesięciosześcioletnia kobieta wącha koszulę męża jak pies tropiący. I powiem wam - pachniała normalnie. Proszkiem do prania i lekko Zbyszkiem.
Ale tamten paragon nadal leży w moim portfelu, między legitymacją a zdjęciem wnuczki. Czasem go dotykam i myślę: wystarczy jedno pytanie, żeby się dowiedzieć. Jedno pytanie, na które Zbyszek będzie musiał odpowiedzieć, patrząc mi w oczy. Kim jest ta kobieta. Jak ma na imię. Dlaczego trzysta złotych dla niej, a dla mnie od trzech lat kwiaty z Biedronki na imieniny.
Tylko że ja jeszcze nie wiem, czy chcę usłyszeć odpowiedź.